Rozdział 8 Zapytałem najbardziej niebezpiecznego chłopca w szkole
Sylaby mojego imienia zawisły w dusznym powietrzu pod trybunami, gęste i ciężkie.
Raisa Petrova.
Przestałam oddychać. Moje płuca całkiem się zablokowały, a stęchły zapach oleju silnikowego i rozgrzanego kurzu ugrzązł mi w gardle. Wpatrywałam się w niego, podczas gdy mój umysł buksował na śliskim lodzie, próbując odzyskać przyczepność. Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy. Nie obracaliśmy się w tych samych kręgach, nie siedzieliśmy w tych samych salach lekcyjnych, nie istnieliśmy w tej samej wersji Crestview Preparatory Academy. Dla niego powinnam być tylko kolejną granatową marynarką mijaną na korytarzu. Pustą twarzą. Nikim.
A jednak wypowiedział moje imię z całkowitą pewnością. Bez wahania. Bez pytającej nuty na końcu.
— Skąd wiesz, kim jestem? — Słowa przedarły się przez moje suche wargi. Zabrzmiały niewiarygodnie cicho, natychmiast połknięte przez ogromną przestrzeń stalowych belek i cieni nad nami.
Ryder nie odpowiedział od razu. Nie odrywał wzroku od moich oczu, a wyraz jego twarzy pozostawał całkowicie nieodgadniony. Ostre, wyraziste rysy miał idealnie nieruchome. Tylko powolne, miarowe unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej pod spraną, grafitową koszulką zdradzało, że w ogóle żyje. Nie wyglądał jak uczeń przedostatniej klasy liceum. Wyglądał jak burza czekająca, by uderzyć w wybrzeże.
Za moimi plecami facet z papierosem wydał z siebie niski, chrapliwy śmiech.
— Patrzcie, jak się trzęsie — zakpił. Jego buty zachrzęściły na żwirze, kiedy zeskoczył ze zardzewiałej skrzynki elektrycznej. — Co jest, kujonko? Zgubiłaś się w drodze do biblioteki? Może lepiej czym prędzej wróć do głównego budynku, zanim pobrudzisz sobie tę swoją spódniczkę.
Moje ramiona uniosły się aż do uszu. Instynkt ucieczki był tak silny, że aż rozbolały mnie kolana. Chciałam się odwrócić, popędzić z powrotem w jasne, bezpieczne światło słońca i schować się w kabinie łazienkowej aż do rozdania dyplomów.
Ale Ryder się poruszył.
To nie był duży ruch. Po prostu opuścił prawą stopę ze zderzaka samochodu na ziemię, a ciężki obcas jego wojskowego buta uderzył o podłoże tępym, ostatecznym łupnięciem.
— Bax — powiedział Ryder.
Nie krzyknął. Nawet nie podniósł głosu. Ale ta jedna sylaba przecięła ciężkie powietrze jak stalowe ostrze.
Facet za moimi plecami — Bax — znieruchomiał w pół kroku. Chrzęst żwiru ucichł natychmiast.
— Zabierz resztę i idźcie się przejść — rozkazał Ryder, ani na moment nie odrywając ode mnie wzroku. Mówił płasko, niemal znudzonym tonem, ale pod spodem pobrzmiewała absolutna władczość, od której włoski na moich ramionach stanęły dęba. To nie była prośba.
Usłyszałam za sobą gwałtowny wdech. Sekundę napiętego, ciężkiego wahania. Potem szuranie butów po ziemi.
— Ta. Jak chcesz, stary — mruknął Bax.
Trzy pary kroków oddaliły się, odchodząc z cieni z powrotem w stronę popękanej asfaltowej drogi. Nie odwróciłam się, żeby patrzeć, jak odchodzą. Nie spuszczałam wzroku z Rydera, przerażona, że jeśli spojrzę gdziekolwiek indziej, stracę ten maleńki okruch odwagi, który trzymał mnie w miejscu.
Cisza, która potem zapadła, była zupełnie inna niż szkolny hałas. Gęsta. Przytłaczająca. Odległe, stłumione okrzyki z lekcji wychowania fizycznego na boiskach tylko podkreślały, jak kompletnie odizolowani byliśmy pod stalowymi trybunami.
Ryder odchylił się odrobinę, opierając dłonie o matowoczarną maskę swojego samochodu. Metal parzył od słońca, ale wyglądało na to, że nawet tego nie zauważa.
— Masz dwie minuty, Petrova — powiedział. Jego głos był niski, chropawy, jak głuche warknięcie. — Zanim mi się znudzisz i zostawię cię, jak stoisz, w tym pyle.
Serce waliło mi o żebra w szaleńczym, desperackim rytmie. Wbiłam paznokcie w miękką część dłoni, wykorzystując ostry ból, żeby zmusić mózg do skupienia.
To negocjacje — powiedziałam sobie. Potraktuj to jak debatę. Przedstaw problem. Zaproponuj rozwiązanie.
— Potrzebuję przysługi — zaczęłam. Głos zadrżał mi przy pierwszym słowie, ale zacisnęłam szczękę i przełknęłam drżenie. — Potrzebuję… potrzebuję czegoś od ciebie i jestem gotowa zrekompensować ci poświęcony czas. W jakikolwiek sposób uznasz za uczciwy. Zadania domowe. Odpowiedzi na testy. Mogę pisać za ciebie wypracowania do końca roku.
Lewa brew Rydera drgnęła — drobny, niemal niedostrzegalny ruch. Orzechowa zieleń jego oczu złapała wąski pas światła przecinający przestrzeń między ławkami trybun i błysnęła ostrym, złotym żarem.
— Myślisz, że obchodzą mnie wypracowania? — zapytał powoli, jakby ta myśl autentycznie go dezorientowała.
— Każdemu zależy na zaliczeniu — odparłam, gdy włączyły mi się mechanizmy obronne. Byłam prymuską. Logika była moją bronią. — Właśnie zawiesili cię na trzy dni. Masz katastrofalną kartotekę. Ledwo się prześlizgujesz przez przedmioty podstawowe. Jeśli wylecisz z Crestview, twój ojciec odetnie cię od pieniędzy. Cała szkoła wie, że groził tym w zeszłym semestrze.
Powietrze wokół nas jakby nagle zrobiło się o dziesięć stopni chłodniejsze.
Szczęka Rydera stwardniała. Mięśnie na jego szyi napięły się, grube i ścięgniste. Przez przerażającą sekundę myślałam, że posunęłam się za daleko. Że wstanie, odepchnie się ode mnie i zostawi mnie samą z moim zrujnowanym życiem. Nie obrażało się najgroźniejszego chłopaka w szkole i nie oczekiwało, że ci pomoże.
Ale się nie poruszył. Tylko patrzył na mnie, a jego wzrok powoli zjechał w dół — po wykrochmalonym kołnierzyku, po równo zawiązanej wstążce przy gardle i po ciężkim, praktycznym plecaku przewieszonym przez ramię.
— Odrobiłaś pracę domową — wymruczał, a chrzęst w jego głosie zgrzytnął o ciszę. — Więc o co chodzi? Czego potrzebuje idealna, nietykalna Raisa Petrova od takiej katastrofy jak ja?
Słowo nietykalna zabolało. Dokładnie tak widziała mnie reszta szkoły. Maszyna od perfekcyjnych wyników i dziewczyna, która nigdy nie zostaje na imprezy. Nie widzieli ataków paniki o drugiej w nocy, wyczerpania, które osiadało głęboko w kościach, ani absolutnego przerażenia przed utratą jedynej rzeczy trzymającej moją rodzinę na powierzchni.
