Rozdział 5

Perspektywa Liny

Augustus stał w progu przez coś, co wydawało się wiecznością. Potem, bez słowa, zrobił krok naprzód i wszedł do komnaty.

Trzymałam głowę pochyloną, kiedy mnie mijał, nie śmiąc się poruszyć ani oddychać zbyt głośno, i dopiero gdy usłyszałam, że idzie głębiej w głąb pokoju, zaryzykowałam spojrzenie spod rzęs. Zatrzymał się obok łóżka, spleciwszy dłonie za plecami.

– Kto pościelił to łóżko? – Jego głos przeciął ciszę jak ostrze z lodu.

Natychmiast zrobiłam krok do przodu, wciąż nie podnosząc wzroku, i przekręciłam głowę, żeby uchwycić jego słowa dobrym, prawym uchem. – Ja, Wasza Wysokość – powiedziałam cicho. – Freya, Aria, możecie już wyjść.

Dwie młodsze niewolnice rzuciły się do drzwi, a ja usłyszałam, jak zamykają się z ostatecznym trzaskiem. Teraz byłam z nim sama, a ciężar jego obecności przygniatał mnie, gdy znów skierował uwagę na łóżko.

– Tam – powiedział, wskazując fragment lodowo-jedwabnej narzuty, gdzie ledwie dostrzegałam najlżejszą zmarszczkę. – To jest nie do przyjęcia. Zrób to od nowa.

Znałam tę grę — ten rytuał sztucznego wynajdywania błędów, który dawał mu pretekst, by mnie dręczyć. – Tak, Wasza Wysokość – wymamrotałam, podchodząc do łóżka i zaczynając zdejmować narzutę.

Nie ruszył się ze swojego miejsca, a ja czułam na sobie jego spojrzenie jak fizyczny ciężar, kiedy pracowałam. Cisza rozciągała się między nami tak długo, że myślałam, iż zaraz krzyknę. Kiedy cofnęłam się, wygładziwszy każdą niedoskonałość, nie zobaczyłam na jego twarzy żadnej satysfakcji.

Schyliłam się, by poprawić rogi, które już były idealne, boleśnie świadoma, że stoi za mną, na tyle blisko, że czułam ostry zapach dymu i zimy, który przylgnął do jego skóry. Serce waliło mi o żebra tak mocno.

Wtedy to poczułam — jego palce, lodowate i rozmyślnie powolne, muskające odsłoniętą skórę u nasady mojego karku. Dotyk przeszył moje ciało wstrząsem terroru, każdy mięsień zesztywniał, i nim zdążyłam się powstrzymać, odskoczyłam, a moja dłoń strąciła jego palce na bok.

W chwili, gdy to zrobiłam, wiedziałam, że popełniłam straszliwy błąd.

Jego złote oczy zwęziły się do szparek, źrenice skurczyły do cienkich linii wściekłości. Zabójcza intencja biła od niego falami, gdy cofnęłam się potykając, aż plecami uderzyłam o ścianę. Podszedł z rozmysłem i zagrodził mi drogę, opierając dłonie płasko o kamień po obu stronach mojej głowy.

W mojej głowie mignęły wspomnienia — wojna sukcesyjna sprzed dziesięciu lat, kiedy czterech smoczych książąt walczyło o tron. Dwóch zostało zabitych przez samego Augustusa, a następca tronu, książę koronny Serandil, został zaciągnięty do Lodowej Otchłani. A ja, półkrwisty bękart z rodziny, która wsparła niewłaściwą stronę, zostałam oddana przez własnego ojca jako żywa ofiara.

– Wasza Wysokość! – zabrzmiał nagląco głos Selasa. – Lady Lydia zemdlała przed Storm Gate! Czekała w śniegu od godzin!

Augustus znieruchomiał kompletnie, a po jego twarzy przemknęły złożone emocje — wściekłość i tęsknota i coś, co mogło być żalem. Potem odepchnął się od ściany i bez słowa wyszedł.

Nogi się pode mną ugięły i osunęłam się po ścianie, łapiąc powietrze. Lydia mnie ocaliła — moja czystokrwista siostra, która poślubiła Serandila, którego Augustus kochał i stracił. Musiała przyjść błagać za uwięzionym mężem.

Z wysiłkiem podniosłam się do pionu. Pojawił się młody służący i oznajmił mi, że Augustus będzie zajęty sprawą Lydii, a ja powinnam odpocząć.

Wróciłam do swoich komnat, pamiętając, że Kira, druga Opiekunka Smoczego Ognia, wciąż leży w infirmerii z gorączką płucną. To znaczyło, że zostałam sama z utrzymywaniem komnaty i nie miał mnie kto zmienić.

Choć wiedziałam, że powinnam odpocząć, coś nieodparcie ciągnęło mnie do infirmerii. Niebo poszarzało obietnicą śniegu, gdy szłam przez coraz chłodniejsze korytarze do odizolowanego oddziału.

W pomieszczeniu było ciasno, a powietrze gęste od zapachu choroby, przerywanego mokrym kaszlem. Kira schudła tak bardzo, że ledwie ją poznałam — kości policzkowe miała ostre jak ostrza, a oczy zapadnięte w ciemnych cieniach.

— Nie powinnaś wciąż tu przychodzić — powiedziała ochrypłym głosem. — Zostały ci tylko trzy dni. Jeśli teraz zachorujesz...

— Nie zachoruję — odparłam, siadając obok jej posłania.

— Jak cudownie — szepnęła Kira. — Wkrótce wyjdziesz z zamku, wreszcie wolna. W końcu będziesz mogła żyć własnym życiem.

Rozmawiałyśmy szeptem o życiu, które czeka poza tymi murami. Malowałam słowami obrazy — chatkę mojej matki, ciepło jej objęć, którego tak długo mi odmawiano. O znalezieniu pracy w jakimś dalekim miasteczku.

— Będziemy mieć mały dom z ogrodem — powiedziałam, a głos mi się załamał. — A latem będziemy siedzieć na dworze, patrzeć na zachód słońca i śmiać się z tego, że przetrwałyśmy to miejsce.

W oczach Kiry zalśniły łzy.

— Zaprosisz mnie w odwiedziny?

— Co roku. A w przyszłym roku, kiedy wyjdziesz, my— — Ścisnęło mnie w gardle i musiałam mrugnąć, powstrzymując łzy. — Obie będziemy wolne, Kira. Uda nam się.

— Uda nam się — wyszeptała.

Zostałam, dopóki światło nie zaczęło blednąć, niechętna, by porzucić ciepło naszych wspólnych marzeń, choćby były tak kruche.

— Nie wracaj, dopóki nie będziesz wychodzić — powiedziała Kira, gdy wstałam. — Tylko... w ostatnim dniu. Pozwól mi zobaczyć, jak jeszcze raz stąd wychodzisz. To mi wystarczy.

Kiwnęłam głową, nie ufając własnemu głosowi, i wyszłam w zapadający zmierzch. Zaczynały spadać pierwsze płatki śniegu.

Pospiesznie wróciłam do Komnaty Smoczego Ognia, sprawdziłam układy przeciwmroźne i rozłożyłam świeże kadzidło Flamequell.

Ledwie skończyłam, gdy usłyszałam jego buty na korytarzu. Odprawił strażników, zostawiając nas samych, a ja trzymałam wzrok spuszczony, kiedy podszedł do łóżka i ciężko usiadł na jego brzegu.

Wyglądał na wyczerpanego — ramiona miał sztywne od napięcia, a szczękę wciąż zaciśniętą. W migotliwym świetle wydawał się niemal bezbronny, choć wiedziałam lepiej. Cokolwiek zaszło z Lydią, najwyraźniej nie poszło dobrze.

Siedział w milczeniu przez długą chwilę, złote oczy utkwione w jakimś odległym punkcie, po czym uniósł głowę i spojrzał prosto na mnie. Jego głos był niski i szorstki ze zmęczenia.

— Chodź tu — powiedział i wskazał misternie wykonane zapięcia swoich ceremonialnych szat. — Rozbierz mnie na noc.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział