Trzysta pięćdziesiąt pięć

Słońce chyliło się ku zachodowi, malując podjazd złotem, gdy stałam na werandzie z założonymi rękami, obserwując ich. Śmiech Cecilii odbijał się echem w nieruchomym powietrzu, jasny i niestabilny jak dźwięk dzwonka, zmieszany z metalicznym skrzypieniem małego rowerka, który Jean Luc przez pół porank...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie