3
Zobaczyłam cień – kształt przypominający wilka przemykający za rogiem. Zatrzymałam oddech i rzuciłam się w przeciwnym kierunku, czując, jak panika rozlewa się po moich żyłach. Znaleźli mnie. W jakiś sposób, niemożliwie, namierzyli mnie tak szybko. To nie mogło być tylko zapach mojej krwi. Musieli wiedzieć, gdzie jestem od jakiegoś czasu, czekając na odpowiedni moment, aby się zbliżyć.
Czy polowali w tym mieście przez cały czas, tuż pod moim nosem? Myśl ta zmroziła mnie. Byłam tak ostrożna, tak metodyczna, wyprowadzając ich w pole przez lata. A jednak tu byłam – nieprzygotowana, osaczona i przerażona.
Wracaj do domu. Weź torbę przetrwania. Biegnij na dworzec, powtarzałam sobie, pędząc przez mokre od deszczu ulice. Wypłać gotówkę ze skrytki depozytowej i zniknij. Nie oglądaj się za siebie.
Ale warkot zatrzymał mnie w miejscu. Głęboki i gardłowy, dobywał się z zaułka przed mną. Moje oczy rzuciły się na ściany, gdzie cienie wydłużały się nienaturalnie – trzy sylwetki przypominające wilki zbliżały się. Moje serce zamarło, gdy spojrzałam za siebie. Dwie kolejne postacie pojawiły się w zaułku, odcinając wszelką drogę ucieczki.
Zacisnęłam pięści i stanęłam pewnie, upuszczając torebkę na ziemię. "Pięciu na jedną? Panowie, wiecie jak sprawić, by dziewczyna poczuła się wyjątkowo," rzuciłam, choć mój głos był bardziej ostry niż się czułam.
Cienie poruszyły się, skręcając groteskowo, aż przybrały ludzką formę. Trzech mężczyzn wyłoniło się z ciemności przed mną, wysocy i umięśnieni, ich okrutne uśmiechy odbijały się w ich drapieżnych oczach.
"Nie chcemy cię skrzywdzić, księżniczko. Chyba że nas do tego zmusisz," jeden z nich wycedził, jego głos ociekał fałszywą uprzejmością.
Pozostali rozproszyli się, ich postawy były leniwe, ale celowe. Zacisnęłam pięści. "Spokojnie, Thalassa. Skup się," mruknęłam pod nosem. "Witalne punkty. Ruchy szybkie. Nie wahaj się."
"No dalej, księżniczko," jeden z nich drwiąco powiedział. "Nie mamy całej nocy. Poddaj się, a może będziemy dla ciebie łaskawi."
Wyciągnął rękę w moją stronę, jakby oferując litość. To był błąd. Chwyciłam jego nadgarstek, skręcając z całej siły, jaką mogłam zebrać, i rzuciłam go na chodnik z bolesnym jękiem.
"To nie sposób, by traktować dżentelmena!" drugi ryknął, rzucając się na mnie.
Zamachnął się, ale uchyliłam się, wbijając piętę dłoni w jego szczękę, a następnie celując w jego oczy. Zachwiał się, wyjąc, jego przekleństwa dzwoniły mi w uszach. Dwóch z głowy.
Ale trzeci zaatakował od tyłu, zaciskając ramiona wokół mnie. Wbiłam łokieć w jego żebra i mocno nadepnęłam na jego stopę, uwalniając się na tyle, by obrócić się i uderzyć go w splot słoneczny. Gdy się zgiął, przemykałam obok niego, moje nogi paliły od wysiłku, by uciec.
Nie odważyłam się spojrzeć za siebie. Każdy oddech palił moje płuca, ale biegłam szybciej, wiedząc, że będą tuż za mną. Róg opuszczonego budynku pojawił się w zasięgu wzroku, oferując nikłą szansę na schronienie. Jeszcze kilka kroków.
I wtedy go zobaczyłam – wysoką postać z ognistoczerwonymi włosami, wchodzącą na moją drogę z uśmiechem, który zmroził mnie do szpiku kości. Rozłożył ramiona szeroko, blokując mi ucieczkę.
„Nie,” szepnęłam, czując, jak strach osiada w mojej piersi niczym ołów. Nie on.
„Dokąd się wybierasz, księżniczko?” drwił Merrick, jego głos ociekał szyderstwem.
Skręciłam w lewo, desperacko szukając innej drogi, ale był zbyt szybki. Jego ręka wystrzeliła, chwytając mój kołnierz i szarpiąc mnie do tyłu. Upadłam na ziemię z impetem, ale szybko podniosłam się na nogi, mój umysł pracował na pełnych obrotach. Nie mogłam wygrać – nie z nim – ale poddanie się było nie do pomyślenia.
Uderzyłam go w brzuch, wkładając w cios całą swoją siłę, ale ledwo go to ruszyło. Merrick zaśmiał się, niskim, gardłowym dźwiękiem, który sprawił, że przeszły mnie ciarki.
„Dość zabawy,” powiedział, jego głos był cichy, ale śmiertelnie groźny. Złapał mnie za gardło żelaznym chwytem i podniósł z ziemi. Drapałam jego rękę, walcząc o oddech, ale jego siła była nieugięta. Krawędzie mojego widzenia zaczęły się zaciemniać, a łzy piekły moje oczy, gdy płuca paliły od braku powietrza.
Merrick szyderczo się uśmiechnął. „Gdybyś nie była taka cenna, już bym cię zabił,” mruknął, jego oddech gorący przy moim uchu. Rzucił mnie na ziemię jak zepsutą lalkę.
Łapałam powietrze, kaszląc gwałtownie, gdy przykucnął obok mnie. Z kieszeni wyciągnął strzykawkę, której igła złowieszczo błyszczała.
„Nie zaryzykuję, że zrobisz jeszcze więcej kłopotów,” powiedział z uśmiechem, zębami zdejmując nakrętkę.
Ukłucie igły w szyję było niczym w porównaniu z palącym bólem, który nastąpił. Moje żyły zdawały się płonąć. Próbowałam wyciągnąć strzykawkę, ale moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Moje kończyny stały się ciężkie, a świat wokół mnie rozmywał się.
„Ty... skurwysynu,” wychrypiałam, mój głos ledwie szeptem.
„Takie brzydkie słowa, wasza wysokość,” drwił Merrick, jego uśmiech się rozszerzał. „Musimy naprawić twoją arogancję.”
Walczyłam, by się podnieść, ale siły mnie opuściły. Jego ludzie podnieśli mnie za ramiona, ciągnąc mnie w stronę zaułka jak szmacianą lalkę. Moje widzenie zanikało, a rozpacz osiadała we mnie.
Nagle, z ciemności, poruszył się cień – rozmyty kształt czerni szybszy niż moi oprawcy mogli zareagować. Mężczyzna, który mnie ciągnął, krzyknął, gdy coś przecięło powietrze, a uścisk na moich ramionach poluzował się.
„Głupie kundle,” powiedział głęboki, nieznajomy głos.
Mrugałam, próbując się skupić. Postać w długim czarnym płaszczu stanęła w polu widzenia, jego wysoki kołnierz zasłaniał większość twarzy.
„Kim, do diabła, jesteś?!” warknął Merrick.
„Nie musisz wiedzieć,” odpowiedział mężczyzna chłodno, zbliżając się. Jego głos miał niebezpieczny ton, który przeszył mnie dreszczem.
Jeden z ludzi Merricka rzucił się na niego, ale jednym, bezwysiłkowym ruchem, nieznajomy złapał nogę napastnika i przekręcił. Przez noc rozległ się obrzydliwy trzask.
„Zginiesz!” ryknął Merrick, jego wściekłość była namacalna.
Mężczyzna w płaszczu wyszedł na światło, jego srebrne włosy lśniły pod latarnią. Wstrzymałam oddech. To był on – nieznajomy z kawiarni.
„Nie możesz mnie zabić,” powiedział, jego ton był spokojny, ale groźny. Jego usta wykrzywiły się w złowieszczym uśmiechu. „Jestem już martwy.”
