Rozdział 1

Na zewnątrz śnieg przykrył cały świat, a lodowaty wiatr wył jak wilk po polu.

Sophie Scott stała na górze schodów na drugim piętrze, otulona ciepłem domu, a jednak czuła, jak przenikliwy chłód wciska się jej pod skórę i sięga aż kości.

Scena przed nią rozgrywała się jak powracający koszmar—Olivia Sanders leżała na podłodze, a krew szybko przesiąkała przez ubranie, plamiąc drogi marmur pod nią.

—Moje dziecko! Sophie, czemu mnie popchnęłaś?! —Olivia wrzeszczała z bólu, kurczowo osłaniając dłońmi brzuch.

Sophie momentalnie pobladła. Zanim zdążyła się bronić, Benjamin Brown już dopadł na miejsce. Wbił w nią spojrzenie pełne nieukrywanej nienawiści. —Sophie, ty chyba prosisz się o śmierć?

Te kilka słów przecięło jej serce jak tysiąc noży.

Wciągnęła powietrze, zmuszając się do spokoju. —Nie popchnęłam jej. Są tu kamery—możesz sprawdzić nagranie. Nie mogła uwierzyć, że Olivia posunie się do czegoś takiego i użyje własnego dziecka, żeby ją wrobić.

—Jak mi nie wierzysz, to zaraz znajdę kogoś, kto to sprawdzi.

—Dość! Myślisz, że jeszcze się nabiorę na twoje żałosne bajki? Widziałem, kim naprawdę jesteś—okrutną, podłą kobietą —warknął Benjamin, z lodem w oczach.

Szł w stronę Sophie krok po kroku. Zimna aura, która od niego biła, była przerażająca, ale jeszcze gorsze było to mordercze coś czające się w jego spojrzeniu. Sophie odruchowo cofnęła się.

—Gdybyś lata temu nie próbowała wrobić Olivii w podpalenie, moja siostra nie zostałaby oszpecona. A teraz zabiłaś moje dziecko. Sophie, zasługujesz na każdą karę, która cię spotka.

Sophie zachwiała się, zaciskając pięści tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. —To, co było wtedy, nie było moją winą. Czemu po prostu nie zrobisz porządnego dochodzenia i nie dojdziesz do prawdy?

Przy jego władzy i znajomościach mógłby bez trudu odkopać prawdę, gdyby tylko chciał.

Przez lata nosiła łatkę podłej kobiety i znosiła jego okrucieństwo. Miała dość. Nie dawała już rady!

—Wierzę w to, co widziałem na własne oczy! —ryknął Benjamin.

Źrenice Sophie zwęziły się. Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa na swoją obronę.

Serce bolało ją tak, jakby naprawdę krwawiło. Prawda leżała tuż przed nim—wystarczyłoby, żeby tylko zechciał po nią sięgnąć.

A on nawet nie dawał jej szansy udowodnić niewinności.

—Nie będę teraz odkręcać wszystkich twoich urojeń na mój temat. Najpierw muszę udowodnić, że dzisiejsza sytuacja to nie moja wina. Ona mnie ewidentnie wrabia! —syknęła Sophie przez zaciśnięte zęby.

Gdyby tylko zdobyła nagranie z kamer, które pokazałoby, że Olivia nie jest tak niewinna, jak udaje, Benjamin może wreszcie zacząłby podważać swoje wcześniejsze przekonania.

Sophie odwróciła się, żeby znaleźć zapis z monitoringu, ale nagle potknęła się, a brzuch uderzył twardo o podłogę. Ostry, przeszywający ból natychmiast zalał całe jej ciało.

—Tak strasznie boli mnie brzuch! —Oczy Sophie wypełniła panika, gdy zobaczyła krew zbierającą się pod nią.

Przerażona błagała: —Benjamin, proszę, zawieź mnie do szpitala; nasze dzieci...

Benjamin spojrzał na Sophie z pogardą. —To nic innego jak bękart z twojego skoku w bok z jakimś przypadkowym facetem! To dziecko nie zasługuje, żeby przyjść na ten świat!

W oczach Sophie stanęła rozpacz, a całe jej ciało zadrżało. —Benjamin, mogę wszystko wyjaśnić. Proszę, ratuj najpierw nasze dziecko.

To było dziecko, które nosiła w sobie od ośmiu miesięcy—jeszcze tylko trochę, a przyszłoby na świat.

Ostatkiem sił wyciągnęła rękę w stronę Benjamina, trzymając się jeszcze tej najcieniej nitki nadziei. A jeśli zawiózłby ją do szpitala?

Ale jej wyciągnięta dłoń chwyciła tylko powietrze. Nie była w stanie dosięgnąć nawet nogawki jego spodni.

Olivia ukryła swoje zadowolenie i jęknęła z bólu.

— Benjamin, proszę, zawieź mnie szybko do szpitala. Tak strasznie boli!

Benjamin bez wahania podszedł do Olivii, wziął ją na ręce i raźnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.

Od początku do końca nie zaszczycił Sophie nawet jednym spojrzeniem, nie zobaczył, jak pęka w niej ostatnia iskra światła.

Leżała na podłodze, a rozpacz spływała na nią jak zimna fala. Prawie słyszała, jak łamie jej się serce.

A jednak, patrząc na swój brzuch, wiedziała, że postawi na szali własne życie, byle tylko utrzymać przy życiu swoje dzieci.

Sophie, z bólem w każdym ruchu, doczołgała się do przodu, odnalazła telefon i wezwała karetkę.

Po czasie, który wydawał się wiecznością, wreszcie przyjechał personel medyczny, od razu udzielił jej pierwszej pomocy i zawiózł ją do szpitala.

Sophie leżała blada i wycieńczona na szpitalnym łóżku, pod kroplówką. Wzrok miała nieobecny, myśli jak we mgle.

W tej samej chwili dwóch ochroniarzy wpadło do sali, szarpnęło kroplówkę z jej ręki i siłą ściągnęło ją z łóżka.

Sophie nie miała nawet siły się bronić.

— Dokąd mnie zabieracie? — zapytała słabo.

— Pan Brown mówi, że tacy jak ty powinni zostać ukarani. W więzieniu będziesz miała czas, żeby się zastanowić nad wszystkimi błędami swojego życia! — Ochroniarze siłą zawlekli Sophie na komisariat.

W tamtej chwili w głowie Sophie zapadła kompletna pustka.

Błagała ich w rozpaczy, żeby ratowali jej dzieci. Dość, że Benjamin ją porzucił — teraz jeszcze wysyłał ją do więzienia.

Jeden z ochroniarzy wyciągnął dokumenty.

— Pan Brown polecił, żeby dostała pani najwyższy możliwy wyrok! Co najmniej pięć lat za kratami!

Słysząc te słowa, ostatnia odrobina uczuć, jaką Sophie jeszcze miała do Benjamina, rozsypała się w pył.

Nie — ich związek runął w przepaść w chwili, gdy Benjamin raz po raz wybierał Olivię zamiast niej.

Sophie oszukiwała samą siebie, kurczowo trzymała się nadziei, że jeśli wytrzyma jeszcze odrobinę, to może jakoś stopi jego zamarznięte serce.

Rzeczywistość spoliczkowała ją boleśnie. W oczach Benjamina nie była warta nawet jednego włosa Olivii.

Sophie siedziała jak nieprzytomna, słuchając, jak policjanci omawiają kolejne zarzuty.

Na tym świecie nie zostało jej nic, poza troską o zaginionego starszego brata, Simona Scotta, i drugiego brata, Steve’a Scotta, który siedział w więzieniu.

Kilka lat temu rodzina Scottów była w pierwszej dziesiątce największych firm w Luminous City. Teraz zniknęli bez śladu.

Po ogłoszeniu bankructwa przez rodzinę Scottów Benjamin, mściwie, uderzył we wszystkich ich krewnych.

Był przekonany, że to Sophie jest winna. Nieważne, jak błagała i jak próbowała tłumaczyć — nic to nie dawało.

Benjamin chciał, żeby spotkało ją coś gorszego niż śmierć.

Ostre paznokcie Sophie wbiły się głęboko w jej dłonie. Jeśli Benjamin kiedykolwiek odkryje prawdę o tym, co stało się lata temu, to nawet gdyby padł na kolana przy jej grobie, ona i tak nigdy mu nie wybaczy!

Żałowała, że w ogóle poznała Benjamina — to zrujnowało całe jej życie!

Zarzuty szybko dopięto. Sophie aresztowano za pobicie i uszkodzenie ciała. W pomarańczowym więziennym kombinezonie, w kajdankach i skuta, weszła do policyjnego auta z ponurą determinacją.

W tym życiu ona i Benjamin już nigdy mieli się nie spotkać.

Następny Rozdział