Rozdział 6

Uścisk Benjamina mimowolnie zelżał, a całe jego ciało jakby zastygło w miejscu.

Skąd wzięły się te blizny?

Rany po nożu? Oparzenia? I te niezliczone ślady, jakby ktoś raz po raz smagnął jej skórę czymś ostrym.

Minęło pięć lat i choć blizny zbledły, wciąż potrafił sobie wyobrazić ten makabryczny widok rozerwanego ciała i otwartych ran.

Kto w ogóle odważył się podnieść na nią tak okrutną rękę?

Z głębi serca Benjamina wystrzeliła niekontrolowana wściekłość.

– Kto ci to zrobił? – Każde słowo przeciskało mu się przez zaciśnięte zęby. – Powiedz mi, kto cię tak skrzywdził?

Sophie wpatrywała się w jego twarz – oszołomioną, a jednocześnie wściekłą – i cała ta scena wydała jej się boleśnie ironiczna.

Szarpnęła rękę, wyrywając ją całkiem z jego uścisku; w tym ruchu było tyle nieskrywanego obrzydzenia, jakby strzepywała z siebie coś lepkiego.

– Panie Brown, ma pan wyjątkowo wygodną pamięć. – Sophie spokojnie naciągnęła zniszczony rękaw, a na jej ustach pojawił się lodowaty uśmiech. – To przecież pańska robota.

– Moja? – Benjamin zmarszczył brwi, kompletnie zdezorientowany.

Sophie parsknęła pogardliwie. – Udaje pan głupiego? Czy naprawdę zapomniał pan, że pięć lat temu osobiście wysłał mnie do tamtego miejsca?

Benjamin w końcu zrozumiał. Te blizny… dostała je, kiedy siedziała w więzieniu!

W miejscach, których nie widział, w dniach, które uznał za „należną karę”… co ona tam tak naprawdę przeszła?

Chciał tylko, żeby tam „przemyślała swoje”. Jak to w ogóle mogło być miłością…?

Sophie nie miała już najmniejszej ochoty wymieniać z nim choćby jednego słowa.

Nienawiść w jej oczach była czysta, ostateczna – jak rozżarzone do czerwoności żelazo, które wypalało znak i sprawiało, że Benjaminowi serce zaczęło bić w panice.

To nie była dawna uraza podszyta uczuciem; to była lodowata obojętność i wrogość po całkowitym rozczarowaniu, kiedy w środku już nic nie zostaje.

– Benjamin, błagam cię… zostaw mnie w spokoju i zostaw w spokoju moje dzieci. – Sophie spojrzała mu prosto w oczy, wyraźnie akcentując każde słowo. – Wszystko, co było między nami, skończyło się pięć lat temu, kiedy postanowiłeś uwierzyć Olivii i zostawiłeś mnie oraz nasze dzieci w kałuży krwi. Od teraz idźmy każdy w swoją stronę.

Po tych słowach odwróciła się, nie oglądając się ani razu.

– Sophie! – Benjamin odruchowo wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać.

Ale Sophie była szybsza.

Szybko wróciła do samochodu, zablokowała drzwi i gwałtownie skręciła kierownicą, zawracając.

Opony zapiszczały na asfalcie, gdy czarny SUV przemknął obok Benjamina bez najmniejszego wahania.

W swoim mieszkaniu, w chwili gdy Sophie zamknęła drzwi, całe napięcie jakby spłynęło z jej ciała.

Oparła się o drzwi i osunęła w dół, aż usiadła na zimnej podłodze. Twarz, która przy Benjaminie trzymała się na siłę i udawała obojętność, wreszcie pękła – jak cienka skorupa.

Objęła kolana ramionami, schowała głowę głęboko między nie, a jej ramiona zaczęły drżeć nie do opanowania.

Dlaczego? Dlaczego nie potrafiła od niego uciec?

Pięć lat – wydawało jej się, że urosła w siłę na tyle, by na wszystko patrzeć spokojnie.

A jednak gdy Benjamin znów się pojawił, gdy te celowo zakopane wspomnienia zostały rozdrapane, odkryła, że mury, które z takim trudem postawiła wokół serca, pękają zbyt łatwo.

– Mamusiu. – Mała, ciepła dłoń delikatnie dotknęła jej pleców.

Sophie gwałtownie podniosła głowę i zobaczyła Timothy’ego i Thomasa, przykucniętych po obu stronach. Ich przejrzyste oczy były pełne troski.

– Mamusiu, co się stało? Ten zły pan ci dokuczał? – Thomas nadął się ze złości. – Jeszcze zobaczysz, jak urosnę… to mu przyłożę, żeby dał ci spokój!

Timothy nic nie powiedział. Po prostu wyciągnął swoje małe rączki, jak tylko potrafił objął nimi szyję Sophie i przytulił policzek do jej twarzy. – Nie bój się, mamusiu. Będziemy cię chronić.

Dziecięce głosy — dziecinne, a jednocześnie niewiarygodnie uparte — były jak ciepły prąd, który wlewał się do lodowatego serca Sophie. Oczy piekły ją od emocji i w końcu nie była już w stanie tego dłużej trzymać w sobie. Przyciągnęła oboje dzieci mocno do piersi.

— Wszystko ze mną w porządku. Wystarczy mi wasza dwójka. — Głos jej się załamał, a łzy spływały po policzkach po cichu, jedna za drugą.

Po długiej chwili Sophie wreszcie jakoś się pozbierała.

Otwarła torebkę, wyjęła małą buteleczkę i wysypała na dłoń dwie białe tabletki. Popiła je ciepłą wodą i przełknęła. Lekarz przepisał jej je, żeby trzymać emocje w ryzach; bez nich stres pourazowy nie dałby jej zmrużyć oka przez całą noc.

Delikatnie ucałowała dzieci w czoła.

— No, dobra. Naprawdę już jest okej. Chodźcie, kąpiel i szykować się do łóżka, dobrze?

— Dobrze! — Dzieci kiwnęły posłusznie głowami.

Kiedy patrzyła na ich spokojne, śpiące twarze, serce Sophie wreszcie opadło. Dla nich musiała być silniejsza — na tyle silna, by stanąć prosto przed każdą burzą.

Następnego dnia Sophie zmusiła się, żeby skupić się na pracy. Nie mogła pozwolić, by pojawienie się Benjamina rozwaliło jej plany.

Tymczasem Laura, zgodnie z planem, zabrała bliźniaki do największego parku rozrywki w Luminous City.

Gdy Sophie skończyła pracę, zauważyła, że jest jeszcze wcześnie, więc postanowiła podjechać do parku i zrobić swoim maluchom niespodziankę.

Słońce było idealne, a park rozbrzmiewał śmiechem dzieci.

Sophie też od razu zrobiło się lżej na duszy. Wyjęła telefon, już miała zadzwonić do Laury i zapytać, gdzie są.

W tej samej chwili telefon zawibrował jak szalony.

Na wyświetlaczu: Laura.

Sophie uśmiechnęła się i odebrała:

— Laura, jestem prawie przy wejściu. Gdzie wy…

— Sophie! Stało się coś strasznego! — W słuchawce słychać było panikę i szloch.

— Thomas i Timothy zniknęli!

W głowie Sophie zapadła cisza, jakby ktoś nacisnął guzik. Tylko to ogłuszające bzyczenie.

— Co ty powiedziałaś? — Głos zadrżał jej tak, że nie mogła go opanować.

— Poszłam tylko po lody, na sekundę! Odwróciłam się i ich nie było! Szukałam wszędzie i nie mogę ich znaleźć! Sophie, co my zrobimy? — Laura była o krok od załamania.

— Nie panikuj! Oddychaj, uspokój się! — Sophie na siłę zebrała myśli w jedną całość. — Idź natychmiast do ochrony. Już! Biegiem!

Rozłączyła się i popędziła do centrum zarządzania parkiem jak w amoku.

Kiedy dotarła do biura ochrony, Laura ze łzami w oczach błagała pracowników.

Na widok Sophie Laura rzuciła się do niej.

— Sophie, przepraszam… To moja wina! Powinnam ich pilnować!

— To nie czas na takie rzeczy! — Sophie odsunęła ją, wbijając wzrok w monitory. Głos miała zachrypnięty. — Proszę wyciągnąć wszystkie nagrania z tamtego momentu. Natychmiast!

Pracownik, wyraźnie zaskoczony jej twardym tonem, szybko się posłuchał.

Nagranie ruszyło klatka po klatce.

W końcu, na kamerze w jednym z narożników, zobaczyli Thomasa i Timothy’ego.

Laura poszła po lody, a dwójka dzieci czekała grzecznie w miejscu.

Wtedy za ich plecami pojawiło się dwóch barczystych mężczyzn w czarnych garniturach.

Jeden z nich przykucnął, jakby coś do nich mówił.

Na twarzach Thomasa i Timothy’ego pojawiła się ostrożność i wahanie.

Ale po chwili mężczyzna podsunął im przed oczy ekran telefonu. Dzieci tylko rzuciły okiem — i ich miny się zmieniły.

Potem ci dwaj mężczyźni ujęli dzieci za ręce, po jednym z każdej strony, i poprowadzili je w kierunku wyjścia.

— Kim oni są?! — Laura krzyknęła, rozpaczliwie.

Sophie nie odpowiedziała. Jej wzrok uparcie podążał za kolejnymi ujęciami z monitoringu. Patrzyła, jak mężczyźni prowadzą jej dzieci przez tłum w stronę parkingu.

Ostatnia klatka pokazała czarnego Rolls-Royce’a Phantoma.

Ten samochód…

To był Benjamin!

Zabrał jej dzieci!

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział