2

Zamarłam, mój uśmiech zbladł, gdy napotkałam wzrok mojego srebrnowłosego klienta. Przez całe życie opanowałam sztukę ukrywania emocji, nigdy nie pozwalając sobie na chwilę słabości – zwłaszcza przed mężczyznami. Zawsze byłam opanowana, obojętna na ich słowa czy wygląd. Ale ten mężczyzna… on mnie niepokoił. Jakby potrafił przejrzeć na wylot mury, które starannie budowałam, a ta myśl przerażała mnie.

"Zaraz przyniosę kawę," powiedziałam, starając się zachować spokój, odwracając się w stronę lady. "Espresso? Czarna?" rzuciłam pytanie przez ramię, próbując ukryć swoje zdenerwowanie.

"Bylebyś to ty ją zrobiła," odpowiedział z lekkim śmiechem.

Przebłysk irytacji pojawił się we mnie na jego flirt, ale niewiele to pomogło w powstrzymaniu rumieńca wpełzającego na moje policzki. "Co się ze mną dzieje?" mruknęłam pod nosem, zmieszana swoją własną reakcją. Zazwyczaj takie komentarze spływałyby po mnie jak po kaczce – może nawet postawiłabym faceta na swoim miejscu, gdybym miała zły dzień. Ale teraz? Rumieniłam się jak zakochana nastolatka.

Trzymając się z dala od jego wzroku, zajęłam się pracą przy barze, zdeterminowana, by nie spojrzeć mu w oczy. Mimo to nie mogłam pozbyć się uczucia, że jego wzrok jest na mnie skupiony, jakby studiował każdy mój ruch. Ręce mi się trzęsły, gdy sięgałam po filiżankę, prawie wypuszczając ją z rąk.

"Ogarnij się, Thalasso," mruknęłam pod nosem, stabilizując chwyt. Zerknęłam na Naia, która była zbyt zajęta dolewaniem kawy Sylasowi i Rowanowi, by zauważyć moją niezdarność. Kiedy w końcu złapała mój wzrok, uśmiechnęła się i dała mi konspiracyjne oczko.

"Spróbuj," szepnęła, jej wzrok skierował się na srebrnowłosego mężczyznę.

Ignorując ją, skupiłam się na przygotowaniu kawy. Zwilżyłam papierowy filtr, dodałam świeżo zmieloną kawę i zaczęłam parzyć. Bogaty, ciemny płyn spływał do filiżanki, a kiedy był gotowy, zaniosłam go do jego stolika, starając się nie patrzeć mu prosto w oczy.

"Twoja kawa, proszę pana," powiedziałam, stawiając filiżankę z precyzją wynikającą z praktyki.

"Czy ja cię obrażam?" Jego głos był gładki, taki, który pozostaje w pamięci jak ostatnia nuta melodii.

"N-nie wcale!" Słowa wypadły, zanim zdążyłam je powstrzymać.

Jego usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu, a oczy wbiły się we mnie z przenikliwą intensywnością. Puls przyspieszył, a ja instynktownie cofnęłam się, zwiększając dystans między nami.

"Dziękuję za kawę… Thalasso," powiedział, jego wzrok na chwilę spoczął na plakietce z moim imieniem na koszuli.

„Smacznej kawy,” mruknęłam, wycofując się za ladę tak szybko, jak tylko mogłam.

Coś w sposobie, w jaki wypowiedział moje imię, sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz. Brzmiało to... znajomo, jakby znał mnie od dawna. Wewnątrz poczułam narastający niepokój.

„Czy on może być jednym z nich?” Myśl uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba. „Nie,” uspokajałam się. „Nie pachnie jak oni. Wiedziałabym, gdyby był.”

Mimo to nie mogłam pozbyć się niepokoju. Nerwowo poprawiłam rękawiczki, a potem zajęłam się sprzątaniem lady.

„Thalasso, Kael znowu o ciebie pytał,” zawołał Rowan, jego głos był pełen rozbawienia. „Dlaczego nie dasz biedakowi szansy?”

„Powiedzmy, że Kael to nie mój typ,” odpowiedziałam z uśmiechem, wrzucając stos zużytych serwetek do kosza.

Rowan zaśmiał się i sięgnął przez ladę, chwytając mnie za nadgarstek.

„Daj spokój, Thalasso. Jeśli on nie jest twoim typem, może ja nim jestem.” Jego uśmiech się poszerzył, a oczy przesunęły się po mnie w sposób, który sprawił, że poczułam się nieswojo.

„Puść mnie, Rowan,” powiedziałam ostrym tonem.

„Nie bądź taka,” namawiał, zaciskając uścisk. „Powinnaś się czasem zabawić.”

„Powiedziałam nie!” Szarpnęłam się gwałtownie, wyrywając rękę.

Rowan pochylił się do przodu, próbując mnie ponownie złapać, ale stracił równowagę i uderzył w ladę. Szklanki i pusty dzbanek do kawy spadły na podłogę, rozbijając się na kawałki. Poczułam ostry ból, gdy odłamek szkła przeciął mi ramię.

„Thalassa!” Naia była przy mnie w mgnieniu oka, chwytając moją zranioną rękę.

„Poradzę sobie,” warknęłam, odsuwając się i sięgając po apteczkę.

Naia zawahała się, jej twarz wyrażała mieszankę troski i zranienia. „Dobrze,” powiedziała, cofając się.

Gdy pośpiesznie bandażowałam ranę, mój umysł pracował na pełnych obrotach. „Niech nie poczują zapachu mojej krwi. Proszę, niech nie poczują zapachu mojej krwi,” modliłam się w duchu.

Dopiero po tym, jak zamieszanie ucichło, przypomniałam sobie o srebrnowłosym kliencie. Odwróciłam się w stronę jego stolika, ale był pusty. Zniknął.

Pozostała tylko stuzłotowa banknot obok ledwo naruszonej kawy.

„Chyba jednak nie smakowała mu moja kawa,” mruknęłam, chowając pieniądze do kieszeni. „Przynajmniej jest hojny.”

Reszta wieczoru minęła w zamęcie zamiatania szkła i sprzątania bałaganu, który zrobił Rowan. Kiedy zamknęliśmy, deszcz w końcu przestał padać. Mimo to, gdy zamykałam drzwi, poczułam chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą.

I wtedy to się stało.

Wycie – dźwięk, którego modliłam się, by nigdy więcej nie usłyszeć – odbiło się echem w oddali.

Znaleźli mnie.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział