Siedemdziesiąt jeden

Poranne światło rozciągało się po ogrodzie jak ciepły westchnienie, miękkie i senne. Siedziałam pod starym drzewem magnolii w najdalszym zakątku posiadłości, szkicownik spoczywał na moich kolanach, a ołówek poruszał się powoli w rytmie moich myśli. Cisza była kojąca – tylko delikatny szelest wiatru ...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie