Rozdział 1

Perspektywa Eileen

Próbowałam poruszyć rękami. Nic z tego. Miałam je związane za plecami, lina wcinała się w nadgarstki tak mocno, że czucie w palcach straciłam już godzinę temu. Albo to były minuty. Czas przestał mieć jakikolwiek sens gdzieś między trzecim pękniętym żebrem a chwilą, kiedy zaczęli szarpać moje ubranie.

— Czekaj.

Głos przebił się przez mgłę w mojej głowie. Jeden z nich — ten wielki, z blizną na kostkach — zatrzymał się w pół ruchu, jego mięsista dłoń zastygła na kołnierzyku mojej sukienki.

— Co? — warknął drugi. Nie widziałam go wyraźnie moim zdrowym okiem, ale głos poznałam od razu. To on uderzył mnie pierwszy, na parkingu pod apteką.

— Patrz na to. — Blizna na Kostkach chwycił mnie za ramię — szorstko, aż wyrwało mi się jęknięcie — i pociągnął w dół podarte materiałem mojej sukienki. Chłodne powietrze uderzyło w gołą skórę.

— O ja pierdolę. — Cofnął się jak oparzony. — Ona ma pieprzony znak stada Keatonów.

Tamten — ten od ciosów — wepchnął się bliżej, żeby zobaczyć. Poczułam jego oddech na karku, gorący, śmierdzący papierosami. Potem znieruchomiał.

— Szef nic nie mówił, że ona jest Keatona.

— Co robimy? — zapytał Blizna na Kostkach, a w jego głosie usłyszałam strach. Wszyscy bali się Silasa Keatona. Wszyscy oprócz mnie, najwyraźniej. Byłam zbyt głupia, żeby bać się tego, czego trzeba.

— Nie wiem, stary. Jak Keaton się dowie—

— Nie dowie się.

Nowy głos przeciął magazyn jak nóż. Obcasy zastukały o beton, równo i pewnie. Znałam te kroki. Słyszałam je tysiąc razy, zwykle z miękkim śmiechem i łagodnymi radami.

Violet.

Zmusiłam się, żeby podnieść głowę, mrugając przez krew zaschniętą na rzęsach. Violet stała w drzwiach, oświetlona od tyłu uliczną latarnią. Wyglądała idealnie, jak zawsze. Włosy gładkie, makijaż bez skazy, na sobie kremowy płaszcz, pewnie droższy niż czyjś miesięczny czynsz.

Za nią druga sylwetka. Wyższa. Szersza. Serce, i tak już połamane, rozpadło się na jeszcze mniejsze kawałki.

Derek.

— Nie przejmujcie się mną — powiedziała Violet, idąc w moją stronę. Obcasy niosły się echem po pustej przestrzeni. — Keaton i tak niedługo będzie trupem. Ten kaleki Alfa długo nie pociągnie.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakikolwiek pięściak. — Co… co ty powiedziałaś?

Mój głos brzmiał obco — zachrypnięty i połamany, ledwie szept. Ale Violet mnie usłyszała. Uśmiechnęła się.

— Och, Eileen. — Przykucnęła przede mną, tak blisko, że poczułam jej perfumy. Chanel No. 5. Kupiłam jej tę butelkę na urodziny w zeszłym roku. — Naprawdę jesteś tak głupia, jak zawsze myślałam.

Derek wszedł w moje pole widzenia, wyciągając srebrne etui na papierosy. Zapalił jednego powoli, z premedytacją, jakby miał na to całe życie. Może i miał. Ja na pewno nie.

— Powiedz jej — rzuciła Violet, nadal z tym idealnym uśmiechem. — Należy jej się, żeby wiedziała, nie sądzisz?

Derek zaciągnął się długo, wypuścił dym w stronę sufitu. — Zabijemy twojego partnera, Eileen. Tę przykutą do wózka namiastkę Alfy. Szczerze? To wstyd dla całej struktury stad.

Ścisnęło mnie w klatce. Nie od pękniętych żeber, tylko od czegoś głębszego, cięższego. — Silas…

— Nie martw się — zaświergotała Violet, wyciągając rękę, żeby dotknąć mojej twarzy. Wzdrygnęłam się, ale nie mogłam odsunąć głowy. — Będzie szybko. No, szybciej niż to, w każdym razie. — Machnęła niedbale w stronę mojego zmasakrowanego ciała. — Potrzebowaliśmy cię, żebyś najpierw się do niego zbliżyła. Żeby ci zaufał. A ty wykonałaś kawał dobrej roboty.

— Naprawdę myślałaś, że Derek cię kocha? — ciągnęła Violet, a jej głos ociekał fałszywym współczuciem. — Że cię chce? Boże, Eileen, zrobiłaś to tak łatwym.

Wspomnienia runęły na mnie jedno po drugim, każde jak świeża rana:

Głos Violet przy moim uchu, miękki i zatroskany: „Musisz się czuć jak w klatce, będąc żoną kogoś takiego. Kaleki. To nie fair wobec ciebie”.

Jej dłoń na moim ramieniu: „Derek naprawdę się o ciebie troszczy, wiesz? Zawsze o ciebie pyta”.

Jej łagodne podszepty: „Nie musisz siedzieć z Silasem tylko przez jakieś rodzinne ustalenia. Masz prawo być szczęśliwa”.

Każde słowo było kłamstwem. Każdy dotyk, każde siostrzane zwierzenie, każda chwila, kiedy myślałam, że jesteśmy blisko — wszystko było wykalkulowane. Wszystko zaplanowane po to, żeby odciągnąć mnie od Silasa, zrobić ze mnie idealną broń przeciwko niemu.

A ja to łyknęłam. Za każdym. Cholernym. Razem.

„Dlaczego?” Słowo wyszarpało mi gardło. „Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz?”

Maska Violet pękła. Jej ładna twarz wykrzywiła się w coś brzydkiego, coś prawdziwego. „Nienawidzę cię?” Zaśmiała się wysoko i ostro. „Nienawidzę cię, odkąd byłyśmy dziećmi, Eileen. Od pierwszego dnia, kiedy mama przyprowadziła mnie do tamtego domu, a wszyscy patrzyli na ciebie — biedną, słodką, bezmatczyną Eileen — z taką litością i miłością.”

„To nie—”

„Nie.” Jej głos trzasnął jak bat. „Nie waż się mówić, że to nie była prawda. Dostałaś małżeństwo z Keatonem. Dostałaś znak. Dostałaś wszystko podane na tacy, jak na imieninach u cioci — i byłaś zbyt żałosna, żeby to w ogóle docenić.”

Derek strzepnął popiół na podłogę. „Najśmieszniejsze? Keaton naprawdę się na ciebie nabrał. Ten potężny, przerażający Alfa — rozbrojony przez jakąś nikomu nieznaną, która nawet nie widziała, co ma.”

Słowa przebiły mnie jak lód. Silas… kochał mnie?

Nie. To nie mogło być prawdą. Nasze małżeństwo było ustawione, polityczny układ między rodzinami. Nigdy nie powiedział… nigdy nie pokazał…

A jednak, kiedy to myślałam, wspomnienia zamigotały mi pod powiekami: sposób, w jaki czasem na mnie patrzył, gdy był pewien, że nie widzę. Ten łagodny ton, którego używał tylko przy mnie, tak inny niż to, jak odzywał się do reszty. Znak na moim ramieniu — wciąż próbował mnie chronić, nawet teraz.

Boże. Boże, co ja zrobiłam?

„Kończcie,” powiedziała Violet lodowato, odwracając się. „Wciąż mamy plany wobec tego kulowego Alfy.”

Mężczyźni znów ruszyli w moją stronę. Nie mogłam walczyć. Ledwo mogłam się ruszyć. Moje ciało już było połamane, a teraz serce też.

Gdybym mogła cofnąć czas… gdybym mogła zrobić to wszystko od nowa…

Wybrałabym jego. Wybrałabym Silasa. Kazałabym Violet spadać na drzewo, a Derekowi razem z nią. Zostałabym przy Silasie Keatonie i naprawdę spróbowała go zobaczyć — tak naprawdę, do końca — zamiast wierzyć w każde jadowite słowo szeptane mi do ucha.

Ale nie mogłam cofnąć czasu. Nikt nie dostaje drugiej szansy.

Ból przyszedł nagle, ostry i ostateczny. Poczułam, jak odpływam, a świadomość gaśnie jak woda przesypująca się przez palce.

Moja ostatnia myśl nie była o zemście ani o sprawiedliwości. Była prostsza niż to:

Przepraszam, Silas. Tak strasznie przepraszam.

A potem — nic.


Światło eksplodowało mi przed oczami.

Złapałam powietrze, odruchowo wyrzucając ręce w górę, żeby je zasłonić. Moje ręce. Mogłam ruszać rękami.

Zamrugałam szybko, próbując zrozumieć, co widzę. Błękitne niebo. Poranne słońce. Ostry zapach sosny i świeżo skoszonej trawy.

Co…?

Spojrzałam na siebie. Czysta biała sukienka, żadnej krwi, żadnych łez. Ramiona bez śladów, skóra blada i gładka. Dotknęłam twarzy — bez opuchlizny, bez rozciętej wargi. Nic nie bolało.

Nic nie bolało.

„Panno Goode? Wszystko w porządku?”

Odwróciłam się tak szybko, że o mało się nie przewróciłam. Obok eleganckiego czarnego samochodu stał mężczyzna w uniformie szofera i patrzył na mnie z troską. Za nim wielkie żelazne bramy były otwarte na oścież, odsłaniając długi podjazd obsadzony starymi dębami.

Znałam te bramy. Znałam ten podjazd.

„Panno Goode?” Kierowca podszedł bliżej. „Jest pani blada. Denerwuje się pani ślubem? To zupełnie normalne mieć pietra w dniu ślubu—”

Dzień ślubu.

Słowa zadźwięczały mi w czaszce jak dzwon.

„Co… co to za dzień?” Mój głos zabrzmiał równo, co wydawało się niemożliwe, skoro cały mój świat właśnie stanął na głowie.

Troska kierowcy pogłębiła się. „Dziś pani ślub, panienko. Dziś rano wychodzi pani za Alfę Keatona. Źle się pani czuje? Mam kogoś zawołać?”

Dzień ślubu. Mój dzień ślubu. Dzień, w którym poślubiłam Silasa Keatona.

Dzień, od którego wszystko się zaczęło.

To było niemożliwe. Umierałam. Czułam, jak umieram. A teraz—

Teraz byłam w Keaton Manor. Przy bramie. W dniu ślubu.

Kierowca dalej mówił, ale już go nie słyszałam. Serce waliło mi tak mocno, że myślałam, iż rozerwie mi klatkę piersiową. Trzęsły mi się ręce. Trzęsło mi się wszystko.

Silas. Silas żył. Żył i był tutaj i—

Muszę go znaleźć.

Następny Rozdział