4

Czułam, jak świadomość powoli mnie opuszcza, a świat wokół mnie staje się zamglonym zbiorem dźwięków i zanikających obrazów. Jedyne, co mogłam dostrzec, to wściekłość ludzi Merricka, którzy bezskutecznie atakowali srebrnowłosego nieznajomego. Całkowicie mnie ignorowali, zostawiając na ziemi, podczas gdy rzucali się na niego. Powietrze wypełniały dźwięki łamanych kości, gardłowe krzyki i wycia bólu. Mimo chaosu nie mogłam zmusić się do współczucia im. Jednak strach mnie paraliżował. Wciąż byłam daleka od bezpieczeństwa.

„Kim jest ten człowiek?” Ogarnęła mnie panika. „Jest silniejszy od wszystkich tych wilków... Czy on też jest zmiennokształtnym jak oni? Dlaczego powiedział, że jest martwy? Czy jest jakimś zombie albo czymś takim?! Dlaczego ich atakuje? Czy zamierza ich zabić? A jeśli tak, to czy mnie też zabije?”

Narkotyk krążący w moich żyłach pozostawił mnie sparaliżowaną, moje zmysły tępiły się. Czułam się całkowicie bezradna, moje ciało zapadało się głębiej w mgłę nieprzytomności. Nie chciałam wracać do Merricka i jego ludzi, ale umieranie z rąk szaleńca wydawało się jeszcze gorszym losem.

Nagle wszystko ucichło. Walka ustała. Jedyne, co słyszałam, to miękki odgłos kroków, a potem... para czarnych skórzanych butów pojawiła się w moim polu widzenia. Próbowałam unieść głowę, ale nie miałam siły. Srebrnowłosy mężczyzna pochylał się nade mną, jego obecność była jednocześnie przerażająca i pocieszająca.

„Proszę... nie... zabijaj mnie,” zdołałam wyszeptać, mój głos ledwie był słyszalny.

Jego głęboki, hipnotyzujący głos odpowiedział, „Daj mi pomyśleć... Co powinienem z tobą zrobić?”

Zamknęłam oczy, narkotyk ciągnął mnie w otchłań. Kiedy w końcu je otworzyłam, słońce wschodziło. Leżałam na ławce w parku, w tym samym miejscu, gdzie straciłam przytomność. Nikogo nie było w pobliżu, park był pusty o tej wczesnej godzinie. Czarny płaszcz był zarzucony na mnie, i mogłabym przysiąc, że to ten sam, który nosił srebrnowłosy mężczyzna. Moja torebka leżała na ziemi obok mnie. Dziwne uczucie, że ktoś troszczył się na tyle, by mnie uratować, było obce. Zawsze byłam sama—nikt nigdy nie przyszedł mi z pomocą. Ale jednocześnie nie miałam ochoty widzieć siebie jako bezradnej heroiny.

„Wygląda na to, że mój srebrnowłosy rycerz mnie uratował, ale nie przejął się na tyle, by zabrać mnie do swojego zamku... Przynajmniej zadbał, żeby moje pieniądze i dokumenty były bezpieczne,” mruknęłam gorzko do siebie.

Leżąc na ławce, próbowałam zebrać siły. Wydarzenia poprzedniej nocy były zamglone, mój umysł wciąż był otumaniony przez narkotyk. Głowa pulsowała od kaca, a wschodzące słońce nie pomagało. W tamtej chwili sprzedałabym duszę za środki przeciwbólowe. Ale nie było czasu na użalanie się nad sobą—nie byłam bezpieczna w tym mieście.

Musiałem sprawdzić miejsce ataku. Może znajdę jakąś wskazówkę, coś, co wyjaśni, co się stało. Z wielkim wysiłkiem udało mi się stanąć na nogi. Poranne powietrze było chłodne, więc owinąłem się płaszczem srebrnowłosego mężczyzny. Był miękki, ciepły i zaskakująco wygodny, choć rękawy były za długie i musiałem je podwinąć. Płaszcz sięgał mi prawie do kostek, ale mimo swojej długości pasował lepiej, niż się spodziewałem.

Udałem się na miejsce walki. Kiedy dotarłem, żołądek mi się ścisnął. Miejsce było kompletnie puste. Żadnych ciał, żadnych śladów krwi, nawet najdrobniejszego znaku walki. Fala niepokoju przetoczyła się przeze mnie.

"Kim, do diabła, był ten facet?" Myśli pędziły mi przez głowę.

Gdyby były jakieś dowody na to, że wilki zostały zabite, może poczułbym ulgę. Ale nic nie zostało. Jeśli nie były martwe, Merrick i jego ludzie prawdopodobnie wysłaliby posiłki, żeby mnie szukać. A jeśli już to zrobili... mój czas się kończył.

Rozejrzałem się raz jeszcze, nawet uklęknąłem, żeby dotknąć ziemi, wąchając rękę w poszukiwaniu śladów krwi czy czegokolwiek - czegokolwiek - co byłoby nie na miejscu. Ale nie było nic. To mogło oznaczać tylko jedno: wilki wciąż żyły. Nawet jeśli srebrnowłosy mężczyzna połamał im kości, szybko się zagoją - szybciej niż ja zdążę uciec. Wrócą.

Zakląłem pod nosem i pośpieszyłem z powrotem do swojego mieszkania, nieustannie oglądając się za siebie. Spakowałem swoje rzeczy - ubrania, cztery zestawy nieużywanych dokumentów, mój laptop - i wyszedłem, zostawiając dla właściciela mieszkania szybką notatkę z pieniędzmi za czynsz na stole.

Nawet nie fatygowałem się, żeby odebrać ostatnią wypłatę od Frosta. Następnym przystankiem była stacja kolejowa. Wyjąłem gotówkę ze skrytki depozytowej, wybrałem losowy cel podróży i kupiłem bilet. Pożegnanie się z Thornmere w ten sposób nie było idealne, ale nie było dla mnie niczym nowym. Zostawianie wszystkiego za sobą stało się nawykiem.

Pociąg ruszył ze stacji i po raz pierwszy od długiego czasu mogłem odetchnąć. Mój umysł wreszcie miał przestrzeń, by przetworzyć wydarzenia. Miałem nadzieję, że Merrick i jego ludzie nie wyczują mojego zapachu, chociaż, mówiąc o tym, wciąż miałem na sobie płaszcz srebrnowłosego mężczyzny. Uśmiechnąłem się i powąchałem kołnierz. Miał delikatny, przyjemny zapach męskich perfum.

"Serio?! To nie czas na takie myśli!" zganiłem się.

"Poza tym, on jest niebezpieczny..."

Mimo to, nie mogłem przestać myśleć o tym, jak samodzielnie pokonał wszystkie wilki. Czy on też był jakimś nadprzyrodzonym stworzeniem? Super wilkołakiem? A może czymś zupełnie innym? Mój umysł był wirującą burzą pytań.

Byłem człowiekiem, ale od dawna wiedziałem o zmiennokształtnych - istotach, które ludzie nazywali wilkołakami. Miały zmysły ostrzejsze niż jakikolwiek człowiek, były dużo silniejsze i mogły zamieniać się w wilki. Od piątego roku życia uczyłem się, jak z nimi walczyć, ale to nigdy nie była równa walka. Nigdy nie widziałem nikogo, kto stawiłby czoła wilkołakowi... aż do tamtej nocy.

"Kim on był?" Nie mogłem przestać się zastanawiać. "Nie był tylko człowiekiem. Jaką miał siłę? I dlaczego mi pomógł?"

Minęły trzy lata, zanim otrzymałem odpowiedzi na te pytania.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział