Czterdzieści pięć

Reszta dnia minęła w ciepłej mgle, i po raz pierwszy, ta mgła nie była ciężka od smutku czy poczucia winy. Była lekka, wypełniona nieznanym uczuciem nadziei. Miałam jutro randkę na lunch - z kimś, kto chciał ze mną porozmawiać, nie z obowiązku czy litości, ale dlatego, że mnie lubił. Katrina brzmiał...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie