Rozdział 10

W chwili, gdy Sophie usiadła, małe, tłuste oczka Eliego zapaliły się z zainteresowaniem.

Najpierw zerknął na kamienną twarz Benjamina, a potem pozwolił, żeby jego lepki wzrok prześlizgnął się po sylwetce Sophie.

Ta kobieta była absolutnie zjawiskowa.

Oszałamiająco piękna, z twarzą i figurą, które przyćmiewały nawet gwiazdy z pierwszych stron, z którymi się zadawał.

A najbardziej działał na wyobraźnię ten chłód — ta dzika, nieokiełznana duma pod lodowatą powłoką. Takie cechy tylko podkręcają w mężczyźnie pierwotną potrzebę, żeby „zdobyć”.

— Panie Brown — Eli uniósł kieliszek, a na twarzy rozlał mu się lizusowski, a zarazem badający uśmieszek. — Nie przedstawi nas pan? Matko, jaka młoda i ładna… z jakiegoż to znanego domu ona jest?

Choć myśli miał obleśne, nie był na tyle głupi, żeby ruszać bez sprawdzenia gruntu.

Musiał się upewnić, jaki dokładnie związek łączy tę kobietę z Benjaminem.

Czy to tylko zabawka? Kochanka? A może ktoś, na kim Benjaminowi naprawdę zależy?

Benjamin uniósł szkło, zakręcił bursztynowym trunkiem, nawet nie fatygując się, żeby podnieść wzrok. — Ma na imię Stella.

I tyle — jedno suche zdanie.

Bez żadnego wprowadzenia, bez słowa o pochodzeniu, bez wyjaśnienia, kim dla niego jest, nawet bez porządnego spojrzenia w jej stronę.

Zachowywał się tak lekceważąco, jakby przedstawiał jakiś nic nieznaczący przedmiot.

W loży zapadła na moment cisza, po czym wszystkim jakby nagle kliknęło to samo.

To kolejna kobieta, którą Benjamin przyprowadził „dla towarzystwa” — ktoś zbyt mało ważny, by zasługiwać na szacunek.

Może jego aktualna zabawka, ale na pewno nie ktoś, kogo Benjamin naprawdę ceni.

W jednej chwili spojrzenia skierowane na Sophie zmieniły charakter.

Z początkowego zachwytu i ciekawości w nagą ocenę i pożądanie.

Eli z każdą sekundą robił się śmielszy.

Jego spasione ciało przesunęło się bliżej Sophie, niemal się o nią ocierając. Uderzyła w nią mdła mieszanka alkoholu i taniej wody kolońskiej, aż skręciło ją w środku.

— To ty jesteś Stella! — uśmiech Eliego zwęził mu oczy do szparek. — Ogromny zaszczyt! Skoro rozmawiamy o interesach, trzeba zbudować trochę dobrej woli! No, no, wypijmy za to. Wypij ten kieliszek, a nasze sprawy pójdą dużo gładziej!

Mówiąc to, sam nalał Sophie pełny kieliszek i popchnął go w jej stronę.

Trunek był ciemny — ewidentnie mocny.

Sophie zrobiło się niedobrze.

Nie tylko przez obrzydliwego typa przy jej boku, ale też przez jej przewlekły żołądek.

Tego żołądka dorobiła się w więzieniu. Za mało jedzenia, za mało ubrań, lanie i zimno — czasem ból nie pozwalał jej zasnąć całą noc, więc zwijała się w kłębek na twardym, lodowatym pryczu i po prostu wytrzymywała.

Lekarze wyraźnie jej zabronili wszystkiego, co drażniące, a szczególnie alkoholu.

Ale teraz…

Spojrzała na kieliszek, potem na Benjamina, który obserwował z boku z lodowatym spokojem.

Czy nie o to mu chodziło?

Żeby ją upokorzyć, żeby patrzeć, jak sprzedaje godność za szansę, by zostać matką.

Skoro chce patrzeć — dostanie przedstawienie.

Bez najmniejszego wahania Sophie chwyciła kieliszek i wychyliła wszystko jednym haustem.

Piekący płyn przeciął ją jak nóż w płomieniach — wypalił drogę od gardła prosto do żołądka, rozpalając w niej pożar.

Ból był tak ostry, że obraz jej pofalował. Zacisnęła pięść tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę dłoni, byle utrzymać twarz bez drgnięcia.

— Świetnie! Stella, ty to jesteś twarda sztuka! — Eli aż klasnął z podnieceniem. — Kobieta z charakterem! No, no, ja wzniosłem toast, to teraz ty musisz się odwdzięczyć, prawda?

Nalał kolejny kieliszek.

Twarz Sophie pozostała bez wyrazu, gdy podniosła go i znów wypiła do dna.

— Pięknie! Ten kieliszek za naszą przyszłą współpracę — do dna!

Trzeci kieliszek.

— A ten to…

Jeden za drugim, jakby to nie miało końca.

Żołądek Sophie przeszedł od bólu do odrętwienia.

Nie czuła już bólu — tylko brutalne przewracanie się wnętrzności, od którego chciało jej się wymiotować. Policzeki miała nienaturalnie czerwone, ale oczy robiły się coraz zimniejsze, coraz bardziej puste.

Mechanicznie powtarzała te same ruchy: brała szklanki i opróżniała je do dna.

Poza tym, że Nathan od czasu do czasu szturchał łokciem Benjamina, wszyscy w tym prywatnym pokoju świetnie bawili się jej upokorzeniem.

Gwizdali, pohukiwali, klaskali, wychwalając jej „pojemność” i „współpracę” coraz bardziej prostackimi żartami i wulgarnymi, obrzydliwymi komentarzami.

A architekt tego wszystkiego, Benjamin, ani razu na nią nie spojrzał.

Po prostu siedział, bijąc niedostępnym chłodem, czasem zamieniając parę słów z tymi obok, jakby jego uwaga była zupełnie wyjęta z jej sytuacji.

Sophie czuła, jak jej serce — tak jak żołądek — zostało wypalone alkoholem na wylot, a w środku wszystko w niej jakby gniło, rozpadało się po cichu.

Widząc, jaka jest „spolegliwa”, Eli robił się coraz śmielszy.

Kiedy Sophie odstawiła kolejną pustą szklankę, jego tłusta, lepka dłoń, pod pretekstem dolania następnej kolejki, ot tak spoczęła na jej ramieniu.

Ten śliski dotyk sprawił, że całe ciało Sophie zesztywniało. Obrzydzenie i upokorzenie, które narastały w niej od dłuższej chwili, wybuchły jak wulkan.

Odwróciła się gwałtownie, próbując uniknąć jego ręki.

— Panie Fox — odezwała się w końcu, głosem ochrypłym od alkoholu, ale wciąż lodowato twardym. — Proszę się zachować.

Ruchy Eliego znieruchomiały, a uśmiech zastygł mu na twarzy.

Nie spodziewał się, że ta z pozoru uległa kobieta w ogóle odważy się postawić.

Zerknął na Benjamina, widząc jego kompletny brak reakcji, i wszystkie jego opory prysły w jednej chwili.

Zabawka, a będzie się przy nim stawiać i udawać księżniczkę?

— Zachować? Moja droga Stella… — uśmiech Eliego zrobił się obleśny. — Przecież jesteśmy tu, żeby się rozerwać. Po co te ceregiele? Nie po to pan Brown cię przyprowadził? Zadowól mnie, a nie tylko jakaś współpraca… Dam ci, co tylko zechcesz!

Mówiąc to, nie tylko nie cofnął ręki, ale zsunął ją bezczelniej z jej ramienia, z bezwstydną intencją kierując ją w stronę jej talii.

— Zabieraj łapy! — Sophie nie wytrzymała. Z całej siły odepchnęła jego dłoń.

Szarpnięcie było tak mocne, że krzesło za jej plecami zachwiało się, a ona straciła równowagę i zaczęła przechylać się na bok.

Gdy była pewna, że za chwilę runie na podłogę, jakaś ręka sięgnęła i ściągnęła ją z powrotem, ratując w ostatniej chwili.

Głośny trzask. Benjamin z całej siły odstawił szklankę na marmurowy stół.

Wszyscy znieruchomieli w nagłym strachu, prawie nie śmiąc oddychać.

Powoli wstał, a jego wysoka sylwetka rzuciła ogromny cień pod luksusowym kryształowym żyrandolem, przygniatając atmosferę ciężarem groźby.

Benjamin nie spojrzał na nikogo. Tylko opuścił wzrok na Sophie, której twarz zrobiła się trupio blada.

Potem uniósł głowę, a jego zimne oczy przesunęły się po Elim, który teraz drżał ze strachu.

— Nie, nie… panie Brown, ja nie wiedziałem, że ona jest… Myślałem… — Choć Benjamin nie powiedział ani słowa, Eli już trząsł się jak w febrze. — Myślałem… myślałem, że ona jest tylko…

— Tylko kim? — przerwał Benjamin z chłodnym uśmiechem.

Jego spojrzenie powoli zsunęło się niżej, zatrzymując na tłustej dłoni, która dopiero co dotknęła Sophie. — Tej ręki… już nie chcesz?

Eli osunął się prosto na podłogę, a na spodniach błyskawicznie rozlała się mokra plama. — Litości, panie Brown! Nie wiedziałem, co robię! To się już nie powtórzy!

Benjamin go zignorował.

Chwycił Sophie za ramię i ruszył prosto do wyjścia.

Drzwi prywatnego pokoju trzasnęły za nimi, odcinając wszystkie dźwięki ze środka.

Na korytarzu panowała nienaturalna cisza.

Dopiero gdy dotarli do pustej windy, Benjamin puścił ją, praktycznie ciskając nią o ścianę.

Sophie oparła się o panel windy, zasłaniając usta, i zaczęła wymiotować. Kwas i żółć podeszły jej do gardła, paliły przełyk i wycisnęły łzy z oczu.

Benjamin stał przed nią i patrzył na jej roztrzęsiony, rozczochrany stan bez najmniejszego drgnięcia na twarzy.

Po tym, co wydawało się wiecznością, Sophie w końcu zdołała się wyprostować. — Wystarczy?

Podniosła głowę, a jej oczy — zamglone łzami i alkoholem — patrzyły na niego pustym, wyjałowionym spojrzeniem. — Benjaminie, możesz mi teraz oddać moje dzieci?

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział