Rozdział 6
Punkt widzenia Liny
Klęczałam u stóp Augustusa, a ręce drżały mi, gdy sięgałam do zapięć jego czarno-złotej smoczej szaty; ciężka tkanina szeptała pod palcami w przygaszonym migotaniu komnatowych świec. Wzrok trzymałam utkwiony w podłodze, ostrożna, by nie spotkać się z jego złotymi, szczelinowymi źrenicami, kiedy uwalniałam pierwszą klamrę. Stał nade mną nieruchomo, potężna obecność wypełniająca Komnatę Smoczego Ognia ledwie wyczuwalnym zapachem dymu i roztopionego metalu.
Palce plątały mi się przy zapięciu pod szyją; metal był chłodny i misterny pod dotykiem, lecz gdy pociągnęłam, by je odpiąć, knykciem przypadkiem musnęłam jego dolną wargę — ulotnie, ledwo zauważalnie. Augustus zesztywniał, całe ciało napięło mu się jak struna, i nim zdołałam zareagować, jego dłoń strzeliła na tył mojej szyi, szarpnięciem podciągając mnie w górę, a jego usta spadły na moje w miażdżącym pocałunku, smakującym popiołem i surowym głodem. Wzbierała we mnie panika; odruchowo odwróciłam głowę, zrywając kontakt.
Jego złote oczy zwęziły się do niebezpiecznych szparek, źrenice ściągnęły się w cienkie linie, lśniące ledwie powstrzymaną furią, a z gardła wydobył mu się głęboki pomruk drgający w powietrzu. — Unikasz mnie? — warknął, głosem niskim, naznaczonym groźbą, a uścisk zacisnął na tyle, by puls zaczął mi łomotać pod jego palcami. Pokręciłam gorączkowo głową. — Nie, Wasza Wysokość — wyjąkałam, choć strach wykrzywił mi twarz, oczy miałam szeroko otwarte i zdradzały każdy gram przerażenia, podczas gdy powietrze wokół niego zaczęło gęstnieć od gorąca; jego skóra promieniowała nienaturalnym ciepłem, które sprawiło, że lodowe układy mrozu w komnacie zaniepokojone zafalowały.
— Kłamiesz — warknął, chwytając mnie za kołnierz mojej prostej tuniki niewolnicy i jednym brutalnym ruchem wlokąc ku łóżku; siła szarpnięcia przeciągnęła mi stopy po kamiennej posadzce, a pokój zawirował. Wepchnął mnie na krawędź materaca, lodowy jedwab był chłodny pod moimi plecami, i przygwoździł mi nad głową nadgarstki jedną ogromną dłonią; jego ciało zawisło nade mną, całkowicie mnie zamykając w potrzasku. Jego oczy stały się teraz w pełni pionowe, po szyi i szczęce przetoczyły się czarno-złote łuski, paznokcie wydłużyły się w ostre, czarne szpony, które nakłuły mi skórę, a fala smoczego naporu uderzyła we mnie, zgniatając mi powietrze w płucach i sprawiając, że kończyny zaczęły mi niekontrolowanie drżeć.
Wolną ręką szarpnął za moją tunikę; materiał rozdarł się z ostrym trzaskiem, odsłaniając skórę na przeciąg w komnacie, a jego usta spłynęły na moją szyję i obojczyk pocałunkami, które parzyły jak żar — każdy zostawiał smugę piekącego ciepła, od którego łapałam oddech z bólu i trwogi. Uderzyło mnie olśnienie zimne jak lodowata woda — zamierzał mnie tu naznaczyć, przywłaszczyć sobie i na zawsze przywiązać do tej fortecy, rozdzierając moim wyrokiem swobody każdy skrawek wolności.
— Wasza Wysokość, litości! Proszę, niech mnie pan puści! — krzyczałam, miotając się pod nim dziko; nogi kopały, ciało wyginało się w rozpaczliwym oporze, a jego pomruk pogłębił się w dziki warkot, szpony muskając lekko mój nagi pas i rozniecając iskry niechcianych doznań pośród przerażenia.
Ryknął — zwierzęcy dźwięk, od którego zatrzęsły się słupki łóżka — a jego dłoń rozdarła tunikę jeszcze bardziej, kiedy przycisnął mnie mocniej; jego żar otulił mnie jak piec, lecz w ślepej panice rzuciłam się do przodu i wbiłam zęby w jego ramię, czując na języku sól i żelazo, gdy odskoczył z sykiem bólu. Wyrwałam się, zeskoczyłam z łóżka i popędziłam do drzwi; podarte ubranie łopotało mi przy ciele, serce tłukło się tak mocno, a rosnąca temperatura komnaty przypalała powietrze za moimi plecami.
Ogłuszający smoczy ryk wyrwał się z jego gardła, gdy ruszył za mną; pazury zahaczyły o tył mojej zniszczonej tuniki tuż przed drzwiami i szarpnęły mnie do tyłu. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak z jego nozdrzy migoczą płomienie, a żar w komnacie skacze do nie do zniesienia; jego plecy wygięły się łukiem, gdy zaczęły się ucieleśniać mroczne, czarno-złote skrzydła, a łuski błyskawicznie rozpełzały mu się po skórze.
Rozpacz rozszarpała mnie od środka — znów krzyknęłam, drapiąc go po ramieniu, całym sobą walcząc o ucieczkę — kiedy z zewnątrz huknął głos Selasa. „Wasza Wysokość, przywódca Shadow Conclave, Moros Nightfeather, prosi o audiencję — pilne wieści graniczne z Eastern Reach!”
Ciężkie drzwi rozwarły się, a w nich stał Moros w czarnych szatach haftowanych piórami; jego bursztynowe, krucze oczy prześlizgnęły się po moim roztrzęsionym stanie, bez mrugnięcia obejmując wzrokiem podarte ubranie i mój urywany oddech.
Augustus znieruchomiał, ryk urwał mu się w pół wdechu; łuski cofnęły się z jego szyi, gdy zmusił smoczą postać, by ustąpiła, skrzydła rozpuściły się w cieniu, a jego złote oczy powoli wróciły do normalności, kiedy brał głębokie, poszarpane wdechy, próbując stłumić szalejący w nim żywioł ognia. Odepchnął mnie, puszczając, po czym wyprostował szatę, odzyskując cesarski majestat; powietrze stopniowo stygło, gdy warknął: „Co jest?”
Moros podszedł gładko, ustawiając się tak, by zasłonić mnie przed wzrokiem, a jego głos był spokojny i wyważony. „Panie, na wschodniej granicy narasta niepokój. Potrzebujemy pańskiej pilnej decyzji.”
Szczęka Augusta zacisnęła się, a jego spojrzenie zatrzymało się na mnie na palącą chwilę, po czym warknął do strażników: „Przynieście beczkę lodowatej wody.” Odwrócił się do mnie; jego głos był arktyczny. „Wynieś ją przed salę i trzymaj w górze — nie opuszczaj, dopóki nie powiem.”
Strażnicy wtaszczyli ogromną żelazną beczkę po brzegi wypełnioną lodowatą wodą i bryłami lodu; sam ciężar sprawił, że rozbolały mnie ramiona, gdy uniosłam ją drżącymi kończynami i chwiejnym krokiem wyszłam na kamienne schody, gdzie zapadła noc, a śnieg zaczął wirować w kłujących podmuchach. Zimno natychmiast przeniknęło przez moje podarte ubranie; chłód beczki w kilka minut zdrętwił moje oszronione bliznami dłonie, woda przy każdym drgnięciu chlapała mi na skórę, zamieniając dreszcze w gwałtowne wstrząsy, gdy wiatr wył pośród murów obronnych.
Selas podszedł bliżej; w jego bursztynowych oczach czaiła się cicha troska, gdy omiatał wzrokiem moje siniaki i rozgardiasz. „Lina, co tym razem zrobiłaś, że go rozgniewałaś?” Przechyliłam głowę, by czytać z jego ust tym dobrym uchem, i tylko bezgłośnie pokręciłam głową; ramiona trzęsły mi się pod ciężarem.
Westchnął, zaczynając odpinać płaszcz, ale zawahał się na widok beczki i z żalem cofnął dłoń. „Wytrzymaj jeszcze chwilę — znajdę sposób, żeby ci pomóc.”
Godziny w śniegu ciągnęły się bez końca, mięśnie wrzeszczały, a obraz zamazywał mi się od wyczerpania, aż z komnaty wyszedł Moros, a Selas rzucił się do przodu. „Panie Moros, mógłby pan uprosić Jego Wysokość? Lina, ona—” Moros uniósł dłoń, uciszając go; jego krucze oczy zatrzasnęły się na moich. „Jego Wysokość pozwala jej odejść.”
Selas wypuścił powietrze z ulgą i sięgnął po beczkę, lecz Moros był szybszy; jego smukłe palce bez wysiłku zacisnęły się na krawędzi i odstawił ją z głuchym łomotem. Ból eksplodował w moich zdrętwiałych ramionach, gdy ulga mnie zalała; ciało zakołysało mi się, aż jego pewna dłoń złapała mnie za łokieć. Jego bursztynowe spojrzenie przebiło moje z napiętą uwagą, po czym w mojej głowie zabrzmiał wyraźny głos — jego telepatyczne połączenie splotło się bezszelestnie: „Właśnie wraca. Za dwa dni spotka się z tobą osobiście za bramami.”
Gwałtownie uniosłam głowę; szok i krucha nadzieja walczyły na mojej zamarzniętej twarzy, kiedy sens tych słów do mnie dotarł. Moros narzucił na moje ramiona płaszcz Selasa, a potem zniknął w wirującym śniegu. Ściskając materiał kurczowo, poczułam, jak w piersi rozpala się zaciekły żar — nie zapomniał naszej przysięgi; przyjdzie po mnie.
