Rozdział 3
POV Raveny
W chwili, gdy te słowa wyszły z jego ust, w pokoju zapadła cisza jak makiem zasiał. Nikt się nie poruszył, nawet Garrick.
Lucien to ważył. Ważył mnie.
Bo w naszym świecie, kiedy wilk wysokiej rangi odrzuca więź, ten, kto zostaje, niesie na barkach niewyobrażalny ból. Odrzucenie roztrzaskiwało człowieka na kawałki. Widziałam Omegi, które od tego dostawały obłędu, wojowników rozsypujących się jak domek z kart, i uzdrowicieli tracących siłę w rękach. To nie było tylko złamane serce — to była powolna, bolesna śmierć od środka.
Lucien o tym wiedział.
I mimo to rozważał, żeby to zrobić.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Garrick wybuchł.
— Ty niewdzięczna dziewucho! — syknął, waląc dłonią w bok swojego wózka. — Jak śmiesz w tym domu mówić o rozwodzie? Czy ty w ogóle wiesz, co ty wygadujesz?
— Wiem dokładnie, co mówię — odpowiedziałam.
— Zginiesz tam, na zewnątrz! Jak cię odrzucą, żaden klan cię nie przyjmie. Będziesz nikim. Będziesz się czołgać, będziesz błagać, a i tak nie wpuszczą odrzuconej Luny na swoją ziemię.
Astrid zrobiła krok do przodu, głos miała łagodniejszy, ale aż kapało od udanej litości.
— Czy ty naprawdę rozumiesz, co znaczy odrzucenie, Ravena? Wyglądasz na silną, ale taki ból... łamie nawet najtwardsze wilki.
Powoli odwróciłam głowę i spojrzałam jej prosto w oczy.
— Masz rację. Łamie wielu.
Czekała, pewna, że ustąpię.
Zamiast tego uśmiechnęłam się.
— Ale nie mnie.
Oczy Astrid zwęziły się w wąskie szparki.
— Nigdy nie byłam stworzona do bycia miękką — dodałam. — Byłam stworzona, żeby przeżyć.
Lucien wypuścił zimne, kpiące powietrze.
— Teraz tak mówisz. Ale kiedy cię to uderzy, polecisz jak reszta.
— Wolę upaść z podniesioną głową, niż siedzieć tu na łańcuchu.
— Myślisz, że duma cię ogrzeje, kiedy będziesz sama w lesie i będziesz żebrać o jedzenie? — zapytał, podchodząc do mnie. — Myślisz, że cię utrzyma, kiedy przyjdzie ból, a na twoje wołanie nikt nie odpowie?
Nie cofnęłam się ani o krok.
— Myślę, że wolę cierpieć w prawdzie, niż żyć w twoim kłamstwie.
— Powiedz mi — powiedział wolno, krążąc wokół mnie — dokąd ty niby pójdziesz po tym wszystkim? Jaki klan zechce odrzuconą kobietę, która już nosiła koronę Luny? Żaden Alfa cię nie tknie. Żaden wojownik nie odważy się ciebie ogłosić swoją. Będziesz trucizną.
Przełknęłam gulę w gardle — nie ze strachu, tylko ze złości.
— Mówisz o mnie, jakbym była ciężarem. A prawda jest taka, że to ty się boisz.
Lucien się zatrzymał.
— Boję?
— Wiesz, że to ja postawiłam ten dom, kiedy ciebie nie było. Wiesz, że to ja utrzymałam przy życiu twojego ojca, kiedy nawet uzdrowiciele mówili, że nie ma szans. Wiesz, że to ja trzymałam ten klan w całości, a teraz nienawidzisz tego, że mogę odejść i wciąż stać prosto.
— Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie.
— Nie. To ty masz o mnie zbyt niskie.
Wypuścił ostro powietrze, potem pokręcił głową, jakbym była dzieckiem, które nie rozumie, gdzie jego miejsce.
— Nie zgodzę się na rozwód — powiedział. — Nie mogę.
Uniósł mi się lekko łuk brwiowy.
— Nie możesz? Czy nie chcesz?
— Myślę o twojej przyszłości — odparł spokojnie. — Nawet teraz próbuję cię chronić.
To mnie rozśmieszyło. Nie głośno, ale ostro, jakby ktoś przeciął powietrze nożem.
— Chronić? — powtórzyłam. — Wciągając mnie w to upokorzenie? Obnosząc po domu twoją przeznaczoną partnerkę, w domu, który zbudowaliśmy razem? Proponując, że będziesz sypiał z nami dwiema i nazywając to równowagą?
— Daję ci dziecko! To więcej, niż większość by zaoferowała.
— Dajesz sobie dziedzictwo. Nie dajesz mi prezentu.
Lucien nie spuszczał ze mnie wzroku. Ani drgnął. Chciał kontroli. Chciał patrzeć, jak się łamię, zobaczyć dziewczynę, którą kiedyś byłam — cichą, miękką, tę, co czekała przy oknie, aż wróci do domu.
Ale tamtej dziewczyny już nie było.
Zacisnęłam dłonie po bokach.
— Powiedz, czego naprawdę chcesz, Lucien. Chcesz, żebym zniknęła. Chcesz mnie wymazać, żebyś mógł ukoronować swoją nową Lunę. To zrób to.
„Nie wymazuję cię.”
„To czemu chcesz, żebym została?”
„Przecież ci mówiłem…”
„Nie! Odpowiedz mi.”
Patrzył na mnie tylko i nic nie powiedział.
Podeszłam bliżej, teraz już klatka w klatkę, czując jego żar, jego siłę, jego milczenie.
Potem zapytałam, równo i powoli: „Czemu w ogóle obchodzi cię, dokąd pójdę? Przecież chcesz, żebym zniknęła, co?”
Zapadła chwila ciszy. A potem usłyszałam arogancki śmiech.
Astrid oparła się o ramię Luciena, a jedną dłoń położyła lekko na jego przedramieniu, jakby była jej własnością. „Lucien” — przeciągnęła kpiąco — „jesteś stanowczo za dobry. Powinna być wdzięczna. Większość kobiet na jej miejscu już dawno wyleciałaby za drzwi.”
Lucien jej nie odepchnął.
Astrid odwróciła się do mnie z ostrym uśmieszkiem. „Przestań się szarpać i naucz się zachowywać. Masz siedzieć cicho. Masz zostać w watasze i być użyteczna.”
Obraz mi pływał przed oczami, ale nie od łez. Od wściekłości. Czystej, białej, parzącej wściekłości.
„Jak śmiesz” — wyszeptałam.
Ona nawet nie przestała się uśmiechać. „Ten dom już nie jest twój.”
„Straże!” — krzyknęłam.
Trzech z nich wpadło do drzwi, zaskoczonych moim głosem.
Uniósłam rękę i wskazałam na nią palcem. „Zabierzcie ją sprzed moich oczu.”
Astrid wyprostowała się, jakby nie dowierzała. „Słucham?”
„Powiedziałam: wynieście ją” — warknęłam. „Natychmiast. Mam gdzieś, czy jest generałem, czy samą Boginią Księżyca. To wciąż mój dom. Nie wchodzisz do mojego domu, nie szydzisz ze mnie i nie odgrywasz dumnej, małej kochaneczki, która czeka, aż ktoś jej poda koronę.”
Strażnicy zawahali się.
Lucien wypuścił z gardła niski pomruk. „Ravena…”
Nie cofnęłam się ani o krok. „Wynoście ją.”
Twarz Astrid poczerwieniała. Spojrzała na Luciena, czekając, aż wkroczy.
I wkroczył.
Tylko nie tak, jak się spodziewałam.
Podszedł, z oczami pełnymi furii, i stanął naprzeciw jednego ze strażników. Potem uniósł rękę, żeby uderzyć.
„Nie!”
Rzuciłam się i weszłam między nich, łapiąc go za nadgarstek w pół ruchu. Moja dłoń uderzyła o jego, a ja przytrzymałam go całym ciałem, jakbym miała w sobie całą siłę świata.
„Tknij go” — syknęłam przez zaciśnięte zęby — „a sprawię, że popłyniesz krwią, Alpha czy nie.”
„Puść mnie!”
Ale nie ustąpiłam. „Jak śmiesz podnosić rękę na moich ludzi?”
„Znieważył mojego gościa.”
„Wykonywał moje rozkazy” — odpaliłam natychmiast. „A ty zamachnąłeś się na niego tylko dlatego, że nie potrafisz znieść prawdy.”
Jego szczęka stężała.
Wargi Astrid rozchyliły się, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie dałam jej tej satysfakcji.
Odwróciłam się do strażnika, który wyglądał, jakby ledwo łapał oddech.
„Idź” — powiedziałam cicho. „Już.”
Skłonił się szybko i uciekł.
Lucienowi nie posłałam nawet jednego spojrzenia. Po prostu wyszłam z pokoju.
Każdy krok dudnił mi pod stopami jak grzmot. Czułam za plecami napięcie jak nóż przy kręgosłupie, ale nie zatrzymałam się, dopóki nie dotarłam na korytarz. Tam powietrze było chłodniejsze. Spokojniejsze.
Tylko że ja nie byłam spokojna.
Trzęsłam się, ale nie ze strachu. Z decyzji. Z tego ostatniego trzasku, który pękł i złamał we mnie coś do końca.
W swoim pokoju trzasnęłam drzwiami i pozwoliłam, by cisza mnie połknęła. Kiedy usiadłam na skraju łóżka, moja dłoń spoczęła na srebrnym wisiorku na szyi — tym samym, który Lucien dał mi, kiedy mówił, że chce ze mną zbudować życie. To wspomnienie było już tylko pyłem. Jego słowa nie znaczyły nic. Jego lojalność była żartem.
Skoro Lucien nie chciał dać mi sprawiedliwości, znajdę kogoś, kto będzie mógł.
Pójdę do króla.
Nie po to, żeby kłócić się z nim o wybory Luciena — nie. Król był kiedyś moim przyjacielem, jeszcze wtedy, gdy byliśmy młodzi i bez ciężaru tytułów na karku. Nie zamierzałam wyrównywać starych rachunków ani oskarżać go o to, co zaszło między Lucienem a Astrid.
Ale poproszę go o jedną rzecz, której Lucien uparcie mi odmawiał.
O rozwód.
Nie obchodziło mnie, co Lucien ma do powiedzenia.
Niech się dzieje, co chce!
