Rozdział 8
Sophie w panice wybierała numer Benjamina raz za razem.
W słuchawce za każdym razem odzywał się ten sam zimny, mechaniczny kobiecy głos: „Wybrany numer jest obecnie wyłączony”.
Zabrał jej dzieci i po prostu zniknął.
Co on, do diabła, próbował ugrać?
Sophie aż wbiła paznokcie w dłoń. Wściekłość i panika splatały się w niej w jeden duszący supeł, tak że ledwo łapała powietrze.
Nie. Teraz nie mogła się rozsypać.
Sophie od razu wykręciła numer do swojej przyjaciółki, Juniper Davis.
— Juniper, potrzebuję przysługi. — Jej głos był zachrypnięty od tego, jak długo trzymała emocje na wodzy. — Pomóż mi, proszę, dowiedzieć się, gdzie teraz jest Benjamin. Błagam!
Juniper na moment zamilkła po drugiej stronie, ale natychmiast wyczuła, że to nie są żarty.
— Co się stało?
— Zabrał Tommy’ego i Tima!
— Co?! — Głos Juniper w jednej chwili stężał. — Bezczelny drań. Jak on śmie! Zostań tam, zaraz się dowiem!
Juniper działała z zadziwiającą sprawnością. Nie minęło nawet dziesięć minut, a oddzwoniła z informacją.
— Jest w penthousie w Skyline Club. Podobno omawia jakąś ważną współpracę.
Skyline Club.
Najbardziej ekskluzywny prywatny klub w Luminous City — z ochroną jak w banku i żelazną zasadą: tylko dla członków.
Sophie rozłączyła się i wcisnęła gaz w podłogę. Czarny SUV wyrwał do przodu jak strzała z łuku, pędząc prosto do celu.
I rzeczywiście — ledwie podjechała pod wejście, dwóch ochroniarzy w czarnych garniturach zastąpiło jej drogę.
— Przykro mi, proszę pani. To klub prywatny. Proszę okazać kartę członkowską. — Ochroniarz był stanowczy, ton miał nie do ruszenia.
— Szukam Benjamina! — Oczy Sophie były przekrwione, a głos zdarty.
— Ma pani umówione spotkanie? Bez tego nie możemy pani wpuścić.
Gdy Sophie już miała stracić panowanie i wparować siłą, z obrotowych drzwi wysunęła się jakaś postać.
To był Nathan.
Zatrzymał się, widząc, jak ochroniarze blokują Sophie, a ona wygląda, jakby zaraz miała eksplodować.
— Pani Scott?
Nathan dał znak ochroniarzom, żeby się cofnęli, i szybko podszedł do Sophie, ściszając głos.
— Jest pani tutaj przez Benjamina?
Sophie nie miała do niego ani grama cierpliwości. Nie mówiąc nic, ruszyła prosto w stronę windy.
Nathan zawahał się przez krótką chwilę, po czym poszedł za nią — bał się, że sytuacja wymknie się spod kontroli.
Drzwi windy zamknęły się, a w tej małej przestrzeni momentalnie zrobiło się duszno od napięcia.
Sophie wpatrywała się w rosnące numery pięter.
Nathan niewiele wiedział o ich przeszłości — tylko tyle, że kiedyś kochali się do szaleństwa, zanim wszystko skończyło się katastrofą.
Ostrożnie przerwał ciszę.
— Tak naprawdę tamtego dnia doszło do nieporozumienia. Naprawdę chciałem z tobą współpracować przy tym projekcie fotograficznym...
— W którym prywatnym pokoju on jest? — Sophie odezwała się znów, głosem zimnym jak lód.
— Sky Suite One… czekaj, ja nic nie powiedziałem! — Nathan błyskawicznie zasłonił usta, nie chcąc potem mieć problemów z Benjaminem.
Winda zadzwoniła cichutko, gdy drzwi się rozsunęły.
Sophie wyszła i z impetem pchnęła ciężkie drzwi prywatnego pokoju.
Muzyka i śmiechy, jeszcze przed chwilą głośne, urwały się nagle, jak nożem uciął, gdy wtargnęła do środka.
Wszyscy zastygli.
Sala pełna elegancko ubranych, bogatych i wpływowych facetów zgodnie odwróciła głowy w stronę niespodziewanej intruzki. Na niektórych twarzach malowała się wyraźna niechęć, inni aż przebierali nogami, spragnieni dramy, a większość tylko wymieniała szybkie spojrzenia, po cichu główkując, kim może być ta uderzająco piękna, a jednocześnie wściekła kobieta.
Benjamina nie było na honorowym miejscu.
Sophie błyskawicznie omiotła wzrokiem ten ociekający luksusem pokój, aż w końcu zatrzymała spojrzenie na zamkniętym, sięgającym od podłogi do sufitu oknie prowadzącym na balkon.
Przy balustradzie stała wysoka sylwetka, tyłem do niej, z kieliszkiem whisky w dłoni.
To on!
Kierownik klubu od razu podbiegł, z zawodowym, przepraszającym uśmiechem przyklejonym do twarzy:
– Proszę pani, to spotkanie prywatne. Chyba trafiła pani nie do tego pokoju. Pozwoli pani, że odprowadzę.
Wyciągnął rękę, próbując odprowadzić Sophie.
Sophie zrobiła unik i ruszyła prosto w stronę balkonu.
Wyraz twarzy kierownika stężał; już miał wołać ochronę, kiedy mężczyzna siedzący niedaleko głównego miejsca zatrzymał go samym spojrzeniem. Tamten lekko pokręcił głową, dając znak, żeby się nie wtrącał.
Kierownik natychmiast zrozumiał, o co chodzi, ukłonił się i odsunął, choć na czole już zebrał mu się zimny pot.
Wszyscy obecni mieli dość rozumu, by pojąć, że to sprawa Benjamina.
Pod czujnymi spojrzeniami zebranych Sophie szarpnęła za szklane drzwi i weszła na balkon, wołając:
– Benjamin!
Nocny wiatr, niosąc ostry zapach alkoholu, wpadł do środka, rozrzucił jej długie włosy i sprawił, że oczy zaszczypały ją do czerwoności.
Benjamin zesztywniał na dźwięk jej głosu, zastygł na chwilę, a potem powoli się odwrócił.
– Co ty tutaj robisz?
– Gdzie są moje dzieci? – Sophie przeszła od razu do rzeczy. – Benjamin, gdzie je ukryłeś? Oddaj mi je!
Na słowa „moje dzieci” Benjamin wyraźnie zareagował. Wypuścił z siebie niski, lodowaty śmiech, pełen szyderstwa.
Podszedł bliżej do Sophie, a mocna woń alkoholu, zmieszana z jego charakterystycznym, czystym zapachem, oplotła ją jak dusząca sieć.
– Twoje dzieci?
Pochylił się, a jego ciepły oddech musnął jej ucho, gdy cedził każde słowo wyraźnie:
– Sophie, to też są moi synowie.
– Thomas i Timothy są naszymi dziećmi.
– Nie! – Sophie odskoczyła, jakby ukłuł ją skorpion, i z całej siły go odepchnęła. – To są tylko moje dzieci! Nie mają z tobą nic wspólnego, Benjamin!
Benjaminowi puściły hamulce.
Złapał Sophie za nadgarstek.
– Nosiłaś moje dzieci i ukrywałaś się przez pięć lat, a teraz mówisz mi, że nie mają ze mną nic wspólnego? Sophie, jak ty możesz być taka bez serca?
Sophie uznała to za najgłupszy żart, jaki w życiu słyszała.
Zaśmiała się gorzko.
– Benjamin, ty mnie nazywasz bezduszną?
– Pięć lat temu wsadziłeś mnie do więzienia dla Olivii bez mrugnięcia okiem. Powiedz mi, to nie było bez serca?
– Kiedy leżałam we krwi, błagając cię, żebyś ratował nasze dzieci, co ty zrobiłeś?
– Facet, który doprowadził ich matkę do śmierci, o mało nie doprowadzając do tego, że zginęły jeszcze w moim brzuchu… jakie ty masz prawo stać tu teraz i twierdzić, że to twoje dzieci?
Wpatrywała się w niego, a w jej spojrzeniu kipiała nienawiść i twarda determinacja.
– No i co, jesteś z tego dumny?
Z każdym kolejnym słowem twarz Benjamina robiła się coraz bledsza, a uścisk na jej nadgarstku stopniowo słabł.
Sophie wykorzystała moment, wyszarpnęła się i cofnęła, żeby zwiększyć dystans, patrząc na niego chłodno, bez cienia litości.
– Zapytam cię po raz ostatni.
– Moje dzieci… oddasz mi je czy nie?
