Rozdział 3
Savannah
„Logan, Levi, Savannah, obudźcie się, dzieciaki, wjeżdżamy na tereny watahy Blood Moon.”
Powoli otwieram oczy i mrugam, próbując przyzwyczaić się do światła walącego przez okna. Noah już nie śpi i czyta jakieś magazyny, podczas gdy bliźniacy smacznie chrapią. Uśmieszek wpełza mi na usta, kiedy zauważam, że jaskrawo różowe naklejki Barbie, które wcześniej zdobiły twarz Noaha, zniknęły, przez co muszę powstrzymać chichot. Na pewno, do cholery, nie wezmę za to winy.
– Kto to był?
Noah nawet na mnie nie patrzy, kiedy pyta, tylko dalej czyta magazyn, ale ten psotny wyraz jego twarzy daje mi do zrozumienia, że już planuje zemstę. Noah jest mistrzem odwetu, a skoro tym razem nie będzie on wymierzony we mnie, nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co wymyślił. Noah rzuca mi to swoje spojrzenie, to samo, przez które zawsze się wygaduję, i od razu wie, że to nie ja.
– Jeden czy obaj, Sav?
– Szczerze, Noah, nie mam pojęcia. Spałam. Obudziłam się i już było po wszystkim.
– Obaj – odzywają się jednocześnie głosy mojej mamy i taty z przodu samochodu.
Oboje wybuchamy śmiechem, że nasi rodzice tak pięknie wkopali moich braci, a ci dwoje naprawdę się jeszcze zastanawiają, po kim mamy to nasze zamiłowanie do psot. Kocham moich rodziców. Noah rzuca mi spojrzenie i oboje rzucamy się na bliźniaków, łaskocząc ich, żeby się obudzili.
– Dobra... dobra, już nie śpię! – Levi zdołał wydusić, próbując łapać głębokie oddechy, podczas gdy ja nadal bezlitośnie go łaskoczę.
– Już wstałem... już wstałem! – śmieje się Logan, bo Noah uwięził jego stopę pod pachą i łaskocze go bez litości.
Łaskotanie bliźniaków to zawsze niezawodny sposób, żeby ich obudzić. Zresztą wszyscy jesteśmy łaskotliwi, to mamy po mamie. Siadam z powrotem na swoim miejscu i zaczynam podziwiać widok za oknem. Dojeżdżamy do bramy i kiedy tata podaje swoje nazwisko, zostajemy wpuszczeni, po czym jedziemy dalej jedyną drogą. Po obu stronach ciągną się piękne, ogromne dęby, naprawdę cholernie wielkie drzewa, i na chwilę całkiem się w nich zatracam. Jest w nich jakieś piękno, którego nie umiem wyjaśnić.
Wracam na ziemię i dostrzegam wilki biegające między drzewami. Niektóre zatrzymują się i obserwują, jak przejeżdżamy, a za nami podąża pozostałych dziewięć SUV-ów. Drzewa zaczynają się przerzedzać i pojawia się mnóstwo pięknych domów, a także różne sklepy, w tym supermarket i park. To miejsce jest całkiem duże, bardzo piękne.
Jedziemy jeszcze kilka minut, zanim zatrzymujemy się przed ogromnym domem. To musi być dom watahy. Jest gigantyczny, ma cztery, a może pięć pięter, i został pomalowany na krwistą czerwień, z białymi obramowaniami wokół okien i drzwi. Spoglądam na schody i widzę trzech mężczyzn czekających, żeby nas powitać. Pewnie alfa, jego beta i gamma? Nie jestem pewna, ale zaraz się przekonam, bo mój ojciec parkuje SUV-a, a te za nami wkrótce robią to samo.
– Na litość Bogini Księżyca, dzieciaki, ostrzegam was już teraz: macie się zachowywać jak najlepiej przez cały nasz pobyt, jasne? Żadnych psikusów i żadnych bójek!
– Tak, tato, obiecujemy – odśpiewujemy wszyscy jednocześnie.
Szczerze mówiąc, po prostu cieszymy się, że już jesteśmy na miejscu. To była długa podróż, a ja osobiście nie marzę o niczym innym niż o prysznicu i drzemce.
– Alfo Jake, jestem Alfa Jack. To zaszczyt pana poznać. Słyszałem o panu wiele dobrego. Doceniam, że odbył pan tę podróż tutaj, wiem, że to daleko.
– Alfo Jack, to przyjemność w końcu poznać pana osobiście. Cieszę się, że tu jestem, macie piękne tereny watahy.
Na twarzy Alfy Jacka rozciąga się szeroki uśmiech. Wygląda na szczerze zadowolonego i wdzięcznego, że mój tata przyjechał się z nim spotkać, ale prawdę mówiąc, już teraz mnie przeraża. Kieruje wzrok w moją stronę i przechodzą mnie ciarki, i to nie te przyjemne.
– Alfo Jake, proszę pozwolić, że przedstawię pana mojemu becie Alexowi i gammie Drake’owi.
„Ogromnie mi miło was wszystkich poznać. To moja piękna Luna Sophia, moi bliźniaczy synowie, przyszli Alfowie Sfory Blue Lake, Logan i Levi, oraz mój syn Noah i córka Savannah. Nasza najstarsza córka, Emma, niestety nie mogła wybrać się w tę podróż”.
Kiedy kończy się uścisk dłoni i wymiana uprzejmości, zostajemy wprowadzeni do siedziby sfory. To miejsce jest ogromne — nie tak wielkie jak nasze w domu, ale i tak robi wrażenie.
— Czy chcielibyście coś zjeść i obejrzeć dom, zanim zaprowadzimy was do pokoi? — pyta Alfa Jack mojego tatę, znów z tym przerażającym uśmiechem na twarzy.
— Czy mielibyście coś przeciwko, żebyśmy najpierw poszli do pokoi, żeby chwilę odpocząć i się odświeżyć? To była długa podróż — odpowiada tata.
Cieszę się jak głupia, słysząc te słowa z jego ust. Im szybciej oddalę się od Alfy Świra, tym lepiej.
„Alfa Świr do niego pasuje” — odzywa się głos mojej wilczycy Chloe.
„No proszę, kto dołączył do imprezy” — prychnęłam w myślach. „Wiesz, że nie znoszę długich jazd, więc albo miałam się schować, albo marudzić ci przez cały czas. Sama wiesz, że wyświadczyłam ci przysługę”.
„No już, marudzisz” — jęczy do mnie.
„Dobra, może masz rację, ale teraz proszę, zostań. Mam złe przeczucia co do tego miejsca”.
„Ja też. Coś tu jest nie tak. Temu Alfie Świrowi też nie ufam… chociaż ten Beta Alex to naprawdę niezły kąsek” — puszcza do mnie oczko.
„Chloe, my mamy czekać na swoją drugą połówkę”.
„Och, uspokój się, przecież czekamy. Ale to nie znaczy, że nie mogę sobie popatrzeć na gorącego wilka, kiedy jakiegoś widzę. A ten jego tyłek… aż mam ochotę przewrócić się na plecy” — niemal się ślini.
„Jezu, uspokój się, mała. Nic z tego. Chyba powinnaś wrócić do ukrywania się”.
„Ech, z ciebie żadna zabawa!” — skomle, żebym na pewno usłyszała foch w jej tonie.
„Spadaj, futrzaku. Idź spać”.
Przewracam oczami na tę jej napaloną gębę i odcinam się od niej, wracając do rozmowy. Patrzę na Alexa — jest przystojny. Ciemnobrązowe włosy ma związane w męski kok, brązowe oczy, kwadratową szczękę. Widzę jakieś tatuaże na jego ramionach, ale stąd nie potrafię rozpoznać, co przedstawiają. Jest wysoki — co najmniej metr dziewięćdziesiąt parę, może nawet prawie dwa — i potężny, sam mięsień. Chyba jest ode mnie sporo starszy; bardziej w wieku mojej siostry. Nie pociąga mnie w ten sposób i wiem, że to dlatego, że nie jest moją drugą połówką, ale to nie znaczy, że nazwę go brzydkim, skoro nie jest.
— Jeśli wszyscy pójdziecie za mną, zaprowadzę was do pokoi — głos Bety Alexa sprowadza mnie na ziemię, kiedy rusza po schodach na czwarte piętro, gdzie mamy mieszkać.
Kiedy patrzę, jak Beta Alex idzie na górę, muszę przyznać, że Chloe ma rację co do jego tyłka.
Chloe natychmiast pojawia się w mojej głowie: „A nie mówiłam”. Od razu żałuję, że w ogóle o tym pomyślałam, bo wiem, że nie da mi już spokoju. Nie poradzę na to, że jestem typem „na tyłki”; poza tym tylko patrzę — nic nigdy nie wydarzy się z nikim innym niż z moją drugą połówką. Wszystkie moje „pierwsze razy” zachowuję dla niego.
— Alfa Jake i Luna Sophia, to wasz pokój. Logan, Levi, Noah i Savannah — wasze pokoje są gotowe. Savannah, Alfa kazał mi przekazać, że pokój na końcu korytarza jako jedyny ma toaletkę, oczywiście poza apartamentem głównym — mówi, wskazując dostępne drzwi.
Idziemy w tamtą stronę, a chłopcy pozwalają mi wziąć ten z toaletką.
— Zostawię was, żebyście mogli się rozgościć i odświeżyć. Jeśli będziecie czegokolwiek potrzebować, proszę wołać. Aha, kolacja będzie podana o osiemnastej trzydzieści — uśmiecha się do nas wszystkich, macha na pożegnanie i schodzi z powrotem po schodach.
Żegnamy się i wchodzimy do swoich pokoi. Jest piętnasta, więc zdążymy zaliczyć szybką drzemkę, zanim trzeba będzie przygotować się na kolację. Nie musicie mi tego powtarzać.
Wchodzę do pokoju, który będzie mój na czas pobytu. Nawet nie zadaję sobie trudu, żeby się rozejrzeć — stawiam walizkę na podłodze, padam twarzą na łóżko i jestem pewna, że zasypiam, zanim moja głowa w ogóle dotyka poduszki.
