Rozdział 2

Z perspektywy Liny

Dziesiąta zima Ery Popiołów

Przytłaczający żar Pawilonu Smoczego Ognia groził, że mnie udusi. Klęcząc na rozpalonej posadzce z obsydianu, kierowałam swoją słabą, półelfią magię w lodowe kręgi, podczas gdy powietrze wypełniało się kadzidłem Flamequell. Nagła zmiana ciśnienia sprawiła, że magiczne prądy zadrżały i się zachwiały. Nie musiałam podnosić wzroku — Augustus się pojawił, a jego przytłaczająca obecność pochłonęła cały tlen w pomieszczeniu.

Zmuszając się, uniosłam głowę, by spotkać wzrok Smoczego Króla. Augustus promieniował dojrzałą, zabójczo przystojną bezwzględnością, która domagała się absolutnego posłuszeństwa. Ostra linia szczęki, chłodne, rzeźbione rysy, krótkie czarne włosy — ale to jego oczy paraliżowały ofiarę. Te złote, gadzie szczeliny wbiły się we mnie, płonąc drapieżną intensywnością, od której nawet samo powietrze stawało się ciężkie.

— Więc wyjeżdżasz za trzy dni? — jego głos przeciął gęstą ciszę; niski, niebezpieczny pomruk zawibrował aż w kamiennej posadzce.

Przechyliłam głowę odrobinę w prawo, instynktownie chroniąc uszkodzone lewe ucho, i skupiłam się na surowej linii jego warg. — Tak, Wasza Wysokość. Moje dziesięć lat służby dobiegło końca.

Chłodna kalkulacja z jego uderzającej twarzy rozpłynęła się w coś przerażającego. W jego złotych oczach buchnęła surowa, smocza zaborczość — jak płynny ogień — gdy jednym krokiem skrócił dzielącą nas odległość.

Zanim zdążyłam drgnąć, wyrzucił rękę do przodu i brutalnie zerwał mi z palców ciężkie rękawice ochronne, odsłaniając skórę pooraną mroźnymi bliznami. Z okrutnym uśmiechem zacisnął palce na mojej szczęce w bezlitosnym uścisku, przyciągając moją twarz na kilka cali od swoich śmiercionośnych rysów.

— Czy naprawdę sądzisz, że marne dziesięć lat wystarczy, by zmazać grzechy twojej rodziny? — prychnął, odsłaniając wydłużone końcówki kłów. — Brudna ofiara, półkrwi, teraz po prostu chce sobie odejść?

Zdesperowana, by odczytać ruch jego ust, przechyliłam głowę odrobinę w prawo — to był bolesny błąd. Uznawszy to za bunt, zacisnął uścisk z miażdżącą siłą, aż w mojej szczęce rozległo się obrzydliwe trzasknięcie.

— Twoja krew jest mi winna dług, którego żadna dekada nie spłaci — syknął, ciągnąc mnie siłą po obsydianowej posadzce. Jego gwałtowny impet strącił na ziemię brązowe kadzielnice, rozsypując po ciemnym kamieniu żarzące się iskry.

W czystym przerażeniu walczyłam z jego żelaznym chwytem, ale na smoka było to daremne. Bez wysiłku popchnął mnie w tył na lodowate, jedwabne od chłodu prześcieradła, a ciężkimi kolanami rozsunął moje nogi, całkowicie mnie unieruchamiając. Wolną dłonią bezlitośnie chwycił mój kołnierz. Grube płótno rozdarło się z ohydnym dźwiękiem, odsłaniając drżące ramiona na gryzący chłód, a jego dłoń zaczęła wędrować po mojej skórze, jego dotyk palił jak rozżarzony stempel.

— Proszę, Wasza Wysokość... błagam, nie rób tego — wyjąkałam, wijąc się pod jego miażdżącym ciężarem.

Zignorował moją prośbę całkowicie; smoczy żar jego oddechu obmył mi twarz, gdy ciemne spojrzenie prześlizgnęło się po odsłoniętej skórze. — Przez dziesięć lat nawet nie zauważyłem, jak oszałamiająco piękną kobietą wyrosłaś tuż pod moim nosem — wydyszał ciężko, a jego słowa przesiąknięte były wypaczoną żądzą. — Co za absolutne marnotrawstwo.

Nowa fala terroru sparaliżowała mi kończyny, gdy gwałtownie zerwał ostatnią kruchą barierę mojego ubrania. Opuścił swoje potężne ciało, wciskając twarz w wrażliwe zagłębienie mojego karku.

Przerażająca rzeczywistość jego groźby roztrzaskała mój paraliżujący strach. Jeśli czystokrwisty smok by mnie sobie rościł, pradawne krwawe pieczęcie Wyrmspire Citadel uznałyby mnie za jego trwałą własność, czyniąc dziesięcioletnie ułaskawienie całkowicie nieważnym.

Moja prawa dłoń na oślep zamachała za krawędzią materaca, palce desperacko zacisnęły się na poszarpanym, parzącym odłamku rozbitego kadzielnika. Z gardłowym krzykiem, zrodzonym z czystej desperacji, wbiłam rozgrzany brązowy kolec w górę, celując na ślepo w gruby mięsień jego ramienia.

Ostry metal trafił, lecz natychmiast po jego skórze zmaterializowała się migocząca warstwa nieprzeniknionych czarno-złotych smoczych łusek. Nagłe, kłujące uderzenie gorącego brązu o łuski sprawiło, że odruchowo drgnął z czystego szoku, a jego żelazny uścisk poluzował się na ułamek sekundy.

— Śmiesz mi się sprzeciwiać?! — ryknął Augustus, dźwiękiem tak nieludzkim i ogłuszającym, że zadrżał sklepiony sufit.

Rzuciłam ciężar ciała na bok, staczając się z wysokiego łoża i z hukiem uderzając o bezlitosną kamienną posadzkę. Odsunęłam się w panice, aż plecy trafiły na zimną ścianę, klęcząc całkiem odsłonięta i dygocząc gwałtownie. Moje splątane złote włosy opadły do przodu, by ukryć moje upokarzające położenie, gdy gorące łzy spłynęły z moich zielonych oczu.

— Wasza Wysokość, proszę, błagam, proszę tego nie robić — zaszlochałam, przyciskając czoło do lodowatej podłogi. — Zrobię cokolwiek innego, o co mnie poprosisz, przysięgam, tylko proszę, puść mnie.

Smoczy ogień w oczach Augustusa jedynie zapłonął ciemniejszą intensywnością, a jego potężna sylwetka poruszyła się, by siłą dokończyć to, co zaczął. Nagle ciężkie obsydianowe drzwi do pawilonu roztrzaskały się na oścież z ogłuszającym hukiem, rozrywając duszące napięcie w komnacie.

Isabella Goldscale, jego najbardziej faworyzowana czystokrwista małżonka Złotych Smoków, wpadła do komnaty w powłóczystej sukni ze skręcanego złota. Jej lazurowe, pionowe źrenice natychmiast skupiły się na chaotycznej scenie, a arogancki grymas na jej pięknej twarzy skręcił się w maskę czystej zazdrości i nienawiści.

— Wasza Wysokość! Na przodków, co ty wyprawiasz z tą plugawą półkrwistą?! — jej głos był przeszywającym, arystokratycznym wrzaskiem.

Augustus zamarł; smoczy ogień w jego oczach natychmiast skuteł lodem, a ostre rysy wróciły do maski absolutnego chłodu. Nie wypowiadając ani słowa, powoli zrobił krok w tył.

Wykorzystując okazję, Isabella pokonała dzielącą nas odległość trzema nerwowymi susami. Bezwzględnie wkręciła palce w moje splątane złote włosy, brutalnie szarpnęła głowę do góry i wywlokła mnie do połowy z podłogi.

— Ty knująca suko! Naprawdę ośmieliłaś się próbować uwieść Jego Wysokość! — splunęła, a jej piękna twarz wykrzywiła się w coś potwornego. — Ty nędzna, obrzydliwa kundlico!

Bez chwili wahania zamachnęła się wolną dłonią i wymierzyła mi miażdżący policzek prosto w twarz. Eksplozyjne uderzenie trafiło w moje już zrujnowane lewe ucho z siłą tarana, pogrążając całą lewą stronę mojej głowy w ogłuszającym dzwonieniu. Metaliczny posmak świeżej krwi natychmiast zalał mi usta, a obraz zafalował w mdłym rozmazaniu.

Isabella puściła mnie ze swojego brutalnego chwytu, z wściekłością odrzucając moje wiotkie ciało na bezlitosną obsydianową posadzkę. Gdy osunęłam się na kamień, opuściła ciężki but z jadowitą precyzją, wdeptując ostry szpilkowy obcas prosto w środek mojej oszpeconej mrozem dłoni.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział