Rozdział 1 Rozdział 1

Lottie

Muzyka była tak głośna, że aż ściany zdawały się od niej wibrować. Co było zaskakujące, bo mój nowy dom nie był połączony z żadnym innym. Wybrałam go ze względu na prywatność, jaką miał mi dać, i na ciszę.

Tymczasem cisza wydaje się być ostatnią rzeczą, o jakiej myśli mój najbliższy sąsiad. Spędziłam popołudnie, obserwując, jak jeden motocykl za drugim i jedno auto za drugim wjeżdżają na tę odosobnioną drogę w stronę jego bramy. Nawet wydało mi się to dziwne, ale teraz już wiedziałam, dlaczego zjawiało się tylu ludzi.

Urządzali imprezę. I to jaką.

Taką, od jakich zawsze trzymałam się z daleka, nawet kiedy byłam głupią dzieciarą i wydawało mi się, że przesuwanie granic wyznaczonych przez rodziców to sposób, żeby zwrócić na siebie uwagę Killiana.

Killian.

Jego imię było dla mnie modlitwą i przekleństwem. Nawet po siedmiu latach i czterech miesiącach wciąż sprawiało, że moje ciało reagowało fizycznie. Serce przyspieszało. Dłonie robiły mi się spocone i ja—

Cóż, nikt nie zbliżył się nawet do tego rodzaju rozkoszy, jaką kiedykolwiek dawał mi Killian Johnson.

I pewnie nigdy się nie zbliży.

W łóżku Killian był maszyną.

Poza nim był potworem.

Po prostu potrzebowałam trochę czasu, żeby zedrzeć różowe okulary i zobaczyć mojego przybranego brata takim, jaki naprawdę był.

Psychopatą.

Killian Johnson był kłopotami i wciąż nimi był. Na szczęście dla mnie, odkąd dwa lata temu wyszedł z więzienia, ani razu go nie widziałam. I dobrze, bo to ja posłałam go za kratki.

To moje zeznania go zamknęły, a spojrzenie, które posłał mi z ławy oskarżonych, kiedy ogłaszano wyrok, było jedyną rzeczą, o której myślałam częściej niż o tym, jak czułam go między nogami.

Cholerny Killian Johnson. Cholera jasna.

Potrząsnęłam głową, zanurzyłam pędzel z powrotem w farbie i przeciągnęłam nim po szarych ścianach.

Nigdy nie rozumiałam, czemu ludzie używają w domach bieli i szarości. Czy nie chcą, żeby ich domy były ciekawe? Żeby miały trochę charakteru i smaku?

A może to tylko ja. Po latach życia pod surowymi zasadami moich rodziców, w chwili gdy byłam wystarczająco dorosła, by je łamać, zrobiłam to — i robiłam to każdego dnia od tamtej pory.

Mogło im się nie podobać, jak żyję, ale rachunki płaciłam sama i mogłam robić, co chciałam.

Rozległ się kolejny dudniący beat. Głośniejszy i mocniejszy niż poprzedni — i farba dosłownie podskoczyła z pędzla na moją dłoń, po czym spłynęła mi po ramieniu. Jasna czerwona smuga, trochę jak krew.

Przez chwilę wpatrywałam się w nią, obserwując ślad, i nagle rzuciło mnie w przeszłość. Do innej nocy, takiej jak ta, kiedy to naprawdę krew oblepiała mi dłonie i ramię.

Żółć podeszła mi do gardła. Tak gęsta i tak nagła, że z trudem przełknęłam ją z powrotem.

– Och, dość. – warknęłam do pustego pokoju wokół siebie. – Dość myślenia o tamtej nocy, dość myślenia o nim. To nie była twoja wina.

Kartony u moich stóp mi nie odpowiedziały; zresztą się tego nie spodziewałam. Nie spodziewałam się nawet odpowiedzi od samej siebie. Znałam prawdę, tylko że to nie powstrzymywało mnie przed wmawianiem sobie akurat tego kłamstwa. I może któregoś dnia naprawdę w nie uwierzę.

Może.

Ciężko westchnęłam, odłożyłam pędzel z powrotem na tackę i cofnęłam się o krok. Malowanie zwykle działało terapeutycznie. Przy łomocie dobiegającym od sąsiadów doprowadzało mnie tylko do wściekłości.

Obiecano mi, że to spokojna okolica. Żadnej przestępczości. Bezpiecznie.

To był powód, dla którego podpisałam umowę najmu, nawet jeśli czynsz był astronomicznie wysoki.

Bezpieczne miejsce do życia zawsze było na szczycie mojej listy priorytetów – tak na wszelki wypadek.

Na wypadek gdyby Killian jednak postanowił w końcu zapukać do moich drzwi.

– Nie zrobi tego – powiedziałam sobie stanowczo. – Nie odważyłby się, a poza tym wie, czemu to zrobiłam. Czemu musiałam to zrobić.

Kolejne kłamstwo, ale to akurat było takie, w które już w połowie wierzyłam.

Poza tym, gdyby Killian chciał narobić kłopotów, zrobiłby to już dawno. Znałam go – nie miałby cierpliwości czekać, żeby zrujnować mi życie.

Wytarłam ręce umazane farbą o dżinsowe szorty z postrzępionymi nogawkami i rozejrzałam się, dostrzegając błyski świateł od sąsiadów, migające przez drzewa oddzielające nasze posesje.

Impreza, i to porządna.

Przeszłam przez pokój i przycisnęłam nos do szyby, próbując zrozumieć ruchy między drzewami, ale wyglądało to jak jedna wielka plątanina.

I mnóstwo półnagich ciał. W świetle migały skrawki skóry.

Przewróciłam oczami. Czego ja się spodziewałam po tej okolicy? Balu w smokingach? Czegoś jak przyjęcia, jakie urządzali moi rodzice? Głupie założenie.

Noc była parna, lato w pełni. Oczywiście, że urządzali imprezę przy basenie. Sama pewnie zrobiłabym to samo, gdybym miała tu jakichkolwiek znajomych. Ale po sześciu latach przeprowadzania się z miejsca na miejsce co kilka miesięcy przyjaźni były czymś, czego po prostu nie dało się utrzymać.

Ktokolwiek mieszkał obok, zdawał się mieć mnóstwo przyjaciół, bawili się znakomicie, a ja nie wstydziłam się przyznać, że trochę im zazdroszczę. Minęły lata, odkąd ktoś zaprosił mnie na imprezę.

Ostatni raz to chyba było latem, zanim spieprzyłam życie wszystkim. Własne też.

Obróciłam się na bosych stopach i zanim zdążyłam się zorientować, ruszyłam przez pusty dom. Jakby dudniący bas muzyki i migające światła mnie do siebie przyciągały.

Zostawiłam drzwi wejściowe tylko na zapadce i skradałam się wokół domu, a potem przez drzewa. Przeciskałam się między mrocznymi pniami, aż dotarłam do granicznego ogrodzenia.

Tutaj muzyka była jeszcze głośniejsza. Pulsowała tak gwałtownie, że moje serce zdawało się wybijać ten sam rytm.

Przez szparę w starym drewnianym płocie obserwowałam bawiących się. Wciągnęłam gwałtownie powietrze i uświadomiłam sobie, że tam dzieje się o wiele więcej niż tylko taniec. Jasne, były kobiety w bikini, kilka chlapało się w basenie, ale wszędzie wiły się nagie ciała. Jedni tańczyli, inni uprawiali bardziej intymny taniec z wybranym partnerem.

Do diabła, niektórzy mieli więcej niż jednego partnera.

Cała ta scena rozgrywająca się przede mną była jak jakiś hedonistyczny sen i nie potrafiłam odwrócić wzroku.

Nie byłam pruderyjna, ale nigdy w życiu nie widziałam niczego podobnego.

Wszyscy wyglądali, jakby bawili się najlepiej w życiu.

A ja byłam—

Byłam pieprzenie zazdrosna.

Kiedy ostatnio bawiłam się tak dobrze z kimś płci przeciwnej? Miesiące temu. Nie dlatego, że nie próbowali — zawsze próbowali — tylko dlatego, że nie chciało mi się znosić nudnego, banalnego seksu i wysiłku, jaki kosztowało udawanie, że jest choć trochę dobry.

Tamte kobiety najwyraźniej nie miały z tym problemu.

— Wszystko w porządku, Boo?

Krzyk uwiązł mi w gardle i odskoczyłam do tyłu. W ostatniej chwili złapałam równowagę, żeby nie usiąść na tyłku.

Wysoko ponad moją głową, przysiadłszy na krawędzi płotu niczym wrona w czarnej skórze, siedział mężczyzna. A przynajmniej wydawało mi się, że to mężczyzna. Pod maską, którą miał na twarzy, nie dało się tego rozpoznać. Świecące w ciemności iksy w miejscu, gdzie powinny być oczy, zdawały się poruszać.

Śmiał się, że mnie przestraszył?

Dupek.

— Przestraszyłeś mnie — warknęłam, wciąż przyciskając dłoń do serca, które waliło jak oszalałe. — Dupek.

Mężczyzna na płocie nie poruszył nawet mięśniem przez pełne pięć sekund, a potem szarpnięciem podciągnął maskę, odsłaniając pełne usta, cień zarostu i najpiękniejszy odcień skóry, jaki kiedykolwiek widziałam. Wyciągnął z kieszeni papierosa, zapalił go i zdmuchnął w moją stronę długi pióropusz szarego dymu.

— Proszę. — Z drwiącym uśmieszkiem podał mi papierosa. — Czasem samo patrzenie potrafi być równie podniecające jak udział, nie sądzisz? A wygląda na to, że tego potrzebujesz.

Pokręciłam głową i cofnęłam się o krok. — Nie, dzięki, palenie to obrzydliwy nawyk.

— Podglądanie czyichś intymnych spraw przez dziurę w płocie też, a jednak oto jesteśmy.

Zmrużyłam na niego oczy i pokręciłam głową, choć miał rację. — Nie podglądałam niczyich intymnych chwil — odpyskowałam. Mimo że zdecydowanie to robiłam. A wilgoć w moich majtkach była dowodem, że przedstawienie również mi się podobało. — Przyszłam z sąsiedztwa, muzyka jest tak głośna, że chciałam poprosić właściciela, żeby ją trochę przyciszył. Nie chciałam zobaczyć tego, co zobaczyłam.

Jeszcze jedno zaciągnięcie, pomarańczowy żar rozświetlił na sekundę jego twarz, po czym przerzucił nogi na drugą stronę i zeskoczył. Wylądował miękko, dokładnie przede mną. — Zazwyczaj ludzie używają drzwi wejściowych, żeby się skarżyć. Jeśli w ogóle mają odwagę.

Kolejny tik warg.

To wyglądało raczej tak, jakby ten dupkek próbował się przy mnie nie roześmiać.

— Ja po prostu nie—

Tym razem nawet nie próbował powstrzymać śmiechu. — Spoko, Boo. — Niedopałek poleciał w bok. — Odprowadzę cię do drzwi wejściowych, chyba że…

Nie musiałam widzieć jego oczu, żeby wiedzieć, że mierzy mnie wzrokiem. A trzeba by było być ślepym, żeby nie zauważyć, że mu się podoba to, co widzi.

— Chcesz bardziej prywatną imprezę, tylko ty i ja.

Przewróciłam oczami. — W twoich snach, dupku.

Przyłożył dłoń do serca i zachwiał się do tyłu, jakbym go uderzyła. — Ooo, na pewno tam będziesz, Boo. No chodź. Pokażę ci drogę, żebyś mogła poprosić sąsiada, żeby ściszył muzykę.

Nie mogłam się powstrzymać. Roześmiałam się. Potrząsając głową, zrównałam krok z jego krokiem. Chociaż jego krok był co najmniej dwa razy dłuższy od mojego.

— Bieganie boso po lesie jest głupie, wiesz. — wystukał sobie kolejnego papierosa.

— Palenie też jest głupie, a jednak oto jesteśmy. — Nie było mowy, żebym przyznała, jak bardzo bolą mnie podeszwy stóp.

— Touché. — Wzruszył ramionami. — To znaczy, mógłbym cię ponieść, ale—

Ruszyłam przed siebie. Nie potrzebowałam, żeby jakiś zamaskowany dziwak mnie niósł. Potrzebowałam tylko, żeby ściszyli muzykę na tyle, żebym mogła zasnąć, a potem mogli wrócić do swojej orgii.

I wcale nie byłam zazdrosna. Wcale.

— Czekaj. — Zamarłam, stopy miałam częściowo w błocie, częściowo na asfalcie. Tu było jaśniej i mogłam go zobaczyć wyraźniej.

Maska znów zakrywała mu twarz, ale nie było wątpliwości, co ma na sobie na tej nieskazitelnie białej koszulce.

Mój wzrok powędrował po czarnej skórzanej kamizelce.

— Jesteś motocyklistą.

Skinął głową. — Tak, wyglądasz na zaskoczoną, Boo.

— Nie, po prostu… — Przygryzając wargę, spojrzałam w stronę bramy obok. — Powiedziano mi, że ta okolica jest bezpieczna. Że nie ma tu przestępczości.

Wciąż na mnie patrzył. — Jest bezpieczna. My dbamy o to, żeby była bezpieczna.

Może mi się wydawało, ale brzmiał jakby był trochę urażony, a tego chciałam najmniej.

Wkurzanie motocyklistów nie było na mojej liście rzeczy do zrobienia. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu.

— Jasne, no cóż, dzięki, ale chyba wrócę do domu.

— Nie chcesz pójść i poskarżyć się właścicielowi domu? — przechylił głowę na bok. — Jestem pewien, że cię posłucha, taka śliczna drobinka jak ty.

Przełknęłam ślinę z trudem. — Nie, poradzę sobie.

Śmiech zamaskowanego nieznajomego wypłynął z niego bąbelkami. Protekcjonalny, delikatnie mówiąc. — Szkoda, bo on naprawdę chce cię wciągnąć na tę imprezę.

— Co? — Zdezorientowana odwróciłam się z powrotem do niego.

— Hej. — Wyciągnął do mnie rękę. — Xander, wiceprezydent Lost Reapers. To mój dom.

Następny Rozdział