Rozdział 4
POV Julii
– Nie ruszaj się! – komenderowała Amber, wymachując kredką do oczu jak bronią. – Serio, Julia, ja tu próbuję czarować, a ty się miotasz jak karp w wannie.
Westchnęłam, ale się podporządkowałam. Siedziałyśmy tak już prawie pół godziny, odkąd Amber oznajmiła, że robi mi „makijaż na ceremonię powitalną”. Nasz mały pokój w akademiku zamienił się w prowizoryczny salon kosmetyczny – kosmetyki zajmowały każdy centymetr mojego biurka.
– Naprawdę nie widzę w tym sensu – mruknęłam, kiedy nałożyła mi na powieki coś chłodnego. – Przecież to tylko jakaś tam ceremonia.
Amber przerwała, ręce wbiła w biodra.
– „Tylko” ceremonia? Julia, to jest nasze oficjalne przyjęcie na kierunek pielęgniarski! Poza tym będzie połowa kadry, nie wspominając o tym superprzystojnym alfie, absolwencie, który ma przemawiać. – Poruszyła sugestywnie brwiami. – A tak w ogóle, masz obłędną cerę. Co ty na nią robisz?
Wzruszyłam ramionami, nieswojo przyjmując komplement.
– Dobre geny, chyba. – A dokładniej: beta-geny. Bycie córką bety miało swoje plusy – gładka skóra, szybkie gojenie, wyostrzone zmysły.
– Cokolwiek to jest, nie przestawaj. – Amber cofnęła się o krok, krytycznie oglądając swoje dzieło. – Podkładu prawie w ogóle nie potrzebujesz. Tylko trochę korektora pod oczy, odrobina różu, żeby podkreślić te niesamowite kości policzkowe i… – Przeciągnęła czymś po moich ustach. – Idealnie!
– Po-tay-to, po-tah-to – rzuciła z uśmiechem, machając ręką. – Dobra, skończyłyśmy. Patrz na siebie!
Obróciła moje krzesło w stronę małego lusterka i zastygłam.
Kobieta, która na mnie patrzyła, to byłam… ja, ale nie ta ja, do której byłam przyzwyczajona. Moje zwykle nijakie, brązowe włosy opadały w miękkich falach wokół twarzy, która wyglądała jakoś bardziej wyrazista, bardziej „obecna”. Moje oczy, normalnie schowane za grzywką, teraz wydawały się duże i pełne wyrazu, obramowane ciemnymi rzęsami. Usta miały delikatny kolor, przez co wyglądały na pełniejsze.
– To… to naprawdę ja? – wyszeptałam, dotykając twarzy z niedowierzaniem.
– No jasne, że ty! – Amber aż podskoczyła z ekscytacji. – Ja tylko podkreśliłam to, co już miałaś. Masz genialną kość policzkową, Julia. I tę figurę! Wysoka i krągła dokładnie tam, gdzie trzeba. Połowa dziewczyn na roku dałaby się pokroić za takie kształty.
Zarumieniłam się, nieprzyzwyczajona do takich zachwytów. W Star Shadow zawsze byłam tą dziwną – dziewczyną, która za dużo czasu spędza przy ziołach, a za mało przy lustrze. Nawet rodzina po cichu dawała mi to do zrozumienia.
Ale odkąd dowiedziałam się, że mnie przyjęli, że w końcu stamtąd wyjadę, jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężki plecak. Mimo że te ostatnie trzy miesiące nadal mieszkałam w stadzie Star Shadow, zrobiłam się zdrowsza. Sama świadomość, że czeka mnie wolność, wystarczyła, żeby coś się we mnie przestawiło. Przestałam zajadać stres i nauczyłam się normalnie podchodzić do jedzenia. Codzienne spacery, które brałam, żeby przewietrzyć głowę, wyrzeźbiły mi mięśnie.
– Dziękuję – powiedziałam cicho, wciąż wpatrzona w swoje odbicie. – Nigdy… to znaczy, nikt jeszcze nigdy nie zrobił ze mną czegoś takiego.
– Przyzwyczajaj się – oznajmiła Amber, już pakując swoje kosmetyki. – Bo będziemy razem w pokoju cały rok, a ja mam zamiar wyciągnąć cię na co najmniej trzy imprezy w semestrze.
– Teraz tylko muszę ogarnąć własne brwi – mruknęła, sięgając po małą maszynkę. – Już trochę zarosły…
Nagle ktoś wrzasnął jej imię z korytarza. Amber podskoczyła, maszynka się omsknęła i zacięła skórę tuż nad jej okiem.
– Ała! – pisnęła, wypuszczając narzędzie z ręki.
– Pokaż – odezwałam się od razu, pochylając się bliżej. Na jej skórze pojawiła się cienka linia krwi. – Zacięłaś się.
Amber dotknęła miejsca ostrożnie.
– Spoko. Wilcze leczenie, pamiętasz? Za godzinę nie będzie śladu.
„To nie ma znaczenia” – powiedziałam stanowczo, już sięgając po czystą chusteczkę. – „Ta maszynka do brwi leżała w twojej kosmetyczce. Jeśli zostały na niej jakieś resztki kosmetyków, możesz złapać infekcję, zanim się to zagoi, a wtedy może zostać blizna.”
„Ale…”
„Na twarzy, Amber. Tuż nad okiem.” Posłałam jej moje najbardziej bezkompromisowe spojrzenie – to, które ćwiczyłam na przyszłych upierdliwych pacjentów.
Westchnęła teatralnie.
„Dobra, siostra Julia. Jaki plan leczenia?”
„Idę do przychodni na kampusie po maść z antybiotykiem” – powiedziałam, łapiąc torebkę. – „Po prostu dociskaj, aż wrócę.”
Przychodnia na kampusie była spokojna, tylko kilku studentów czekało na wizytę. Podeszłam do okienka w części aptecznej na końcu korytarza, gdzie kobieta w średnim wieku układała leki na półkach.
„Przepraszam” – odezwałam się. – „Potrzebuję maści z antybiotykiem. Moja współlokatorka przecięła się kosmetycznym narzędziem.”
„Oczywiście” – odparła, odwracając się do szafki za sobą. – „To poważne cięcie?”
„Nie, powierzchowne, ale jest blisko oka, więc chciałabym, żeby na pewno się nie zakażało.”
Kiedy farmaceutka szukała maści, drzwi do gabinetu lekarskiego otworzyły się i wyszedł z nich mężczyzna. Nawet z profilu było widać, że robi wrażenie – wysoki, o szerokich ramionach, z ciemnymi włosami delikatnie podkręcającymi się przy kołnierzyku i z tą specyficzną aurą pewności siebie, która sprawiła, że kilka osób w poczekalni uniosło głowy.
„Pana stała recepta, panie Collins” – powiedział lekarz, podając mu małą buteleczkę. – „Ale muszę przyznać, że ostatnio dość szybko się z nimi pan rozprawia.”
Mężczyzna schował buteleczkę do kieszeni z napiętym uśmiechem.
„Doceniam pańską troskę, ale moje problemy ze snem są pod kontrolą.”
„Oczywiście” – odparł lekarz. – „Proszę tylko pamiętać, że długotrwałe stosowanie środków nasennych nie jest najlepszym rozwiązaniem, zwłaszcza przy pana trybie pracy.”
Coś w jego postawie – lekko spięte ramiona, minimalne usztywnienie – przykuło moją uwagę. Zanim zdążyłam się ugryźć w język, odezwałam się:
„Przepraszam…” – powiedziałam, natychmiast tego żałując, gdy się odwrócił w moją stronę. Z przodu był jeszcze przystojniejszy – wyraziste, błękitne oczy, jakby zaglądające prosto do środka. – „Podsłuchałam kawałek rozmowy. Jeśli ma pan problemy ze snem, są naturalne sposoby, które mogą trochę pomóc.”
Te błękitne oczy zwęziły się nieznacznie, ale raczej z zaciekawieniem niż z irytacją.
„To znaczy” – ciągnęłam nerwowo – „leki nasenne potrafią działać, ale przy dłuższym stosowaniu często dają skutki uboczne. Olejek lawendowy ma potwierdzone działanie poprawiające jakość snu, a napar z kozłka lekarskiego, wypity mniej więcej godzinę przed pójściem spać, też może pomóc. Oba raczej współpracują z naturalnymi procesami organizmu, zamiast chemicznie wymuszać sen.”
Zapadła chwila ciszy, a ja w myślach kopnęłam się w kostkę. Kim ja niby jestem, żeby udzielać nieproszonych porad kompletnemu obcemu?
Ku mojemu zaskoczeniu jego wyraz twarzy złagodniał.
„Ciekawe. Studiuje pani ziołolecznictwo?”
„Pielęgniarstwo” – odpowiedziałam, czując, jak policzki mi płoną. – „Ale mam też background zielarski.”
Skinął głową, jakby coś sobie układał.
„Kozłek lekarski, tak?”
„Tak. Jest paskudnie gorzki, więc warto dodać miodu. A jeśli zrobi pan z tego rytuał – zawsze o tej samej porze, może z cichą muzyką albo książką – to z czasem mózg zacznie kojarzyć to z przygotowaniem do snu.”
Mężczyzna przyglądał mi się przez moment, po czym uśmiechnął się lekko, ale szczerze.
„Dziękuję. Może faktycznie spróbuję.”
Nasze spojrzenia się spotkały i przez ułamek sekundy coś między nami przemknęło – delikatne, niewytłumaczalne połączenie, jak krótkie mgnienie porozumienia. W tej samej chwili farmaceutka podała mi maść z antybiotykiem, brutalnie przerywając moment.
„Powodzenia na studiach” – powiedział, skinął mi uprzejmie głową i wyszedł.
Zastygłam w miejscu, patrząc, jak odchodzi, a Kaia nagle się ożywiła i zainteresowała w sposób, jakiego nie widziałam u niej od czasu odrzucenia przez Nathana.
