Pięćdziesiąt pięć

Słońce ledwo wzniosło się ponad mury posiadłości, kiedy ostre pukanie Matyldy wyrwało mnie z zamyślenia. Prawie nie spałam tej nocy. Echa śmiechu Jamesa, kiedy prosiłam go, żeby nie jechał do Mediolanu, wciąż prześladowały moje myśli. Byłam ciągle w nocnej koszuli, skulona na szezlongu przy oknie, p...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie