5

Przez lata dryfowałem z miejsca na miejsce, nigdy nie zostając nigdzie na tyle długo, by się osiedlić. Wilki, które niegdyś mnie ścigały, zniknęły, ale mój niepokój pozostał. Rzadko pozwalałem sobie przebywać w jednym miejscu dłużej niż trzy miesiące, ciągle w ruchu, zawsze świadomy niebezpieczeństw czających się za mną.

Koczowniczy styl życia nie był pozbawiony wyzwań, zwłaszcza jeśli chodzi o zarabianie pieniędzy. Nie miałem żadnej tożsamości, żadnych dokumentów, żadnego formalnego wykształcenia i nie byłem w stanie ubiegać się o jakiekolwiek uznanie. Więc robiłem to, co umiałem najlepiej – znalazłem sposób na zarabianie pieniędzy zza kulis. Stworzyłem anonimowy biznes online oferujący porady inwestycyjne. Była to umiejętność, którą doskonaliłem przez lata, wrodzony talent do przewidywania trendów rynkowych, który przynosił mi pochwały od moich byłych nauczycieli, często nazywających mnie geniuszem w tej dziedzinie.

Ale finanse nie były jedyną rzeczą, w której się wyróżniałem. Byłem szybkim uczniem, zdolnym do opanowania każdego tematu, jeśli tylko się na to zdecydowałem. Problemem nie były moje umiejętności, lecz sposób, w jaki moja tak zwana rodzina mnie ograniczała. Nigdy nie miałem szansy zdobyć porządnego dyplomu. Zamiast tego, moje wykształcenie ograniczało się do murów Kolegium św. Augustyna, po latach spędzonych w Liceum św. Augustyna i sierocińcu noszącym tę samą nazwę. Sytuacja między mną a moją rodziną była, delikatnie mówiąc, niezwykła.

W moim dzieciństwie nie było ciepła. W rzeczywistości często życzyłem sobie, aby w ogóle nie mieć żyjącej rodziny, aby móc zostać adoptowanym jak każde inne dziecko. Ale najbardziej irytujące było to, że nie pozwolono mi być adoptowanym. Nie mogłem pojąć, jak to możliwe, dopóki pewnego dnia nie odkryłem, że mój ojciec, z którym nie miałem kontaktu, był założycielem sierocińca św. Augustyna. To odkrycie zburzyło iluzję, że kiedykolwiek byłem wychowywany; nie byłem pielęgnowany, byłem obserwowany.

Patrząc wstecz, teraz widzę, że wszystko było lepsze niż życie jak więzień. Moje życie w biegu, choć pełne niepewności i ciągłej czujności, było nieskończenie lepsze. Minęło siedem lat od rozpoczęcia mojej ucieczki, i pogodziłem się z faktem, że moja wolność miała swoją cenę. Jeśli bieganie było tym, co musiałem robić, aby pozostać wolnym, chętnie bym za to płacił.

Budowanie mojego biznesu online nie było łatwe. Bez nazwiska, dyplomu czy jakiejkolwiek oficjalnej rekomendacji, zaczynałem od wysyłania nieproszonych porad do biznesmenów, prezesów i prezydentów firm. Oferowałem im jedną radę, bez opłat, i czekałem. Kiedy moje przewidywania okazywały się trafne, wielu z nich stawało się klientami. Przesyłali mi e-maile z problemami do rozwiązania, a ja zawsze odpowiadałem, analizując ich sytuacje z komfortu mojej anonimowej egzystencji. Co miesiąc zmieniałem adres e-mail, aby pozostać nieuchwytnym, i choć nigdy nie spotkałem żadnego z moich klientów osobiście, moja reputacja rosła.

Nie minęło dużo czasu, zanim moje zarobki zaczęły rosnąć. Ale, jak zawsze, istniał limit tego, co mogłem cieszyć się. Nie mogłem sobie pozwolić na życie otwarcie, nie bez zwracania na siebie uwagi. Mimo to, nie mieszkałem już w slumsach ani nie pracowałem w kawiarni. Mogłem sobie pozwolić na lepsze ubrania, designerskie rzeczy, ale kupowałem tylko to, co było konieczne. Jedyną przyjemnością, na którą sobie pozwoliłem, był czarny płaszcz, ten, który zostawił mi mój srebrnowłosy rycerz, wciąż wiszący w mojej szafie.

Nie widziałam go przez trzy lata, ale wciąż pojawiał się w moich myślach. Był moim wybawcą w sposób, jakiego nikt inny nie potrafił. Jego ochrona miała w sobie coś surrealistycznego, i to nie tylko dlatego, że był oszałamiająco przystojny. W moim życiu tylko jedna osoba naprawdę się o mnie troszczyła – Oberon, człowiek, który nazywał siebie przyjacielem mojej matki. Był moim nauczycielem, powiernikiem i jedynym ojcowskim autorytetem, jakiego kiedykolwiek znałam. Poświęcił się, żebym mogła uciec, i chociaż straciliśmy kontakt, wciąż miałam nadzieję, że żyje. Oberon był jedyną osobą, która wyciągnęła do mnie rękę. Nawet moja tak zwana rodzina nie troszczyła się o mnie w żaden znaczący sposób.

Gdy skończyłam 27 lat, była wczesna jesień. Właśnie skończyłam zlecenie dla klienta, liczby i dane wciąż tańczyły w mojej głowie, ale potrzebowałam przerwy. Zawsze biegałam kilka kilometrów, żeby oczyścić umysł, ale tego wieczoru coś mnie pchało dalej. Biegłam bez określonego celu, kierowana nieznanym impulsem, aż znalazłam się na pustej drodze, światła miasta były już tylko dalekim wspomnieniem. Było ciemno, ale księżyc świecił wysoko, prowadząc mnie, gdy biegłam dalej.

Wtedy zobaczyłam migające światła. Gdy podeszłam bliżej, zdałam sobie sprawę, że to samochód, który uderzył w drzewo, dym unoszący się spod maski. Serce mi zabiło szybciej.

„Halo! Czy ktoś potrzebuje pomocy?” zawołałam ostrożnie, zbliżając się do wraku.

Nie było odpowiedzi. Zajrzałam przez rozbite okno i zobaczyłam mężczyznę osuniętego za kierownicą, nieprzytomnego, z krwią na twarzy.

„Proszę, nie bądź martwy, nie bądź martwy...” mamrotałam pod nosem, walcząc, by otworzyć drzwi. Na początku były zablokowane, ale po chwili wysiłku udało mi się je otworzyć. Gdy tylko go zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach.

„Srebrnowłosy rycerz...” szepnęłam, czując, jak panika wypełnia mi pierś.

Krew spływała mu z nosa, ust, a nawet oczu, ale nie było innych widocznych obrażeń. Moje ręce drżały, gdy sięgnęłam po jego puls. Zanim jednak zdążyłam go dotknąć, jego zimna ręka chwyciła moją.

Zakrztusiłam się, cofając się, serce waliło mi w piersi. Jego przekrwione oczy otworzyły się powoli, wpatrując się we mnie z intensywnością, która przeszła mi dreszczem po plecach.

„Telefon...” wymamrotał, jego uchwyt się wzmocnił.

„T-twój telefon?” wyjąkałam, wciąż w szoku.

Skinął słabo głową, odrzucając moją rękę.

„M-mam swój. Mogę zadzwonić po karetkę—”

„Nie,” przerwał mi. „Mój telefon... szybko.”

Zawahałam się, patrząc na niego, wciąż przypiętego pasem bezpieczeństwa. „Wciąż masz zapięty pas, może powinnam—”

„Telefon!” Jego głos był ostry, wymagający, chociaż wyglądał, jakby był na skraju śmierci.

Nie sprzeczałam się. Pochyliłam się, szukając w ciemnym samochodzie jego telefonu. Nie było to łatwe, znaleźć czarny przedmiot w czarnym aucie, ale po wieczności, jak mi się wydawało, zauważyłam go na podłodze pasażera. Moje ręce drżały, gdy go chwyciłam i odwróciłam się do niego.

„Hej! Nie zasypiaj! Znalazłam go!” krzyknęłam, ale jego oczy zamknęły się znowu.

Wcisnęłam telefon w jego rękę, ale wtedy zaczął kaszleć gwałtownie, krew wypluwała się z jego ust. Skrzywiłam się, nie wiedząc, co robić. Wiedziałam, że muszę go wydostać z samochodu, ale słabł z każdą sekundą.

Bez pytania odpięłam jego pas bezpieczeństwa.

„Odejdź!” nagle krzyknął, zaskakując mnie.

Cofnęłam się. „Próbuję ci pomóc!” odparłam, narastającą frustracją.

„Zadzwoń... do Garetha. Powiedz mu... gdzie...” Jego głos zanikł, a oczy znowu się zamknęły.

Pochyliłam się nad nim, obserwując jego klatkę piersiową, czy się porusza. Nic. Serce mi zamarło. Czułam, jak panika narasta.

„Wiedziałam, że powinnam była wezwać cholerną karetkę,” mamrotałam, ściskając telefon w ręce.

Wtedy przyszła mi do głowy myśl. Może Gareth był jego lekarzem, jedyną osobą, która mogła pomóc. Szybko odblokowałam jego telefon jego zimnym palcem i znalazłam kontakt oznaczony „Gareth.” Bez zastanowienia nacisnęłam przycisk połączenia.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział