Rozdział 7
Z perspektywy Liny
Wlokłam swoje zmarznięte ciało z powrotem do swoich kwater — ciasnej izdebki zimnej jak grobowiec, z wiadrem wody w kącie, na którym zaciągnęła się gruba tafla lodu. Każdy mięsień wrzeszczał ze zmęczenia, dłonie poorane odmrożeniami pulsowały nieustępliwym bólem, a ja osunęłam się na cienki siennik ze słomy, obejmując się ramionami, gdy wiatr zawył w szparach między kamieniami.
Ciche pukanie postawiło mnie na równe nogi; do środka wsunął się chłopak służebny niskiej rangi, niosąc zawiniątko w płótnie i mały gliniany słoiczek, który postawił na podłodze z nerwowym ukłonem.
— Od dowódcy straży Selasa, panienko — szepnął i czym prędzej umknął, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Rozwinęłam pakunek i znalazłam rozgrzany kamień, wciąż promieniujący błogosławionym ciepłem, a w słoiczku — gęstą maść o ziołowym zapachu, ledwie wyczuwalnie pachnącą śnieżnym lotosem. Oczy zapiekły mnie od niewylanych łez, gdy pomyślałam o cichej życzliwości Selasa, o zagadkowym zapewnieniu Morosa, o nim — tym, który obiecał czekać za Bramą Burz. Rozsmarowałam maść na obolałych, popękanych kostkach, szepcząc do siebie jak modlitwę:
— Jeszcze tylko dwa dni... tylko dwa dni i będę wolna.
Obudziłam się przed świtem i narzuciłam swój wytarty płaszcz, a mój oddech zamieniał się w mgiełkę w lodowatym powietrzu, gdy skradałam się przez ciche korytarze. Śnieg padał całą noc bez przerwy, okrywając blanki nieskazitelną bielą, i ruszyłam ku najgłębszym zakątkom twierdzy, gdzie starożytne Święte Źródła skrywały się pod sklepieniem oszronionych sosen.
Taki był zwyczaj — przy pierwszym śniegu pierwsza osoba, która wypowie życzenie przy Świętych Źródłach, otrzyma spełnienie pragnienia serca. Przychodziłam tu co roku przez ostatnie dziesięć lat, zawsze z nadzieją, zawsze modląc się o te same proste rzeczy: wolność, bezpieczeństwo. Uważnie sprawdziłam śnieg; serce uniosło mi się, gdy zobaczyłam, że gładkiej powierzchni nie szpecą żadne ślady, i podeszłam do sadzawki, gdzie woda bulgotała, wypływając z głębi ziemi.
Wyjęłam z kieszeni małą miedzianą monetę i zamknęłam ją między dłońmi, przymykając oczy, kiedy szeptem wypowiedziałam życzenie w ciszę. Wrzuciłam monetę do źródła, patrząc, jak znika w wodzie z cichym plusknięciem.
Podniosłam wzrok na odległy horyzont za murami twierdzy; w piersi ścisnęło mnie słodko-gorzkie kłucie, gdy pomyślałam o matce — kruchej i samotnej, czekającej na córkę, którą zabrano jej tak dawno temu.
— Mamo — wyszeptałam. — Jeszcze tylko dwa dni... wracam do domu.
Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem w stronę zamku; moje kroki były jedynymi śladami na świeżym śniegu, po czym zniknęłam w wirujących zawiejach.
Z perspektywy Augustusa
Stałem nieruchomo w odległym sosnowym zagajniku, a gałęzie oblepione szronem tworzyły naturalną zasłonę, gdy patrzyłem, jak klęka przy Świętych Źródłach. Magiczna więź między prastarym źródłem a moją linią krwi pozwalała mi usłyszeć każde słowo, które wyszeptała — jej głos drżał kruchą nadzieją, co skręcało mi się w piersi jak ostrze.
„Wolność… bezpieczeństwo…”
Te słowa odbijały się echem w mojej głowie, proste i druzgocące, a we mnie wezbrała fala furii tak gwałtownej, że poczułem, jak smoczy ogień burzy mi się w żyłach. Dziesięć lat. Przychodziła tu co roku przez dziesięć lat i za każdym, każdym razem życzyła sobie tego samego — żeby odejść. Żeby uciec. Żeby porzucić tę fortecę, porzucić mnie, jakby dekada spędzona w mojej służbie nie znaczyła nic.
Chciała wolności? Nigdy bym jej jej nie dał. Sama myśl, że przechodzi przez Bramę Burz, że znika w świecie poza moim zasięgiem, napełniała mnie pierwotnym gniewem, od którego obraz rozmazywał mi się na brzegach na czerwono, i zmusiłem się do głębokiego, drżącego wdechu, ze szczęką zaciśniętą tak mocno, że aż rozbolały mnie zęby.
Patrzyłem, jak wstaje i odwraca się, a jej kroki giną w śniegu, i na moje wargi wpełzł chłodny, gorzki uśmiech, gdy wyszedłem z cieni, zwężając złote oczy z drapieżnym zamiarem. Jeszcze dwa dni — wyszeptała. Jakże pięknie naiwna. Jakże tragicznie w błędzie.
Później tego popołudnia skierowałem się do komnat byłej Smoczej Królowej; ciężki zapach leczniczych ziół wisiał gęsto w powietrzu, kiedy pchnąłem rzeźbione drzwi. Leżała podparta jedwabnymi poduszkami, blada i wyniszczona chorobą, i uniosła na mnie wzrok tymi ostrymi, wyrachowanymi oczami, które niegdyś rządziły dworem.
— Wasza Wysokość — wymamrotała Eleanor ochrypłym głosem, a ja podszedłem do jej łoża wyważonym krokiem, odbierając z rąk służącego porcelanową miseczkę z lekarstwem i odprawiając służbę krótkim gestem.
Uklęknąłem przy niej, obraz synowskiego oddania, i podniosłem miseczkę do jej ust, dmuchając lekko na parujący płyn, by go ostudzić, zanim ostrożnie przechyliłem ją tak, żeby mogła upić łyk. — Pij — powiedziałem cicho, tonem ciepłym i troskliwym, a ona posłuchała; jej spojrzenie nie opuszczało mojej twarzy, gdy otarłem jedwabną chustką kącik jej ust i podałem jej kawałek kandyzowanego imbiru.
Poruszyła się na poduszkach. — Słyszałam, że Moros Nightfeather przyszedł do ciebie późno wczoraj w nocy. Czy znów są kłopoty na wschodniej granicy?
Zastygłem na najkrótszą chwilę, dłoń znieruchomiała mi, gdy odstawiałem miseczkę, po czym wyprostowałem się, a moja twarz wygładziła się w maskę lodowatej obojętności. Cisza rozciągnęła się między nami, ciężka i napięta, aż wreszcie przemówiłem płasko. — To był jedynie rutynowy raport wojskowy. Nic, co powinno cię zajmować, Matko. Skup się na powrocie do zdrowia.
— Wybacz mi. Wtrącam się — wyszeptała, a w jej głosie brzmiał strach, gdy cofnęła się w poduszki. Wyciągnąłem rękę i poprawiłem jej koce z umyślną delikatnością, choć drgnęła na mój dotyk. — Odpocznij teraz — powiedziałem cicho, a ona natychmiast zamknęła oczy, wciąż blada.
