Rozdział 1: Deja Vu zdrady

Minął rok, odkąd odkryłam, że moim przeznaczonym partnerem był nikt inny jak Redmund Franciosa. Przez ten cały rok nasz związek pozostawał tajemnicą – dokładnie tak, jak on chciał.

– Już niedługo, kochanie. Już niedługo – szeptał mi czule do ucha za każdym razem, gdy naciskałam na niego w tej sprawie. Ciepły oddech łaskotał mnie w skórę, aż przebiegały mnie ciarki, a jego niski, hipnotyzujący głos wystarczał, żebym znowu przytaknęła jego obietnicom.

A jednak, ku mojemu rozczarowaniu, te słowa nigdy się nie zmieniały. Chciałam czegoś więcej. Paliłam się do tego, żeby powiedzieć całemu światu, że w końcu mam swojego towarzysza, kogoś, kogo mogę nazwać „moim”, i nie mogłam się doczekać dnia, w którym w niedalekiej przyszłości staniemy razem przed ołtarzem.

Nie mogłam się doczekać, aż mnie naznaczy i założymy rodzinę. Już widziałam w wyobraźni, jak mieszkamy w jego stadzie, z naszym własnym szczeniakiem, którego oboje stworzyliśmy – naszym dzieckiem, naszą dumą.

Redmund był pierwszy w kolejce do przejęcia stada Złotego Zaćmienia. Już teraz zajmował poważaną pozycję jednego z kapitanów w królewskiej armii. Jego wuj był obecnym Alfach ich stada i wciąż się nie ożenił, co automatycznie czyniło z Redmunda następnego w kolejności, jeśli wuj postanowi odejść. Wstąpił do królewskiej armii, żeby wyrobić sobie nazwisko tam, gdzie jego wuj był dowódcą. Miał też ogromne wsparcie rodziców – byli z niego niesamowicie dumni, że celuje tak wysoko.

Ja natomiast pracowałam jako taktyk, coś w rodzaju strażniczki planów, w tej samej dziedzinie co on. W przeciwieństwie do niego pochodziłam z mniejszego stada – Gwiezdnych Cieni – które poza własnymi granicami prawie nie miało znaczenia. Byłam już sierotą, mieszkającą wyłącznie w domu stada, odkąd mój ojciec zginął w zasadzce roguesów, kiedy miałam osiem lat. To wydarzyło się na naszym terenie. Dorastałam, nie wiedząc nawet, kim była moja matka. Zostałam jedną z gamm, kiedy tylko wstąpiłam do królewskiej armii, zaraz gdy wreszcie pozwolono, by kobiety mogły do niej dołączać.

To dzięki komandor Rachelle – pierwszej kobiecie w armii. To ona udowodniła, że kobiety są tak samo zdolne do służby jak mężczyźni.

On miał dwadzieścia siedem lat. Ja dwadzieścia sześć.

A jednak, pomimo różnic – statusu, wieku i stada – wierzyłam, że Bogini Księżyca połączyła nas ze sobą z jakiegoś powodu.

Naprawdę miałam nadzieję, że Redmund w końcu przedstawi mnie swoim rodzicom. Nie mogłam się doczekać, aż ich poznam.

Kiedy królewska armia wreszcie przyznała mi krótki urlop – po miesiącu proszenia i błagania u przełożonego – uznałam, że to idealna okazja, żeby go zobaczyć.

Mimo że byliśmy w tej samej formacji, ja i Redmund mieliśmy mało czasu tylko dla siebie. Poza tym, w oczach naszych towarzyszy z armii, byliśmy dla siebie nikim więcej jak współpracownikami… a właściwie, co najwyżej przyjaciółmi. To bolało mnie najbardziej, bo wciąż nie mogliśmy ujawnić naszego związku.

Więc pod tym pretekstem zaplanowałam, że go odwiedzę. Chciałam zobaczyć radość i zaskoczenie malujące się na jego twarzy, kiedy ujrzy mnie na zewnątrz koszar, nieskrępowaną służbą. Dla innych wyglądałoby to po prostu tak, jakbym była dobrą koleżanką, która wpadła w odwiedziny.

Lecz gdy dotarłam do jego posterunku, mój cały świat się rozpadł. Redmund nie był sam – był tam z Lilith Haven.

Lilith była moją najlepszą przyjaciółką od dzieciństwa. Mieszkałyśmy w tym samym stadzie i byłyśmy w tym samym wieku. Ona też była jedną z gamm w naszym stadzie. Zaprzyjaźniła się ze mną, kiedy zobaczyła mnie samotną, podczas gdy inni rówieśnicy praktycznie mnie odrzucali, bo nie miałam rodziców. Tylko ona odważyła się podejść, usiąść obok mnie i zostać ze mną. Ona też była sierotą, również mieszkała w domu stada.

Pracowała też w plutonie Redmunda i wiedziała, że Redmund był moim przeznaczonym partnerem. Była przeciwko niemu właśnie ze względu na mnie, bo pochodził z krwi rodu Franciosa, który miał złą opinię przez wujka Redmunda i przez to, jak potężny był.

Ale dlaczego oni się razem śmiali? Dlaczego byli tacy bliscy?

Znali się wcześniej, beze mnie, za moimi plecami?

I wtedy to zobaczyłam. Patrzyłam, jak mój świat wali się przede mną w gruzy.

To czułe spojrzenie, które Redmund posłał jej – takie, które powinno należeć do mnie. Sposób, w jaki ich dłonie niby przypadkiem się musnęły, aż w końcu on ją uchwycił, splótł swoje palce z palcami Lilith, a potem ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać, aż ich usta się zetknęły.

Zamarłam, na moment prawie zapomniałam, jak się oddycha.

Miałam wrażenie, że wszystko wokół po prostu znika. Głośne gadanie żołnierzy, zgiełk ulicy, brzęk stali… wszystko powoli się oddalało, jakby ktoś ściszał świat, a ja czułam, jakby moje serce przestało bić.

Jedynym dźwiękiem, jaki do mnie docierał, był trzask mojego serca rozpadającego się na drobne kawałki. Nawet kolana mi się ugięły na ten widok.

Redmund, mój przeznaczony… Lilith, moja ukochana przyjaciółka…

Dwoje ludzi, którym ufałam najbardziej na świecie…

Kiedy odchodziłam, czułam, że przy każdym kroku ktoś wbija mi w serce tysiąc strzał. W głowie kłębiło mi się od pytań.

– Dlaczego? – wyszeptałam. Czułam, że w każdej chwili mogę upaść na kolana.

Dlaczego tak mnie zdradzili? Jak mogli mi to zrobić?

Czy to dlatego Redmund tak uparcie chciał trzymać nasz związek w tajemnicy? I dlatego Lilith tak zaciekle była przeciwko niemu jako mojemu partnerowi – bo sama go chciała, chociaż on i ja byliśmy sobie przeznaczeni?

Byłam ślepa jak cielę czy prowadzone na rzeź? Od kiedy oni są ze sobą?

Czy wtedy, kiedy powiedział mi, że nie możemy pokazać naszej relacji światu?

Zdrajcy… Czym sobie na to zasłużyłam? Co takiego im zrobiłam?

Przycisnęłam dłoń do piersi, jakbym w ten sposób mogła jakoś utrzymać roztrzaskane kawałki serca w jednym miejscu. Ale wiedziałam, że to na nic. Ten rodzaj zdrady wypala całe wnętrze.

A jednak… dlaczego ten ból wydawał się tak boleśnie znajomy? Dlaczego miałam wrażenie, jakbym już kiedyś tonęła w tym samym cierpieniu?

Wystarczyło, że zamknęłam oczy, a miałam wrażenie, że zaraz pęknie mi głowa. Wspomnienia, które uważałam za dawno pogrzebane, nagle wybiły na powierzchnię jak wezbrana rzeka po roztopach i aż wstrzymałam oddech.

Pamiętałam, że byłam uzdrowicielką, porzuconą za to, kim byłam. Kobietą o palcach ubrudzonych tuszem, błagającą mężczyznę, by nie sprzedał jej za odrobinę władzy.

Pamiętałam, że byłam wojowniczką, odrzuconą w imię obowiązku. Zakrwawiony miecz wyślizgiwał mi się z dłoni, gdy dowódca, którego kochałam, odwrócił się do mnie plecami i odmaszerował u boku innej.

Pamiętałam, że byłam Luną, zepchniętą na bok dla innej. Stałam pod księżycem, a moja wataha chyliła kark nie przede mną, lecz przed kobietą, którą on wybrał zamiast mnie.

Te rozmyte twarze… przytłumione głosy… nałożone na siebie życia, które już kiedyś przeżyłam… Każdy z tych końców kończył się tak samo.

Tysiąc żyć.

Tysiąc zdrad.

I teraz, znowu, historia wcisnęła mnie w ten sam, okrutny schemat. Historia powtórzyła się co do joty.

Zostałam odrzucona. Zostałam zapomniana. Zostałam zastąpiona.

Zabrakło mi tchu, kiedy prawda uderzyła we mnie jak obuchem.

Ten ból nie był nowy. To nie było pierwszy raz. Byłam tego pewna. Nie mogłam się mylić.

Byłam tu już wcześniej.

Już żyłam.

Już umierałam.

A teraz żyję znowu.

Nie.

To mogło oznaczać tylko jedno…

Zostałam zreinkarnowana.

Następny Rozdział