Rozdział 1 Ktoś ogląda

Z perspektywy Elary

Dziś wiatr był ciepły.

Przeciskał się między liśćmi ogromnego dębu nad nami, sprawiając, że gałęzie szeptały cicho, a słońce tańczyło po trawie. Oparłam się plecami o szorstką korę, pozwalając, by podmuchy przesuwały pasma moich ciemnych włosów po twarzy.

Przez chwilę było… spokojnie. Tylko że spokój to niebezpieczna rzecz, do której łatwo się przyzwyczaić.

— Na bogów — jęknęła obok mnie Clara. — No popatrz na nich.

Podążyłam za jej spojrzeniem leniwie. Przed nami rozciągało się pole treningowe. Młodzi wojownicy sparowali parami, ich buty wzniecały tumany kurzu, gdy pięści zderzały się ze sobą, a ciała z łomotem lądowały na ziemi. Krzyki, śmiech i od czasu do czasu soczyste przekleństwo niosły się po otwartej przestrzeni.

To jeszcze nie byli pełnoprawni wojownicy. Przynajmniej nie oficjalnie. To ci, którzy wciąż ćwiczyli. Ci, którzy próbowali zasłużyć na swoje miejsce. Przyszli obrońcy królestwa.

Clara pochyliła się do przodu, opierając brodę na dłoni i wzdychając marzycielsko.

— Spójrz na tego z ciemnymi włosami — szepnęła. — Tego, co bije, jakby chciał ziemię rozłupać.

Rzuciłam krótkie spojrzenie.

— Wygląda, jakby chciał rozłupać przeciwnikowi nos.

— Też — uśmiechnęła się szeroko. Clara zawsze lubiła patrzeć na treningi. Odkąd byłyśmy małe, ciągnęła mnie tutaj, żeby siedzieć pod tym samym drzewem i plotkować o chłopakach, jak przy babskim gadaniu.

Ja? Ja po prostu lubiłam ciszę. Albo tyle ciszy, ile da się mieć, kiedy ktoś obok właśnie dostaje rzutem w piach.

Clara szturchnęła mnie w ramię.

— Ty w ogóle nie uważasz.

Uśmiechnęłam się krzywo, ale nie zaprzeczyłam. Prawda była taka, że oglądanie, jak wojownicy trenują, nie było nawet w połowie tak fascynujące, jak Clara to przedstawiała.

Przynajmniej zazwyczaj. Moje oczy znów przesunęły się po polu. Ciała poruszały się chaotycznie. Mięśnie napinały się, buty szurały, pięści trzaskały o skórę. Pot lśnił w słońcu.

Siła. Moc. Kontrola. Wszystko, co rządziło tym światem. Rzeczy, o których wcześnie nauczyłam się, że lepiej nie zwracać na nie uwagi. A jeszcze lepiej — nie zwracać uwagi na siebie.

Clara wyciągnęła nogi przed siebie.

— Pamiętasz, jak udawałyśmy, że jesteśmy wojowniczkami? — powiedziała nagle.

Parsknęłam cicho.

— Używałyśmy patyków jak mieczy.

— I zawsze mnie lałaś — prychnęła.

— Bo walczyłaś jak ślepa koza — wzruszyłam ramionami i dalej bawiłam się źdźbłem trawy.

Wciągnęła powietrze teatralnie.

— Wcale nie.

— No jasne, że tak.

Lekko pacnęła mnie w ramię.

— Jesteś niemiła.

— I szczera.

Clara fuknęła, choć uśmiech, który ciągnął jej usta, zdradzał ją od razu. Wychowałyśmy się razem. Całe życie. Była moją najlepszą przyjaciółką. Właściwie jedyną przyjaciółką.

Clara była głośna tam, gdzie ja byłam cicha. Jasna tam, gdzie ja wolałam cień. Mówiła wszystko, co jej wpadło do głowy, a ja ważyłam każde słowo, jakbym kładła je na szali.

Przeciwieństwa, pewnie. A jednak jakoś to działało.

Wiatr znów się wzmógł, podnosząc kosmyki moich włosów i muskając chłodnymi palcami kark.

Na moment zamknęłam oczy. I wspomnienia wsunęły się tam, gdzie nie były mile widziane.

Nie pamiętam za dobrze kompleksu. Miałam ledwie dwa lata, kiedy stamtąd wyjechaliśmy. Ale czasem wypływały strzępy. Dziwne kawałki życia, które bardziej przypominały sen niż rzeczywistość.

Zimne kamienne ściany. Głosy niosące się długimi korytarzami. Odległy zapach wilgotnej ziemi i ognia. Wiedziałam, co się tam wydarzyło, tylko dlatego, że mama mi powiedziała. I dlatego, że zostawiła po sobie dzienniki. Palce lekko zacisnęły mi się na trawie.

Moja matka uciekała. Uciekała przed sabatem, który ją wygnał. Wtedy była ze mną w ciąży. W ciąży z czymś, co nie powinno było w ogóle istnieć. Mój ojciec był Alfą. Potężnym, przynajmniej tak mówiła. Silnym. Budzącym strach. I bardzo, bardzo martwym. Zginął w walce w jaskiniach na długo, zanim mogłam go kiedykolwiek poznać. Czasem zastanawiałam się, jakim był człowiekiem. Czasem zastanawiałam się, czy mam jego temperament.

Głos Clary ściągnął mnie z powrotem do teraźniejszości.

— Znowu to robisz. — Przewróciła oczami. Tak samo jak zawsze, kiedy odpływałam myślami.

Zamrugałam. — Co robię? — Ale wiedziałam doskonale, co robię. Wspominałam.

— Za dużo myślisz. — Przewróciła oczami jeszcze raz i wypuściła powietrze, jakby to wszystko było strasznie męczące.

— Zawsze za dużo myślę — rzuciłam sucho.

— Bo ty ciągle siedzisz we własnej głowie — powiedziała, stukając palcem w skroń.

— Ktoś musi — odparłam obojętnie.

Przewróciła oczami. — Jesteś niemożliwa.

— A jednak mnie trzymasz przy sobie. — Uniosłam głowę, żeby złapać jej spojrzenie, i uśmiechnęłam się krzywo.

— Bo ktoś musi cię chronić przed tobą samą. — Wskazała palcem moją pierś. I miała rację.

Parsknęłam cicho.

Clara nie miała pojęcia, jak ironicznie to zabrzmiało. Jeśli już, to ja byłam tą niebezpieczną. Ale to był sekret, który miał zostać zakopany głęboko i na zawsze. Matka postawiła sprawę jasno, zanim umarła. Sabat wygnał ją przeze mnie. Przez to, czym byłam. Przez to, czym mogłam się stać. O tamtym miejscu — o ośrodku — dowiedziała się tylko dzięki Lidii.

Innej córce mojego ojca. Dziwna sprawa, której nigdy do końca nie rozumiałam. Ale Lidia wiedziała o kompleksie Clarence’a. I jakoś… w końcu matka i ja tam trafiłyśmy.

Krzyk poniósł się przez plac treningowy, kiedy jeden z młodych wojowników z impetem wcisnął drugiego w ziemię.

To znowu wyrwało mnie z myśli.

Clara zaklaskała podekscytowana. — O! Widziałaś to?!

Uniósłam brew. — Tak. Przemoc. Bardzo imponujące.

— Ale z ciebie ponurak — mruknęła z dąsem.

— Jestem całkiem zabawna.

— Kiedy? — zapytała, unosząc brew i robiąc tę swoją klasyczną minę Clary.

— Od święta.

Zaśmiała się. Dźwięk był lekki, beztroski. Przez chwilę jej pozazdrościłam. Tego, jak łatwo potrafi żyć. Jak nie musi bez przerwy oglądać się za siebie. Jak nie czuje, że niebezpieczeństwo może wyskoczyć w każdej chwili.

Wiatr znów zmienił kierunek. I nagle po karku przeszedł mi dziwny dreszcz. Lekko się skrzywiłam. Coś było nie tak. Clara dalej trajkotała o wojownikach, mięśniach i czymś jeszcze, co akurat ją zachwyciło. Ale ja już nie słuchałam. Mój wzrok powędrował ku drzewom po drugiej stronie placu. Ku gęstej linii krzaków i cieni przy skraju lasu. Wiatr zaszeleścił liśćmi. Gałęzie zakołysały się. Niby normalnie. A jednak żołądek ścisnęło mi jak w imadle. Po skórze przebiegło delikatne ukłucie czujności. To samo uczucie, kiedy ktoś stoi tuż za tobą, za blisko, i aż swędzi między łopatkami. Wyprostowałam się odrobinę.

— Elara? — zapytała Clara.

Nie odpowiedziałam. Zwęziłam oczy. Krzaki przy krawędzi pola poruszyły się.

Ledwo. Jakby coś przez nie przemknęło.

Clara podążyła za moim spojrzeniem. — Na co się gapisz? — zapytała.

Ale nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się dalej. Liście zaszeleściły raz jeszcze. Potem wszystko ucichło. Tętno, zamiast przyspieszyć, zwolniło. Zostałam spokojna. Tak, jak nauczyła mnie matka.

— Też to widziałaś? — mruknęłam.

Clara zmrużyła oczy. — Co niby?

Te krzaki. Coś na pewno tam było. I po raz pierwszy tego dnia poczułam niepodważalnie, że ktoś mnie obserwuje.

Następny Rozdział