Dziewięćdziesiąt osiem

Poranne słońce przesączało się przez koronkowe zasłony mojego zimnego, przewiewnego pokoju, chwytając drobinki kurzu w złotych smugach. Siedziałam przy małej toaletce, wpatrując się w swoje odbicie z zaciśniętymi dłońmi na kolanach. Moja skóra była blada, zmęczona po niespokojnej nocy, a cienie pod ...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie