Rozdział 2

Aveline

Głowa bolała mnie tak, jakby ktoś rozłupał ją zardzewiałą siekierą, a każdy mięsień w ciele krzyczał z bólu, gdy próbowałam się podnieść. Poranne światło wpadające przez zasłony hotelowe było rażąco jasne, a smak w ustach sugerował, że płukałam je kwasem akumulatorowym.

Jezu Chryste, co ja właściwie zrobiłam?

Wydarzenia z zeszłej nocy wróciły do mnie w przerażających szczegółach – wspinanie się na pijanego nieznajomego, dosiadanie go, gdy ledwo trzymał się na nogach, branie tego, czego chciałam, podczas gdy był zbyt pijany, aby mnie powstrzymać.

Byłam potworem.

Spojrzałam na mężczyznę, który nadal spał obok mnie, odwrócony do mnie plecami, z ciemnymi włosami rozrzuconymi na białej poduszce. Zapach drogiej whisky nadal unosił się wokół niego, dowód na to, jak bardzo był pijany. Jak bardzo był bezbronny. Jak bardzo nie mógł wyrazić zgody.

A ja i tak go wykorzystałam.

Karta powitalna na stoliku nocnym drwiła ze mnie eleganckim pismem: "Witamy, panie Blackwell."

Nie Sterling. Blackwell.

Weszłam do niewłaściwego pokoju i zgwałciłam zupełnie obcego człowieka.

Wstyd był przytłaczający, ale musiałam być absolutnie pewna. Musiałam potwierdzić to, co już podejrzewałam, zanim pełny ciężar mojego błędu mnie zmiażdży.

Wyszłam z pokoju tak cicho, jak tylko mogłam i spojrzałam na mosiężne numery na drzwiach: 1202.

Pokój 1202. Ale babcia powiedziała mi 1205.

Stałam tam jak idiotka, gapiąc się na numery, które oznaczały moją całkowitą i kompletną porażkę. Udało mi się pomylić prosty numer pokoju i przypadkowo zgwałcić kogoś w procesie. Gratulacje, Aveline. Sześć lat wyższego wykształcenia i nie potrafisz nawet przeczytać podstawowych oznaczeń hotelowych.

Co za spektakularny sposób na zakończenie mojego już i tak żałosnego istnienia.

Wślizgnęłam się z powrotem do pokoju, poruszając się tak cicho, jak to tylko możliwe. Mężczyzna się nie poruszył. Ubierałam się szybko, starając się nie patrzeć na dowody tego, co zrobiłam. Wewnętrzne strony ud były lepkie, nogi drżały – przypomnienia, jak dokładnie wykorzystałam jego ciało, gdy był nieprzytomny.

Jakim człowiekiem byłam? Jasne, miałam swoje romanse przez ostatnie sześć lat, ale nic tak ohydnego jak to. Mężczyzna tonął w alkoholu, bełkotał niezrozumiale, a ja wykorzystałam go jak drapieżnik.

Znalazłam hotelowy papier i próbowałam napisać coś, cokolwiek, co mogłoby sprawić, że to będzie mniej straszne:

Do pana Blackwella,

Bardzo przepraszam za zeszłą noc. Popełniłam straszny błąd i...

Co mogłabym powiedzieć? Przepraszam, że cię zgwałciłam? Przepraszam, że pomyliłam cię z moim mężem i użyłam twojego ciała jak zabawki?

Zgniotłam papier i spróbowałam jeszcze raz:

Serdecznie przepraszam za zamieszanie zeszłej nocy. To jest rekompensata za wszelkie... niedogodności.

Niedogodności. Jakby gwałt był niedogodnością.

Zdjęłam pierścionek z palca – białe złoto z perfekcyjnie oszlifowanym szmaragdem w centrum, otoczonym małymi diamentami w klasycznym stylu Art Deco. Zajęło mi miesiące, by dopracować projekt, niezliczone godziny szkicowania i przerysowywania, aż każda linia była dokładnie taka, jak trzeba. Jedyny kawałek, który zachowałam z mojej poprzedniej pracy.

Rzemiosło było bezbłędne, warte więcej niż większość ludzi zarabia w ciągu roku. Ale nawet to nie było wystarczającą rekompensatą za to, co zrobiłam. Nic nigdy nie będzie wystarczające. Mimo to, to było wszystko, co mogłam zaoferować, nie niszcząc się całkowicie w procesie.

Zostawiłam pierścionek na notatce i wyszłam z pokoju, zanim zdążył się obudzić i zobaczyć potwora, który go zgwałcił.

Jazda windą w dół była jak zejście do piekła. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrzanych ścianach i zobaczyłam dokładnie to, czym byłam: gwałcicielem w markowych ubraniach.

Kiedy dotarłam do kamienicy rodziny Hartwell na Upper East Side, wstyd skamieniał w coś twardszego, bardziej gniewnego.

Ta woda. Woda, którą Vivian kazała mi wypić wczoraj przed wyjazdem do hotelu. To był mój pierwszy dzień w domu, żeby zobaczyć babcię, a wszyscy byli tam w salonie—cała dysfunkcyjna rodzina zebrała się, żeby mnie powitać. Vivian wpadła z tym obrzydliwie słodkim uśmiechem, jej platynowe blond włosy ułożone w perfekcyjne fale, usta pomalowane na ten agresywny odcień czerwieni, który zawsze nosiła, żeby wyglądać bardziej wyrafinowanie niż na swoje dwadzieścia dwa lata. Wszystko od projektantów, od jej szpilek Louboutina po zegarek Cartier, wszystko opłacone pieniędzmi, które powinny być moje.

"Och, Aveline, wyglądasz na tak zmęczoną po locie," zamruczała, wciskając mi w ręce kryształową szklankę. "Pij, musisz się nawodnić."

Suka mnie odurzyła. I przez jej manipulację zrobiłam coś niewybaczalnego niewinnej osobie.

Stałam przed czteropiętrową kamienicą, patrząc na jej starannie utrzymaną fasadę i mały ogródek. Na zewnątrz wyglądała dostatecznie przyzwoicie, ale jeśli wiedziałeś, gdzie patrzeć, mogłeś dostrzec oznaki upadku—lekko łuszcząca się farba wokół okien, tańsze zamki w drzwiach, ogród wyglądający na zbyt zadbany, żeby ukryć fakt, że musieli zwolnić ogrodnika.

Nadal grają rolę manhattańskiej arystokracji, ale ledwo się trzymają. Jakie to cholernie trafne.

Przeszłam przez frontowe drzwi i skierowałam się prosto na taras, potrzebując powietrza i przestrzeni, zanim zrobię coś, czego będę żałować jeszcze bardziej niż wczoraj w nocy.

Z drżącymi rękami zapaliłam papierosa, pierwszego od lat. Niektóre sytuacje wymagały wyjątków. Jak wtedy, gdy właśnie zgwałciłaś pijanego nieznajomego, bo twoja przyrodnia siostra odurzyła cię do nieprzytomności.

Po kilku minutach zgasiłam papierosa i weszłam do środka, żeby znaleźć babcię Eleanor w jadalni, powoli dłubiącą w swoim obiedzie z ruchami kogoś dużo starszego niż jej siedemdziesiąt pięć lat. Spojrzała na mnie, gdy weszłam, jej twarz rozjaśniła się szczerym ciepłem.

"Aveline, kochanie. Jak poszła rozmowa o rozwodzie? Jaki był?"

Jak nóż w brzuch. Gdyby tylko wiedziała, co naprawdę zrobiłam...

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, do pokoju weszła Monica, a za nią nerwowo podążająca Vivian.

Moja macocha wyraźnie spędziła poranek na swoich zwykłych wizytach w spa—jej siwe włosy były świeżo farbowane i ułożone, żeby dodać objętości, choć tylko podkreślało to dodatkowe kilogramy, które zyskała wokół twarzy i szyi. Jej designerska sukienka była perfekcyjnie dopasowana, by ukryć rozszerzającą się talię, ale sposób, w jaki się nosiła z wymuszoną elegancją, sprawiał, że wyglądała, jakby bawiła się w przebieranki w cudzym życiu.

"No proszę," przeciągnęła Monica, jej głos ociekał fałszywą słodyczą, gdy poprawiała swój ogromny szalik Hermès—prawdopodobnie, żeby zamaskować podwójny podbródek. "Czyżby nasza mała podróżniczka. Jak miło cię znowu widzieć, pani Sterling."

Nie podniosłam wzroku znad herbaty, którą nalewałam. "Możesz mówić do mnie pani Reeves."

Vivian usiadła obok Moniki z zadowolonym uśmieszkiem. "Och, Aveline, wyglądasz na tak zmęczoną. Czy twoje spotkanie wczoraj nie poszło dobrze? Mam na myśli, nawet niepełnosprawny mąż, który nigdy cię nie widział, nie chciałby cię, prawda?"

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział