Rozdział 2
Theo
Otwieram oczy i przeciągam zmęczone kończyny, sprawdzając godzinę na moim starym, obitym zegarze. Wydobywa mi się jęk. Nie chcę niczego bardziej niż przewrócić się na drugi bok i wrócić do snu, ale zegar pokazuje piątą rano, co oznacza, że nie ma już dla mnie spania — zamiast tego muszę wstać i zacząć dzień.
Nie mogę się spóźnić z robieniem śniadania!
Wyciągam zmęczone ciało z posłania — cóż, technicznie nie mam łóżka; to stary polowy tapczan z cienkim prześcieradłem, którego używam jako koca. Mimo wszystko to chyba lepsze niż podłoga. Biorę ręcznik, czyste ubranie na zmianę i kostkę mydła, po czym wychodzę z mojego „pokoju”. Miejsce, które nazywam sypialnią, kiedyś było schowkiem na buty, ale po śmierci Alfy Jasona uznano, że nie zasługuję na pokój, więc przydzielono mi tę komórkę. Jest mała, ale to moja bezpieczna przystań… No, przez większość czasu.
I tak nie potrzebuję dużo miejsca, bo mam tylko dwa komplety ubrań, ręcznik, kostkę mydła, którą dostałem dopiero wtedy, gdy nie mogli już znieść mojego zapachu, oraz książkę znalezioną w śmietniku. Trzymam ją ukrytą — jeśli ktoś ją znajdzie, zabierze mi ją, a mnie ukarzą za posiadanie czegoś, na co nie zasługuję. Idę cicho przez dom watahy, desperacko próbując nikogo nie obudzić, i kieruję się na zewnątrz. Obchodzę dom od tyłu i wchodzę między drzewa; po kilku sekundach docieram do pięknego jeziora, które odwiedzam każdego ranka.
Widok jeziora otoczonego wielkimi, pięknymi dębami zawsze zapiera mi dech w piersiach. To jedyna piękna rzecz w moim życiu, której nikt nie może mi odebrać — ale tylko dlatego, że nikt nie wie, iż potrafię dostrzec piękno w tym widoku. Wszyscy są przekonani, że nienawidzę tego miejsca, a to dlatego, że to jezioro jest miejscem, do którego przychodzę myć ciało. Tak, to prawda — nie wolno mi korzystać z żadnych pryszniców ani wanien w domu watahy; to przywilej, na który nie zasłużyłem.
Jestem zmuszony korzystać z jeziora za budynkiem; zimą woda robi się tak lodowata, że czasem wychodzę z siną skórą, ale widok zawsze pozostaje piękny, a dopóki nikt nie wie o pięknie, które tu widzę, nie mogą mi go odebrać. Teraz wciąż jest lato i chociaż to wczesny poranek, woda jest zaskakująco ciepła. Zrzucam z siebie stare, podarte, zniszczone ubrania i wchodzę do jeziora. Myję się szybko, wycieram, ubieram w drugi komplet starych, podartych rzeczy, po czym wracam do domu watahy, żeby zacząć przygotowywać śniadanie.
Nie mogę się spóźnić z robieniem śniadania. Nie znowu!
Nazywam się Theo Marco Rossi. Mam dwadzieścia sześć lat i jestem omega-niewolnikiem w watasze Blood Moon. Moje życie nie zaczęło się w ten sposób — miałem kochających rodziców, dwie siostry i przyjaciół. Wystarczyła jedna godzina, jedna godzina, żeby zmienić moje życie, i jedna godzina wystarczyła, żebym stał się omega-niewolnikiem.
Wchodzę do kuchni i dziękuję Bogini Księżyca, że dziś rano czas jest po mojej stronie. Właściwie jestem piętnaście minut przed czasem, więc śniadanie na pewno nie będzie spóźnione. Może to oznacza, że dzisiaj podczas podawania śniadania wszystkim dostanę tylko policzki i kopniaki, a nie zostanę pobity. W piątek spóźniłem się z podaniem śniadania o trzy minuty i zostałem dotkliwie skatowany. Wygląda na to, że im dłużej tu jestem, tym gorsze stają się pobicia.
Włączam dwa ekspresy do kawy i zabieram się za jedzenie. Smażę sterty bekonu, kiełbasek, placków ziemniaczanych, tostów, jajecznicy i jajek sadzonych oraz naleśników. Kroję mnóstwo różnych owoców do naleśników. Przygotowuję talerze i sztućce na stołach, ustawiam na nich sok pomarańczowy, sok jabłkowy i wodę, a także szykuję kubki do kawy.
— Któregoś dnia zarzygam, kiedy tu wejdę i zobaczę twoją mordę, robaku — wrzeszczy do mnie Gamma, wchodząc do kuchni. Za nim wchodzi Katy, partnerka Drake’a, i patrzy na mnie z obrzydzeniem. — Najwyraźniej wciąż nie obrywajesz dość porządnie, skoro jeszcze żyjesz, ty bezwartościowy kawałku gówna.
— Nie patrz na niego zbyt długo, kochanie, bo ci oczy krwią zaleją — mówi Drake do Katy. Oboje wybuchają śmiechem i idą do swojego stołu. Wkrótce w kuchni pojawiają się wszyscy, a w moją stronę lecą standardowe komentarze i nienawiść, ale trzymam głowę nisko i zabieram się za wydawanie śniadań.
Chwilę później do pomieszczenia wchodzą Jenna, córka naszego najlepszego wojownika, i jej partner Jackson, po czym kierują się prosto do mnie. Wiem, co zaraz nastąpi — tak jest każdego ranka. Nie potrzebują powodu, żeby mnie skrzywdzić; zbyt dobrze się przy tym bawią. Jenna idzie obok mnie i strąca talerz z jedzeniem na podłogę, a obrzydzenie na jej twarzy widzą wszyscy.
— Patrz, co zrobiłeś. Jesteś bezużytecznym, obrzydliwym ochłapem psa. Posprzątaj to natychmiast! — Sięgam po ręczniki papierowe z blatu, klękam na czworakach i zaczynam sprzątać bałagan. — Nie mówiłam, że możesz użyć ręczników papierowych, kundlu. Wylizuj to. Zjedz to z podłogi jak brudny pies, którym jesteś! — wrzeszczy nade mną Jenna; jej głos jest gorszy niż paznokcie po tablicy i rozdziera mi bębenki.
Unoszę wzrok i natychmiast żałuję tego ruchu, bo pieczenie na policzku momentalnie sprowadza na mnie ból głowy. Ta dziewczyna potrafi uderzyć! Znowu spuszczam głowę, ale się nie ruszam. W tej watasze doświadczyłem wielu rodzajów kar, ale nigdy czegoś takiego. — Na co czekasz, kundlu? Moja partnerka kazała ci to posprzątać — wtrąca się Jackson.
Nie ruszam się — aż do chwili, gdy czuję ból. Zamaszyście podnosi nogę i kopie mnie w twarz; wiem, że mam złamany nos. Dopiero dwa dni temu się zregenerował, odkąd ostatnio mi go złamał. Wiem, co będzie dalej. Próbuję zwinąć się w kłębek, żeby choć trochę się osłonić, ale jest za późno, a trzask, który rozlega się chwilę później, mówi mi, że znów połamał mi żebra.
Pluje na mnie, po czym bierze Jennę za rękę i odprowadza ją do stołu. Podciągam się z trudem, próbując oddychać przez ból, i wracam do pracy. Czuję, jak powoli rozsypuję się w środku, ale nie pozwalam, żeby ktokolwiek to zobaczył. Znów skupiam się na kuchni, czekając, aż ostatni z wilkołaków przyjdą na śniadanie.
Alpha Jack i jego Beta Alex wchodzą jako ostatni i zajmują miejsca. Pilnuję, żeby podać im od razu, po czym wracam do kuchni, żeby zacząć sprzątać. — Ej, ty, niewolniku, jak ci tam — odzywa się ktoś. Odwracam się i widzę, że to Alpha Jack mówi do mnie.
— Tak, do ciebie. Mam ważne wieści do przekazania członkom mojej watahy, które ciebie nie dotyczą, i chcę to zrobić teraz, kiedy wszyscy są tutaj, więc wynoś się z kuchni. Nie chcę, żeby twoja paskudna dupa tego słuchała. Możesz wrócić za trzydzieści minut i wtedy to tutaj posprzątasz.
— Oczywiście, Alpha — odpowiadam, nie podnosząc głowy. Nie wolno mi na niego patrzeć, gdy do mnie mówi. Nauczyłem się tego dawno temu, a blizny na plecach są stałym, bolesnym przypomnieniem. Wychodzę z kuchni i idę prosto do swojej sypialni — to jedyne miejsce, w którym mogę wyrzucić z siebie frustrację, nie dostając za to lania.
Codziennie budzę się, modląc się o cud, modląc się, żeby choć jednego dnia nikt mnie nie skrzywdził. Najwyraźniej dzisiaj nie jest ten dzień, ale pozostaje mi mieć nadzieję na jutro. Nadzieja to wszystko, co teraz mam — nadzieja, że któregoś dnia będę wolny.
