Rozdział 4 CZWARTY

Wieżowiec Lancaster Industries następnego ranka zdaje się ze mnie szydzić, szklany monolit. Żołądek mam ściśnięty w ciasny supeł nerwów. Zostaję zaprowadzona do sali konferencyjnej, gdzie siedzi troje innych kandydatów z krótkiej listy, a ja robię wszystko, by ukryć swój niepokój.

Właśnie wtedy do środka wchodzi kobieta. Wygląda na późne czterdzieści kilka albo wczesne pięćdziesiąt lat, ubrana w surowy, nienagannie skrojony granatowy kostium. Ma ostro cięte, srebrzystoblond włosy do brody, a jej oczy, w kolorze krzemienia, omiatają mnie z natychmiastową pogardą. Dowiaduję się, że nazywa się Tessa Hale.

Przemieszcza się po sali, lustrując naszą czwórkę, a gdy na krótką chwilę wchodzi Sebastian, całe jej zachowanie łagodnieje. Dotyka jego ramienia i mówi coś, co sprawia, że kiwa głową. Nawet na mnie nie patrzy. Po prostu wydaje jej polecenie i wychodzi.

Potem jej wzrok znowu odnajduje mnie. Podchodzi powoli, a jej perfumy uderzają drogą, lodowatą falą.

— Lena, tak? — mówi głosem niskim i gładkim jak wypolerowany kamień.

— Tak — odpowiadam, stawiając cały umysł w stan gotowości.

Na jej ustach pojawia się cienki, protekcjonalny uśmiech. — Słowo rady, kochanie. Nie rób sobie nadziei. Sebastian jest… poza twoim zasięgiem. Ma określony gust, a takie szeroko otwarte oczy nowicjuszek go nie interesują. Potrafi być czarujący, ale pozbędzie się ciebie w chwili, gdy staniesz się niewygodna. Pamiętaj, jesteś jedną z czterech. Nie pomyl telefonu zwrotnego z koronacją.

Co jest, kurwa? Czy Sebastian powiedział jej coś o mnie?

Jad w jej głosie jest tak precyzyjny, tak niespodziewany, że aż zapiera mi dech.

A potem odwraca się i odchodzi, zanim zdążę wymyślić ciętą odpowiedź, zostawiając mnie z poczuciem, że jestem mała i żałosna.

Kilka minut później jesteśmy w sali konferencyjnej. Po kolei pozostali kandydaci przedstawiają swoje prezentacje. Potem przychodzi moja kolej. Wstaję, przełączam na pierwszy slajd, serce wali mi jak młotem. Dopiero zaczęłam objaśniać główną ideę, kiedy drzwi się otwierają.

Sebastian wchodzi pewnym krokiem, podporządkowując sobie samo powietrze w pomieszczeniu. — Przepraszam za spóźnienie. Proszę, niech pani kontynuuje.

Próbuję podjąć wątek tam, gdzie skończyłam, ale mój rytm został już zaburzony.

— Właściwie — przerywa mi tonem, który nie pozostawia miejsca na sprzeciw, gdy zajmuje miejsce na czele stołu, nie odrywając ode mnie wzroku. — Proszę zacząć od początku. Chciałbym usłyszeć całą prezentację.

Co? Czy on właśnie powiedział, żebym zaczęła od nowa?

Cała moja płynność pryska. Gorący rumieniec wspina mi się po szyi. Miotam się z pilotem do slajdów, słowa zaczynają mi się plątać, a moje błyskotliwe argumenty nagle wydają się głupie i źle przemyślane. Czuję z drugiego końca stołu pełną samozadowolenia satysfakcję Tessy.

— Panno Sawyer — wtrąca Tessa, a z jej głosu kapie fałszywe współczucie. — Nie jestem pewna, czy mamy cały dzień. Może jednak powinnyśmy przejść dalej? Elokwencja zdaje się być problemem.

Policzki mnie palą. Tonę.

Ale Sebastian nawet na nią nie patrzy. Jego oczy wciąż spoczywają na mnie i po raz pierwszy nie są chłodne. Są… cierpliwe.

– Panno Sawyer – mówi, a jego głos cichnie; jest niski, chropawy i jakoś przebija się przez moją panikę. – Proszę się uspokoić. Proszę nabrać powietrza. A teraz od początku. Niech nam pani opowie o swoim pomyśle.

Coś w jego tonie jest jak kotwica. Przełykam ślinę, odwzajemniam jego spojrzenie i zaczynam od nowa. I tym razem idzie gładko. Słowa wracają, a moja pasja do projektu znów się rozpala. Mówię wyraźnie i pewnie, budując argument po argumencie. Kończę w milczącej sali, ale ta cisza jest teraz uważna, nie oceniająca.

Sebastian wykonuje jeden krótki, oschły ruch głową. – Dziękuję. To wszystko. Może pani iść.

To odprawienie jest tak lodowate, tak nagłe po jego chwili niespodziewanej życzliwości, że czuję je jak policzek. Zdezorientowana i przybita, zbieram swoje rzeczy i spiesznie wychodzę, nie śmiąc się obejrzeć.

Potrzebuję wody. Potrzebuję powietrza. Trafiam do małej wnęki wypoczynkowej obok toalet, próbując uspokoić oddech. Wtedy je słyszę – dwie kobiety, ich głosy za rogiem, przyciszone, podekscytowane szepty.

…kompletnie uwzięła się na nową, tę, która właśnie prezentowała. Tessa jest terytorialna; wiesz, jaka ona jest, jeśli chodzi o pana Lancastera.

Chichot. – Pilnuje go jak jastrząb. Ale to bez sensu. Widziałaś zdjęcie na jego biurku? Tylko jedna osoba naprawdę ma jego serce.

– Jego syn? Och, zdecydowanie. Szkoda, że jest między nimi jakiś rozłam, cokolwiek to jest, ale widać jak na dłoni, że on go uwielbia. Jak on ma na imię?

– Wesley. Wesley Adrian Lancaster. Taki przystojny młody mężczyzna.

Krew mi stygnie.

Co?

– Wes – mówi wyraźnie druga kobieta.

Świat przechyla się.

Wes? Ten sam Wes?

Wychodzę z wnęki, z twarzą szarą jak popiół. Dwie kobiety podskakują, a ich plotkarskie uśmiechy znikają.

– Przepraszam – jąkam się, a mój głos drży. – Czy wy właśnie powiedziałyście… Wes? Wes Adrian?

Wyższa z nich szybko się otrząsa i mierzy mnie podejrzliwym spojrzeniem. – Tak. Wesley Adrian Lancaster. Syn pana Lancastera. Ale… kim pani jest?

Nie potrafię mówić. Nie potrafię oddychać. Elementy wskakują na swoje miejsce z miażdżącą, przerażającą jasnością. Podobna linia szczęki. Te same intensywne oczy.

Oblewa mnie zimna trwoga, głębsza niż cokolwiek, co kiedykolwiek znałam, i wciąga mnie pod powierzchnię.

Sebastian Lancaster jest ojcem Wesa. Całowałam się i prawdopodobnie uprawiałam seks z ojcem mojego byłego chłopaka.

Mail z Lancaster Industries przychodzi o 19:02 – surowe, formalne powiadomienie na tle swobodnego bałaganu mojej prywatnej skrzynki. Zatrudnili mnie. Słowa: „Z przyjemnością oferujemy pani stanowisko Junior Strategist w Lancaster Industries” powinny brzmieć jak zwycięstwo. Zamiast tego brzmią jak wyrok.

W głowie mam wir.

Sebastian naprawdę mnie nie pamięta? Czy tylko udaje i próbuje zachować profesjonalizm?

Skoro on tak gra, ja też powinnam oddać mu tym samym. A jeszcze lepiej – unikać go całkowicie. Poza tym jakie są szanse, że w ogóle go zobaczę? Jest CEO. Najpewniej wcale nie będzie go widać na co dzień.

Trzymam się kruchej nadziei, że nasze drogi po prostu nigdy się nie przetną.

W mój pierwszy oficjalny dzień zostaję zaprowadzona do skromnego biurka w tętniącym życiem open space’ie, pełnym szkła i stali. Ledwie mam czas odłożyć torebkę, kiedy czuję czyjąś obecność — zimną i przytłaczającą. Tessa Hale stoi nade mną; jej ostre cięcie boba przypomina srebrny hełm, a oczy przesuwają się po mojej kupionej z wieszaka marynarce z ledwo skrywanym lekceważeniem.

— Słówko, panno Sawyer — mówi, a jej głos jest cichym pomrukiem, zupełnie niepasującym do lodu w jej spojrzeniu. Nie czeka, aż pójdę za nią; prowadzi mnie kilka kroków dalej, do względnie prywatnej wnęki.

Zastanawiam się, czy to kolejna nieproszona porada, i kiedy zaczyna, o mało nie przewracam oczami.

Krzyżuje ramiona. — Ustalmy to sobie jasno. Skoro już tu jesteś, powtórzę: Sebastian jest poza zasięgiem. Całkowicie. — Pochyla się odrobinę, a jej drogie perfumy tworzą chmurę jaśminu i mrozu. — Jeśli choć przez chwilę pomyślisz, że możesz zatrzepotać tymi młodymi rzęsami i oczarować go, żeby zyskać jego przychylność, to przemyśl to raz jeszcze. Widziałam tu tuzin takich jak ty — przychodzą i odchodzą. Nie jesteś wyjątkowa.

Coś we mnie nagle pęka i odcinam się, głos drży mi od ledwo powstrzymywanej wściekłości. — Nawet pani nie znam i pani z całą pewnością nie zna mnie. Ale jeśli tak się pani boi, że prześpię się na sam szczyt, to może pani przestać. Nie jestem zainteresowana. Poza tym jestem wszystkim, tylko nie taka jak pani.

Obelga trafia. Oczy Tessy rozszerzają się; błysk czystego, nieprzefiltrowanego szoku ustępuje wściekłości tak głębokiej, że jej twarz blednie. Przez przerażającą sekundę myślę, że naprawdę mnie spoliczkuje. Wchodzi w moją przestrzeń, napiera na mnie ciałem, a jej oddech jest sykiem. — Ty mała—

— Tessa.

Głos przecina napięcie jak trzask bicza, a my obie zastygamy, gdy Sebastian stoi kilka stóp dalej. Jego wyraz twarzy jest nie do odczytania, ale sama jego obecność jest falą uderzeniową, która ucisza nawet powietrze wokół nas.

Jego spojrzenie przeskakuje z purpurowej ze złości twarzy Tessy na moją — teraz zarumienioną — gdy czuję, jak policzki zaczynają mnie palić.

— Co — pyta, każde słowo odmierzone i niebezpiecznie ciche — się tu dzieje?

Czuję gorący rumieniec, który wspina się z klatki piersiowej w górę szyi, zaciskam usta w twardą linię, a powieki lekko mi drżą.

Tessa otwiera usta, żeby mówić, ale uwaga Sebastiana jest utkwiona we mnie.

— Do mojego gabinetu. Natychmiast, panno Sawyer.

To nie prośba. To rozkaz. Odwraca się na pięcie, a ja nie mam wyboru, muszę iść za nim, z nogami jak z drewnianych szczudeł. Nie śmiem spojrzeć na Tessę, ale czuję jej triumfujące spojrzenie.

Gabinet Sebastiana wygląda dokładnie tak, jak się spodziewałam — jak wycinek świata: ciemne drewno, okna od podłogi do sufitu i przytłaczające poczucie władzy. Nie siada. Stoi za biurkiem, wbijając we mnie twarde spojrzenie.

– Usiądź – mówi. Przysiadam na skraju pluszowego, skórzanego fotela, czując się mała i wystawiona na widok.

– Niech będzie absolutnie jasne – zaczyna, a jego głos jest chłodny i pozbawiony tej zaskakującej cierpliwości, jaką okazał podczas mojego wystąpienia. – Zostałaś zatrudniona przez komisję. Nie byłem jedynym głosem decydującym. Więc ani przez sekundę nie sądź, że twoje zatrudnienie tutaj oznacza jakąkolwiek szczególną… przysługę z mojej strony.

Jego słowa kłują jak użądlenia roju pszczół. Czy on myśli, że zabiegam o jego uwagę? Że desperacko chcę znaleźć się po jego dobrej stronie, żeby dostać jakieś przywileje? Absurd tego jest duszący.

– Nie myślę tak – udaje mi się powiedzieć, choć głos mam napięty.

Ignoruje mnie i ciągnie swój wykład.

– Jesteś najmłodszą pracownicą w tym dziale. Oczekuję, że będziesz zachowywać się profesjonalnie i okazywać każdej osobie tutaj szacunek, na jaki zasługuje ze względu na swoje doświadczenie. Dotyczy to także Tessy Hale. Czy wyrażam się jasno?

To już za wiele. Poczucie niesprawiedliwości przebija się przez mój strach.

– Z całym szacunkiem, panie Lancaster, to ona zaczęła. Oskarżyła mnie o—

– Nie obchodzi mnie to. – Jego słowa są ostre, ucinają moją obronę. Jego dominacja jest absolutna, wysysa powietrze z pomieszczenia. – Twoją rolą jest pracować, nie wdawać się w dziecinne sprzeczki. Oczekuje się od ciebie, że będziesz się uczyć, a nie pyskować. Rozumiesz, panno Sawyer?

W moich dłoniach, zaciśniętych w pięści na kolanach, paznokcie wyżłabiają w skórze półksiężyce. Chęć krzyku gryzie mnie od środka, ale tłumię gniew. Potrzebuję tej pracy. Nie mogę sobie pozwolić na jego wściekłość.

Zmuszam się, by rozluźnić dłonie, kładę je płasko na udach.

– Pana polecenia zostały przyjęte do wiadomości, proszę pana.

Przez jego twarz przemyka cień czegoś — satysfakcji? — i znika.

– Dobrze.

Odwraca się do okna, jednoznacznie mnie odprawiając.

– W okresie próbnym będziesz pod ścisłą obserwacją. Możesz iść.

Wstaję, nogi mam jak z waty, i ruszam do drzwi. Każdy krok jest jak odwrót, jak kapitulacja. Kładę dłoń na chłodnej, mosiężnej gałce, kiedy nagle się zatrzymuję. Gniew, frustracja i ta jawna, doprowadzająca do szału niesprawiedliwość znów we mnie narastają — fala, której nie umiem powstrzymać. Odwracam się.

On już na mnie patrzy; unosi jedną ciemną brew w niemym pytaniu. To pytanie jest tuż-tuż, na czubku języka, parzy, aż się prosi, żeby je wypuścić. Dlaczego, do cholery, to robisz? Dlaczego zachowujesz się, jakbyś mnie nie znał? I co ważniejsze, czemu jesteś wobec mnie tak zupełnie niepotrzebnie okrutny?

Widzę w jego oczach chłodne oczekiwanie, gotowość na konfrontację, o której wie, że ją wygra.

Moja odwaga mnie zawodzi. Chwila mija.

– Coś jeszcze, panno Sawyer? – pyta tonem, który sugeruje, że lepiej, żeby nie.

Przełykam gorzką pigułkę dumy.

– Nie, panie Lancaster – mówię, ledwie szeptem.

– Dobrze. Cieszę się, że wreszcie do ciebie dociera. Proszę, skorzystaj z drzwi.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział