Rozdział 4

Perspektywa Liny

Ledwie pamiętałam drogę powrotną do mojej maleńkiej wnęki sypialnej w kwaterach służby. Wąska przestrzeń była ledwo dość duża na cienki materac rozłożony na podłodze i małą drewnianą skrzynię, w której trzymałam nieliczne rzeczy, a kamienne ściany zdawały się napierać na mnie, kiedy osunęłam się na szorstki koc, drżąc całym ciałem z wyczerpania i bólu.

Siedziałam w ciemności przez coś, co wydawało się godzinami, wciąż przewracając w myślach to samo rozpaczliwe pytanie: kto mógłby sprawić, żeby Augustus pozwolił mi odejść?

Nie znalazłam żadnej odpowiedzi. W końcu zmusiłam się do ruchu, ściągnęłam z siebie przesiąknięte krwią ubranie zdrętwiałymi palcami i użyłam miski lodowato zimnej wody w kącie, by obmyć najgorsze rany, jakie Isabella zostawiła na mojej twarzy.

W końcu wyczerpanie mnie pokonało i zapadłam w niespokojny, bezsenny sen.

Zbudził mnie chłód, gdy pierwsze szare światło świtu zaczęło sączyć się przez wąską szczelinę okna, a blade zimowe słońce ledwie ogrzewało izbę. Skuliłam się na swoim posłaniu, naciągnęłam na siebie cienki koc i wyszeptałam tę samą mantrę, którą powtarzałam każdego ranka przez ostatni tydzień: „Jeszcze trzy dni. Tylko trzy dni i wszystko będzie lepiej”.

Z trudem dźwignęłam się do pionu, chlusnęłam na twarz kolejną porcją lodowatej wody i zrobiłam, co mogłam, by wyglądać przyzwoicie mimo siniaków i rozcięć, które znaczyły mnie równie wyraźnie jak wypalone piętno. Odbicie w małym, popękanym lusterku pokazało obcą osobę — dziewczynę z zapadniętymi oczami, splątanymi złotymi włosami i twarzą pomalowaną odcieniami fioletu i czerwieni.

O dokładnie szóstej wróciłam do Komnaty Smoczego Ognia, tak jak każdego poranka od dziesięciu lat, choć dziś celowo opóźniłam się o piętnaście minut w rozpaczliwej nadziei, że Augustus zdążył już wyjść na poranne posiedzenie rady. Serce mi opadło, kiedy popchnęłam ciężkie drzwi i zobaczyłam go stojącego przy oszronionych oknach, w pełni ubranego w formalne czarno-złote szaty, z postawą promieniującą lodowatą furią.

Zastygłam w progu, serce stanęło mi w piersi, i natychmiast opadłam w najgłębszy ukłon, na jaki było mnie stać, niemal dotykając czołem podłogi i wbijając wzrok w marmur. „Wasza Wysokość” — wyszeptałam, a mój głos był ledwie słyszalny.

— Po dzisiaj zostaną dwa dni — powiedział Augustus głosem zimnym i ostrym jak ostrze z lodu, a ja poczułam, jak jego złote oczy wwiercają mi się w kark niczym fizyczny ciężar. — Myślisz, że jeśli będziesz mnie dalej unikać, uda ci się bezpiecznie przez to przejść?

Zrobił pauzę i w tej ciszy usłyszałam niewypowiedzianą groźbę wiszącą między nami jak dobyty miecz. — Jaka naiwność — ciągnął, a w jego tonie pojawiło się teraz coś niemal rozbawionego, coś, co przyprawiło mnie o ciarki. — Jeśli zechcę cię tu zatrzymać, naprawdę sądzisz, że będziesz mogła wyjść?

Nic nie powiedziałam, bo nie było słów, które nie pogorszyłyby sprawy. Pozwolił, by cisza przeciągnęła się jeszcze o jedną, bolesną chwilę, po czym usłyszałam, jak jego buty przecinają posadzkę w stronę drzwi. — Wrócę dziś wieczorem — powiedział, mijając mnie, a ja nie odważyłam się podnieść głowy, by patrzeć, jak odchodzi. — Módl się, żebym nie zobaczył na twojej twarzy znowu tego żałosnego odliczania.

Drzwi zatrzasnęły się za nim i dopiero wtedy pozwoliłam sobie odetchnąć. Ręce trzęsły mi się, kiedy podniosłam się i zaczęłam znajomy rytuał doglądania jego komnat — otwarcie okien, by wpuścić lodowate poranne powietrze, ściągnięcie pościeli i ponowne zasłanie ogromnego łoża świeżymi prześcieradłami z lodowego jedwabiu, wymiana wypalonego kadzidła Flamequell na nowe patyczki.

Kadzidło było wytwarzane specjalnie po to, by tłumić gwałtowną ognistą esencję płonącą w każdym z dragonkin, powstrzymując niszczycielskie żarzenie Augustusa przed strawieniem wszystkiego w czasie jego snu; jego ostry, medyczny zapach wypełnił pokój, gdy nowe patyczki zaczęły tlić się w mosiężnych uchwytach.

Przesuwałam się przez poranne obowiązki jak duch — ciało działało na czystej pamięci mięśni, podczas gdy umysł zapadał się w coraz bardziej rozpaczliwe scenariusze. Po mizernym śniadaniu z rzadkiej brei w służebnej jadalni wróciłam, by sprawdzić runy lodowego układu wyryte w posadzce wokół łoża Augustusa, uzupełnić malejący zapas maści w moich prywatnych zapasach i przeliczyć zaklęte magokamienie zasilające oświetlenie komnaty.

W południe rozkładałam świeżą pościel na popołudniowy odpoczynek Augustusa i regulowałam stężenie kadzidła Flamequell, gdy przez drzwi wpadł młody chłopak służący, z twarzą rozpaloną od pośpiechu. — Lina! — wydyszał, a ja przekręciłam głowę, żeby wychwycić jego słowa dobrym uchem. — Jego Królewska Mość wraca wcześniej. Kapitan Ironclaw powiedział, że twoja siostra klęczy od rana przed salą rady i błaga o audiencję, i że doprowadziła go do furii. Powinnaś szybko skończyć i zniknąć, zanim przyjdzie—

Nie czekałam na resztę. Ręce poruszały mi się gorączkowo, gdy przywołałam Freyę i Arię, dwie nowo przybyłe ludzkie niewolnice, które pomagały mi sprawdzać smocze łoże pod kątem ewentualnych usterek w układzie, i razem rzuciłyśmy się, by dokończyć ostatnie poprawki.

Serce waliło mi o żebra, kiedy opadłam na kolana, w panice zbierając świecące odłamki, podczas gdy Freya i Aria stały jak sparaliżowane strachem. Właśnie zgarnęłam ostatni kawałek, gdy usłyszałam głosy na korytarzu za drzwiami — głęboki, rozkazujący ton Augustusa, wydającego polecenia strażnikom.

— Ruszać się! — syknęłam do dwóch młodszych niewolnic, i rzuciłyśmy się w stronę drzwi, z tętnem tak szalejącym, że zakręciło mi się w głowie. Od wolności dzieliły nas trzy kroki, kiedy ogromne drzwi rozwarły się na oścież i znalazłam się twarzą w twarz z samym Smoczym Królem, u boku Selasa i dwóch innych strażników.

Złote oczy Augustusa wbiły się w moje, a na jego ustach pojawił się powolny, zimny uśmiech — taki, jaki mógłby nosić drapieżnik, kiedy wreszcie zapędził ofiarę w kozi róg.

Natychmiast cofnęłam się i skłoniłam głęboko, pociągając za sobą Freyę i Arię, gdy przycisnęłyśmy się do ściany, by zrobić przejście w drzwiach. Głowę miałam pochyloną nisko, wzrok utkwiony w podłodze, i trwałam zupełnie nieruchomo, rozpaczliwie modląc się, żeby po prostu przeszedł obok nas i pozwolił, by ta chwila się skończyła.

Ale czułam na sobie jego spojrzenie — ciężkie i nieuniknione jak łańcuch — i z opadającą pewnością wiedziałam, że moje modlitwy pozostaną bez odpowiedzi.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział