6
Ściskałam nerwowo telefon nieznajomego, dźwięk sygnału oczekiwania odbijał się echem w moim uchu. Po wieczności ktoś wreszcie odebrał.
"Pan?! Gdzie Pan jest?! Wszyscy szukają Jego Wysokości!" Głos po drugiej stronie był pełen paniki.
"Um... c-cześć?" wydukałam niepewnie.
"Kto to?" Ton natychmiast się zmienił, stał się ostry i wymagający. "Jak zdobyłeś telefon Pana?" mężczyzna warknął.
"Rozmawiam z Garethem?" zapytałam, ale cisza, która nastała, od razu uświadomiła mi, jak głupie było to pytanie. "Twój... przyjaciel... Pan czy jak go tam nazywasz, miał wypadek samochodowy. Znalazłam go. Powiedział, żebym nie dzwoniła po karetkę, tylko do ciebie..." wyrzuciłam z siebie, starając się wyjaśnić najlepiej, jak potrafiłam, głos mi drżał.
Gareth długo milczał. Sprawdziłam nawet, czy nie rozłączył się.
"C-cześć?" zapytałam, czując narastające napięcie.
"Namierzyłem telefon. Zostań tam. Będziemy za 20 minut, najwyżej." Jego głos był zimny, zanim linia się rozłączyła.
Chciałam zaprotestować, ale jedyne, co wydobyło się z moich ust, to sfrustrowane westchnienie, gdy rozmowa zakończyła się definitywnym kliknięciem.
"Serio?! Żadnego 'proszę poczekać' czy 'dziękuję, że zadzwoniłaś'?! Kim on myśli, że jest?" mruknęłam, zirytowana do granic możliwości.
Spojrzałam na samochód, na nieprzytomnego srebrnowłosego mężczyznę osuniętego w środku. Moja frustracja tylko się pogłębiła. Pomysł, żeby dzwonić do jakiegoś "Garetha" zamiast po karetkę, wydawał się kompletnie szalony.
A mężczyzna w samochodzie... wyglądał, jakby już nie żył.
"Co jeśli ten Gareth przyjedzie i obwini mnie o śmierć swojego 'pana'?" pomyślałam, wpadłam w panikę.
W odruchu bezwarunkowym postanowiłam przynajmniej spróbować go wyciągnąć z samochodu i wykonać resuscytację. Niezależnie od tego, jak bardzo ten Gareth chciał uniknąć szpitala, zostawienie kogoś na śmierć bez próby uratowania go wydawało się złe.
Pospieszyłam z powrotem do samochodu i otworzyłam drzwi. Z trudem zaczęłam wyciągać nieprzytomne ciało mężczyzny, sprawdzając oznaki poważnych obrażeń. Krew zbierała się wokół jego nosa i ust, ale nie wydawało się, żeby było coś poważniejszego. Jednak zauważyłam coś dziwnego - krew pod jego paznokciami.
"Co do diabła?! Czy on jest chory?!" Moje myśli pędziły, gdy ciągnęłam go dalej z samochodu.
Gdy udało mi się go położyć na ziemi przy drodze, spojrzałam na jego twarz. Była oszałamiająca - zbyt doskonała, wręcz anielska. Jego ostre rysy i srebrne włosy sprawiały, że wyglądał jak ktoś, kto nie przynależy do tego świata. Miał na sobie czarny garnitur, idealnie skrojony, co sprawiało, że wyglądał jeszcze bardziej... porywająco.
"Co jeśli sprawdzę, czy ma obrażenia pod koszulą?" zastanawiałam się, dziwne wahanie czaiło się w mojej piersi.
Zbeształam się w myślach. "Skup się, Thalasso!" zganiłam się, próbując otrząsnąć się z absurdalności tej myśli.
Zamiast tego sięgnęłam do jego szyi, aby sprawdzić puls. Moje ręce drżały z powodów, których nie mogłam wyjaśnić. Czy to jego obecność? A może coś więcej? Gdy delikatnie przycisnęłam palce do boku jego szyi, poczułam, że jego skóra jest zimna. Zbyt zimna. Jego temperatura ciała wydawała się nienaturalnie niska.
Potem zauważyłam jego puls. Był słaby, nienaturalnie wolny. Gdy liczyłam, zdałam sobie sprawę, że jest znacznie poniżej normy, mniej niż dwadzieścia uderzeń na minutę.
W mojej głowie kłębiły się myśli.
"Czy powinnam wykonać resuscytację tylko dlatego, że jego serce bije wolno? Czy jest w jakimś stanie hibernacji? Co jeśli jego ciało jest po prostu zimne? Czy powinnam go najpierw ogrzać?"
Nagle zobaczyłam coś jeszcze bardziej dziwacznego - niebieskie linie, cienkie i świecące, biegnące wzdłuż jego żył i tętnic pod skórą. Moja ciekawość wzięła górę, rozpięłam jego koszulę. Linie były bardziej widoczne na jego klatce piersiowej, zaznaczając każdą z jego naczyń krwionośnych w upiornym szczególe. To nie było tylko wynik wypadku. To wyglądało... jak choroba.
Przełknęłam ślinę. "Co się z nim dzieje? Czy jest zaraźliwy?" Pomimo rosnącego niepokoju, dziwne poczucie przyciągania nie opuszczało mnie. Moja ręka zawahała się nad jego piersią i bezmyślnie przejechałam palcem po dziwnej niebieskiej linii na jego szyi.
W momencie, gdy zdałam sobie sprawę, co robię, gwałtownie cofnęłam rękę. "Thalassa, ogarnij się!" skarciłam się w myślach, zawstydzona.
Szybko zapięłam mu koszulę i narzuciłam na niego jego kurtkę, nie tylko żeby go przykryć, ale też uniknąć dalszej niezręczności. Powtarzałam sobie, że to, żeby go ogrzać.
W tym momencie światła reflektorów przecięły noc, oślepiając mnie. Trzy samochody zbliżały się - limuzyna, duży van i laweta - wszystkie czarne, ich światła ostre na ciemnej ulicy.
Limuzyna zatrzymała się tuż obok nas. Pozostałe dwa samochody podążyły za nią, parkując za nią. Mężczyźni w czarnych garniturach wysiedli, ich ruchy były szybkie i sprawne, jak dobrze wyszkolony zespół. Całkowicie mnie zignorowali, skupiając się tylko na srebrnowłosym mężczyźnie leżącym na ziemi. Z aktówkami w rękach, pospieszyli w jego stronę, podczas gdy inni rozproszyli się, zabezpieczając teren.
Próbowałam dostrzec, co robią, ale jeden z nich stanął przede mną, zasłaniając widok.
"Czy to ty rozmawiałaś ze mną przez telefon?" zapytał chłodno.
"Ja... chyba tak. Jesteś Gareth, prawda?" wyjąkałam, próbując wymusić nerwowy uśmiech.
Zbliżył się, jego postura była elegancka, niemal arystokratyczna. Jego blada skóra i starannie uczesane ciemnobrązowe włosy nadawały mu aurę wyrafinowania, ale jego intensywne spojrzenie sprawiało, że czułam się nieswojo.
"Nazywam się Gareth Larkspur. Byłbym wdzięczny, gdybyś zwracała się do mnie właściwie," powiedział, jego głos był jadowitym sykiem. "A teraz, czy mogłabyś się przedstawić, panienko?"
Jego arogancja sprawiła, że rozbolała mnie głowa. Ledwo udało mi się rozciągnąć usta w niezręczny uśmiech, tłumiąc narastającą irytację.
"Nazywam się Thalassa Halloway... panie Larkspur," wymusiłam z siebie.
"Halloway? Jak Alaric Halloway?" Uśmiechnął się szyderczo.
"Tak. Czy coś w tym złego?" warknęłam, zirytowana.
"Absolutnie nic, pani Halloway," odpowiedział, jego spojrzenie zatrzymało się na mnie o chwilę za długo.
Fala niepokoju przeszła przeze mnie. Skąd wiedział, że moje nazwisko jest fałszywe? Jak to odkrył tak szybko?
Postanowiłam zmienić temat, zanim zaczęłam panikować.
"Czy... czy on będzie w porządku?" Wskazałam na srebrnowłosego mężczyznę, próbując zerknąć za jego ramię.
Gareth przesunął się na bok, ponownie blokując mój widok. "Stan pana poprawi się, gdy dostanie swoje lekarstwo," stwierdził beznamiętnie, irytacja wkradała się w jego głos.
"Jakie lekarstwo mamy na myśli?" naciskałam, próbując go sprowokować.
"To nie twoja sprawa, pani Halloway," warknął.
"Cóż, trochę jest," odparłam, patrząc mu prosto w oczy. "Jego stan nie został spowodowany wypadkiem. Jest chory. Jeśli to coś zaraźliwego, czy nie byłoby najlepiej, gdybym też o tym wiedziała?"
"Och, nie martw się," Gareth zaśmiał się zimno. "Stan pana nie jest łatwo przenoszony."
"Naprawdę? To co to jest?" naciskałam, nie zamierzając się poddać.
Gareth westchnął głęboko, irytacja w jego głosie była wyczuwalna. "Został otruty. I dzięki tobie, udało nam się dotrzeć na czas, aby go uratować."
"To najgorsze 'dziękuję', jakie kiedykolwiek słyszałam," mruknęłam pod nosem.
"Nie martw się. Jestem pewien, że pan wynagrodzi cię, kiedy się obudzi. Czek, wyobrażam sobie, będzie więcej niż zadowalający," dodał z nutą protekcjonalności.
"Nie trzeba," odparłam. "Twój pan uratował mi kiedyś życie. Po prostu spłacam dług."
Oczy Garetha rozszerzyły się, pochylił się, nagle zaciekawiony. "Jak poznałaś pana wcześniej?" zapytał, jego głos był naznaczony czymś niepokojącym.
