Rozdział 4

Twarz mojej matki wykrzywiła się, jej pomalowane usta wygięły się w grymas, gdy skrzyżowała ramiona. „Evelyn Marie Hayes,” warknęła, jej głos ostry i pełen autorytetu, który rzadko kiedy zdobywała. „Tak nie mówi się do matki.”

  Używała teraz wszystkich trzech moich imion. To był jej ulubiony ruch, kiedy była zła lub próbowała wzbudzić we mnie poczucie winy.

  „A porzucenie córki to nie jest sposób na bycie matką,” odparłam, odwracając się od niej.

  Zacisnęłam pięści, gryząc wnętrze policzka, żeby nie powiedzieć czegoś gorszego. „Dlaczego w ogóle tutaj jesteś?” mruknęłam, wpatrując się w ścianę zamiast na nią.

  Westchnęła, wydając z siebie ten irytujący, dramatyczny dźwięk, który zawsze robiła, gdy nie dostawała tego, czego chciała. „Gdybyś zwracała uwagę na wiadomości o bogatych ludziach, wiedziałabyś dlaczego.”

  Odwróciłam się z powrotem do niej, skrzyżowawszy ramiona na piersi. „Nie obchodzi mnie życie bogaczy i ich problemy, Mamo. Mam wystarczająco swoich własnych.”

  Jej usta wykrzywiły się w uśmiech, który od razu wzbudził we mnie podejrzliwość. Bez słowa sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła elegancki, absurdalnie drogi telefon. Szybko coś napisała, jej paznokcie stukając o ekran, zanim podała mi go.

  Zawahałam się, po czym wyrwałam jej telefon z ręki. Nagłówek sprawił, że żołądek mi się ścisnął:

  "Miliarder inwestor Alexander Caldwell ogłasza zaręczyny z socjalitką Lorelei Hayes."

  Mrugnęłam, moje oczy przeskoczyły do zdjęcia pod nagłówkiem. Tam był, Alexander Caldwell, jeden z najbogatszych ludzi w kraju, znany z posiadania wielu firm, w tym inżynieryjnej Apex Innovations, a także, jak się okazało, Ravencrest University.

  Wysoki, szeroki w ramionach, nienagannie ubrany w skrojony na miarę garnitur, który prawdopodobnie kosztował więcej niż całe moje życie, wyglądał jak prawdziwy miliarder. Jego ostry podbródek był przyprószony siwizną, a jego przenikliwe szare oczy patrzyły w kamerę, jakby był ponad tym wszystkim.

  A obok niego, uśmiechając się szeroko, stała moja matka.

  Żołądek mi się przewrócił. „Chyba sobie żartujesz.”

  Zabrała telefon z moich rąk, jej perfekcyjnie wymalowane paznokcie musnęły moje palce. „Przestałam tańczyć trzy lata temu,” powiedziała, jej ton był teraz cichszy. „Poświęciłam czas, by stać się najlepszą socjalitką. A kiedy w końcu zwróciłam jego uwagę w klubie, wiedziałam, że mi się uda.”

  Patrzyłam na nią, czując, jak gardło mi się ściska. „Udać się co? Złapać go na haczyk?”

Jej oczy zwęziły się. "Uważaj na ton, Evelyn."

  "Uważaj na ton?" Zaśmiałam się gorzko, rzucając ręce w powietrze. "To jest szaleństwo, nawet jak na ciebie. Ledwo radzisz sobie z własnym życiem, a teraz wychodzisz za niego? Co ty sobie myślisz?"

  "Myślę o tobie," powiedziała, podnosząc głos. "Wszystko, co zrobiłam, było dla ciebie!"

  "Nie, mamo," warknęłam, kręcąc głową. "To nie chodzi o mnie. To chodzi o ciebie, o twoje egoistyczne potrzeby i pogoń za jakimś wymarzonym życiem. Znowu złamiesz sobie serce."

  Wzdrygnęła się na to, instynktownie zakrywając diamentowy pierścionek. Jej ramiona opadły, a przez chwilę wyglądała na prawie... pokonaną.

  "Zrobiłam to dla nas," powiedziała cicho, jej głos drżał.

  Odwróciłam się, zaciskając szczęki. "Nie, zrobiłaś to dla siebie."

  "Evie, proszę," powiedziała, podchodząc bliżej. "Posłuchaj mnie. To może wszystko zmienić dla nas. Mogłabyś w końcu mieć życie, na które zasługujesz. Wyobraź sobie, że dostajesz się do Ravencrest. Pracujesz w jednej z firm inżynieryjnych Alexandra. Masz wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłaś."

  Prychnęłam, spoglądając na nią. "Ravencrest nie daje stypendiów, mamo. A nawet gdyby, nie chcę jałmużny od jakiegoś faceta, którego zmusiłaś do małżeństwa."

  Jej oczy wypełniły się łzami, wyciągnęła ręce, chwytając moje dłonie. "To nie jest jałmużna, Evie. To szansa. Prawdziwa szansa, byś miała wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłaś. Jesteś genialna, utalentowana, zasługujesz na szczyt. Potrzebuję tylko, żebyś mi zaufała."

  "Nie ufam ci," powiedziałam chłodno, wyciągając ręce.

  Wytarła oczy, jej tusz do rzęs lekko się rozmazał, ale nie przestała. "Proszę, Evie. Potrzebuję twojej pomocy. Alexander chce, żebyśmy byli zjednoczoną rodziną. Jest dobrym człowiekiem, obiecuję ci. To nie jest tylko dla mnie - to dla nas."

  "Nie, to dla ciebie," powiedziałam zimno.

  Jej głos załamał się, gdy błagała, "Evie, po prostu... wyobraź to sobie. Proszę. Daj temu szansę. Bądź częścią tego. Bądź częścią naszej rodziny."

  "Rodziny?" Zaśmiałam się, choć bez humoru. "Porzuciłaś mnie, a teraz oczekujesz, że będę udawać szczęśliwą rodzinę, bo znalazłaś bogatego faceta, który może opłacić twój styl życia?"

  Łzy płynęły jej teraz strumieniami po twarzy, a ona złożyła ręce jak do modlitwy. "Wiem, że popełniłam błędy. Wiem, że cię zraniłam. Ale staram się, Evie. Staram się to naprawić. Nie mogę tego zrobić bez ciebie. Proszę. Proszę... zrób to dla mnie."

Jej szloch wypełniał pokój, surowy i desperacki, a przez chwilę poczułem znajomy ucisk winy w piersi. Nienawidziłem jej za to, że mnie w takiej sytuacji postawiła, ale jeszcze bardziej nienawidziłem tego, jak bardzo mi na niej wciąż zależało.

  Westchnąłem, przeczesując włosy dłonią. „Pomyślę o tym.”

  Jej zapłakana twarz rozjaśniła się nadzieją, i wyciągnęła ręce, by znowu chwycić moje dłonie. Ale odsunąłem się, kręcąc głową. „To wszystko, co mogę powiedzieć. Nie rób sobie nadziei.”

  I z tymi słowami wyszedłem do swojego pokoju, zostawiając ją samą z jej diamentowym pierścionkiem i złudzeniami.

  Chodziłem po małym salonie, kurczowo trzymając telefon w ręce.

  Kiedy tylko Elara odebrała, jej zwykle radosny głos mnie przywitał.

  "Evie! Już za mną tęskniłaś?" zażartowała.

  "Elara..." Mój głos się załamał, a łzy, które powstrzymywałem od czasu pokazu mojej matki, zaczęły płynąć.

  "Elara, ja..." Moje słowa przerwał szloch, przycisnąłem grzbiet dłoni do ust, próbując się opanować.

  "Evie?" Ton Elary zmienił się natychmiast, z żartobliwego na pełen troski. "Co się stało? Wszystko w porządku? Ktoś coś powiedział? To przez twoją mamę?"

  Pokiwałem głową, mimo że nie mogła tego zobaczyć. "To... moja mama," wydusiłem, głos mi drżał.

  "O Boże, co tym razem zrobiła?" zapytała Elara. "Evie, powiedz mi."

  Ciężko usiadłem na kanapie, chowając twarz w wolnej dłoni. "Ona wychodzi za mąż."

  Przez chwilę panowała cisza, zanim Elara wybuchła śmiechem. "Czekaj, co? Twoja mama? Wychodzi za mąż? Za kogo? I dlaczego czuję, że to będzie katastrofa?"

  Wciągnąłem drżący oddech. "Za Alexandra Caldwella."

  Linia na chwilę zamilkła, myślałem, że się rozłączyła. Ale potem jej głos wrócił, ostry i niedowierzający. "Alexander Caldwell? Ten miliarder? Właściciel Apex Innovations i połowy wszystkich biznesów na całym kontynencie? I właściciel Ravencrest?"

  "Tak," wyszeptałem, ledwo słyszalnie.

  "O kurde," powiedziała Elara, i mogłem usłyszeć, jak zaczęła chodzić. "Evie, zdajesz sobie sprawę, jak wielka to sprawa? Ten facet jest, jak to się mówi, głupio bogaty. Mówimy o jachtach, prywatnych odrzutowcach, domu w każdym większym mieście."

  "Wiem," powiedziałem, łzy płynęły mi po twarzy. "A moja mama zachowuje się, jakby to była jakaś bajkowa opowieść, ale Elara... nie mogę. Nie mogę sobie z tym poradzić. To za dużo."

„Evie,” powiedziała ostrożnie Elara, „słuchaj, wiem, co czujesz wobec swojej mamy i bogatych ludzi, ale to jest... inne. To jest Alexander Caldwell. On nie jest tylko bogaty, on jest wpływowy. Jeśli ona wychodzi za niego, to czyni cię...”

  „Pasierbicą miliardera,” dokończyłam gorzko. „Tak, wiem. Uwierz mi, moja mama nie pozwoliła mi o tym zapomnieć.”

  „Elara,” powiedziałam, a mój głos znów się załamał, „wiesz, jak działają te rodziny. Widziałaś to. Bogaci nie są tacy jak my. Mają swoje zasady. Oczekiwania. I nie wpuszczają takich ludzi jak ja. Przeżują mnie i wyplują, zanim zdążę złapać oddech.”

  Elara westchnęła. „Tak, wiem, jak działają,” przyznała. „I masz rację, potrafią być bezwzględni. Ale Evie, jesteś silna. Silniejsza, niż myślisz. I szczerze, jeśli ktoś może przetrwać w tym świecie, to ty.”

  Pokręciłam głową, choć ona tego nie widziała. „Nie chcę przetrwać w tym świecie, Elara. Chcę tylko zdobyć dyplom, może trochę pokibicować i prowadzić normalne życie. Nie chcę jachtów i diamentów i... cokolwiek to jest.”

  „Okej, ale...” Elara zawahała się. „A co z Ravencrest? Zawsze chciałaś tam iść, a teraz masz na to szansę. Byłabyś szalona, gdybyś tego nie wykorzystała.”

  Zaśmiałam się gorzko. „Tak, na pewno by mnie tam uwielbiali. Córka striptizerki, przypadek charytatywny. Byłabym pośmiewiskiem, Elara.”

  „Nie, nie byłabyś,” powiedziała stanowczo. „Byłabyś najmądrzejszą, najbardziej utalentowaną osobą w tej szkole. I niech reszta myśli, co chce.”

  Pociągnęłam nosem, wycierając twarz rękawem bluzy. „To nie takie proste.”

  „Nigdy nie jest,” powiedziała miękko. „Ale Evie, posłuchaj mnie. Nie musisz kochać tej sytuacji i nie musisz wybaczać mamie za wszystkie paskudne rzeczy, które zrobiła. Ale jeśli to jest twoja szansa na zdobycie tego, czego zawsze chciałaś, na lepsze życie dla siebie, to ją wykorzystaj. Nie pozwól, żeby duma cię powstrzymała.”

  Jej słowa uderzyły mnie jak cios w brzuch. Chciałam się kłócić, powiedzieć jej, że się myli, ale głęboko w sercu wiedziałam, że ma rację.

  „Elara,” wyszeptałam, mój głos drżał, „a co jeśli nie dam rady? Co jeśli wszystko zepsuję?”

  „Evie,” powiedziała delikatnie, „jesteś jedyną osobą, którą znam, która mogłaby wejść do tego świata i wyjść z niego silniejsza. Dasz radę. I wiesz, że zawsze będę po twojej stronie.”

  Zamknęłam oczy, pozwalając, by jej słowa do mnie dotarły. „Dzięki, Elara,” powiedziałam cicho.

  „Zawsze,” odpowiedziała. „A teraz idź spać. Masz o czym myśleć.”

  „Tak,” powiedziałam, mój głos ledwo słyszalny. „Prześpię się z tym.”

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział