Rozdział 9

Benjamin wpatrywał się w kobietę stojącą przed nim. Jej ciało aż drżało od buntu, a oczy miała wypełnione wyłącznie nienawiścią. Przez długą chwilę nie był w stanie wydusić z siebie słowa.

Gdyby tylko wtedy wiedział o dzieciach...

Gdyby tylko zadał jeszcze jedno pytanie, zaufał jej choć odrobinę bardziej...

Benjamin gwałtownie otrząsnął się z tych natrętnych myśli.

To ona pierwsza wrobiła Olivię!

Nawet jeśli dla tych dzieci poświęciła tak dużo, nie zmaże to jej dawnych grzechów!

Wszystko, co ją spotkało, było na własne życzenie!

Na balkonie zapadła cisza jak makiem zasiał.

Muzyka w prywatnym pokoju ucichła już jakiś czas temu. Wszyscy taktownie trzymali język za zębami, tylko od czasu do czasu rzucając na balkon ciekawskie, badawcze spojrzenia.

— Przez te wszystkie lata musiało ci być ciężko, wychowywać ich sama.

Po długiej pauzie Benjamin w końcu znów się odezwał. W jego głosie nie było już wcześniejszej wściekłości — zastąpiła ją chłodna, zdystansowana uprzejmość, jak u kogoś, kto załatwia interesy.

— Dzieci muszą zostać z rodziną Brownów. To moi synowie, krew z krwi Brownów, i absolutnie nie mogą być wychowywani gdzie indziej.

Patrzył, jak twarz Sophie robi się trupio blada, i ciągnął dalej:

— W ramach rekompensaty spełnię każde twoje życzenie.

— Ta willa nad rzeką na Pradze Wschód może od razu przejść na ciebie. Pamiętam, zawsze lubiłaś ten projekt.

— Zainwestuję sto milionów dolarów z Brown Group w niezależne studio fotograficzne dla ciebie. Dostaniesz najlepszy zespół w kraju, żebyś mogła dalej robić karierę.

— Poza tym dam ci pięćset milionów w gotówce jako dodatkowe zadośćuczynienie. Z takimi środkami będziesz miała dość na wszystko, co tylko zechcesz.

Zawiesił głos, po czym dodał:

— A jeśli chcesz czegoś jeszcze — biżuterii, luksusowych samochodów, czegokolwiek — powiedz.

To były pieniądze i status, o jakich większość ludzi nie dorobiłaby się nawet przez dziesięć żywotów. Takie warunki skusiłyby każdą kobietę.

A jednak, kiedy Sophie tego wysłuchała, tylko się uśmiechnęła. W tym uśmiechu nie było ani grama radości — była w nim bezkresna gorycz i drwina.

— Benjamin, naprawdę myślisz, że za pieniądze można wszystko? — uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy, pełne sprzecznych emocji. Wypowiedziała każde słowo z twardą, ostateczną stanowczością. — Nie chcę niczego.

— Chcę tylko moje dzieci.

— Oddaj mi Thomasa i Timothy’ego, a obiecuję, że zniknę z twojego świata natychmiast. Nigdy więcej się nie pojawię. Do końca życia nie będziemy mieli ze sobą nic wspólnego.

— Śnisz, dziewczyno! — Benjamin kipiał ze złości i czuł się upokorzony. Już i tak poszedł na kompromis jak nigdy, a jej wciąż było mało.

Kopnął stojącą obok drogą orchideę. Delikatna porcelanowa doniczka roztrzaskała się na kawałki, a ziemia i odłamki rozsypały się po podłodze.

Ludzie w prywatnym pokoju podskoczyli ze zaskoczenia, a atmosfera momentalnie zgęstniała.

Wobec jego narastającej furii Sophie ani drgnęła. W jej głosie brzmiała rozpaczliwa, brawurowa determinacja, jakby nie miała już nic do stracenia.

— Benjamin, pięć lat temu zniszczyłeś moją rodzinę, moją reputację i całą miłość, jaką do ciebie miałam. Wszystko, co posiadałam, rozwaliłeś własnymi rękami.

Wyciągnęła dłoń i wskazała miejsce, gdzie biło jej serce. Te piękne oczy były teraz jak spalona ziemia, puste i martwe.

— Teraz zostały mi tylko Thomas i Timothy. Oni są jedynym powodem, dla którego jeszcze żyję.

— Jeśli mi ich odbierzesz...

„Czym to się niby różni od zmuszenia mnie, żebym umarła drugi raz?”

Te słowa uderzyły w serce Benjamina jak ciężki młot.

Patrząc na jej bladą, a jednak hardą twarz, widząc rozpaczliwą determinację w jej oczach, naprawdę po raz pierwszy dotarło do niego, że ona mówi serio.

Jeśli siłą odbierze jej dzieci, ona naprawdę odbierze sobie życie.

To olśnienie puściło mu po plecach zimny dreszcz.

Dlaczego? Czy ona nie miała kochać ponad wszystko pieniędzy i próżności?

Dlaczego nawet nie spojrzała na tak hojne warunki?

W głowie Benjamina zapanował kompletny chaos.

W tej samej chwili drzwi do prywatnego pokoju uchyliły się.

Nathan wsunął głowę do środka i ostrożnie powiedział: „Benjamin, nasi partnerzy pytają, czy kontynuujemy negocjacje”.

Spojrzenie Benjamina nagle stwardniało.

W jego głowie mignął dziki, mściwy pomysł.

„Jeśli chcesz, żebym oddał dzieci, to nie jest to niemożliwe”.

Powoli odwrócił się z powrotem do Sophie, a jego oczy pociemniały, zrobiły się niebezpieczne.

„Dzisiejsze partnerstwo jest dla mnie piekielnie ważne. Jeśli pomożesz mi dopiąć ten deal…” Zrobił krok naprzód i szepnął tak cicho, by słyszała tylko ona. „…to oddam ci dzieci”.

Ciało Sophie natychmiast zesztywniało.

Pomóc mu dopiąć deal? Doskonale wiedziała, co to znaczy.

Chciał, żeby zabawiała tych facetów!

Zalała ją fala upokorzenia, aż zakręciło jej się w żołądku.

Ale milczała tylko kilka sekund, po czym podniosła głowę, tłumiąc w oczach wszystko, aż została w nich wyłącznie martwa, lodowata cisza.

„Dobrze.” Zgodziła się bez wahania.

Godność? Roztrzaskał ją na kawałki w chwili, gdy posłał ją do więzienia.

Dla Thomasa i Timothy’ego zrobiłaby wszystko — nie tylko uśmiechała się do biznesmenów, ale oddałaby życie, jeśli trzeba.

Benjamin patrzył na jej błyskawiczną zgodę i poczuł niewytłumaczalny ucisk w klatce piersiowej. Zamiast satysfakcji z zemsty przyszło jeszcze większe rozdrażnienie.

Prychnął chłodno i jako pierwszy odwrócił się, wracając do prywatnego pokoju.

Sophie wzięła głęboki oddech, poprawiła potargane od wiatru włosy i ubranie, po czym weszła za nim.

Kiedy pojawili się z powrotem przed wszystkimi, jedno po drugim, spojrzenia w prywatnym pokoju natychmiast zrobiły się dwuznaczne.

Po takiej awanturze, a potem ich spokojnym powrocie razem, dla każdego było jasne, co się wydarzyło.

Mężczyzna na honorowym miejscu, otyły biznesmen w średnim wieku, nazywany Eli Fox, od razu wstał z uśmiechem i uniósł kieliszek.

„No proszę, panie Brown, czekamy na pana! Już myślałem, że zapomniał pan o starych znajomych, odkąd znalazł pan taką piękność!”

„No właśnie! Panie Brown, kim jest ta śliczna pani? Trzymał ją pan pod kluczem — nie przedstawi nas pan?” dorzucił ktoś inny.

„Widać, że skarb i oczko w głowie! Popatrzcie tylko na tę kłótnię — jak to nie jest prawdziwa miłość, to co?”

„Panie Brown, tak nieładnie! Dziś w ramach kary musi pan wypić trzy kieliszki!”

Prywatny pokój wypełniły docinki, chichoty i sugestywne śmiechy.

Te oceniające, lepkie od pożądania spojrzenia sprawiły, że Sophie znowu ścisnęło w żołądku.

Stała bez wyrazu za Benjaminem, walcząc z narastającym obrzydzeniem.

Benjamin tylko omiótł wszystkich chłodnym spojrzeniem.

Potem odsunął krzesło obok siebie i powiedział do Sophie: „Siadaj”.

Sophie posłuchała, ruszając się odrobinę sztywno.

To miejsce było tuż obok partnera biznesowego znanego jako Eli.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział