Rozdział 5

Perspektywa Luciena

Kiedy świętowanie dobiegło końca, osunąłem się na krzesło, a całe ciało wtopiło się w poduszki, jakby chciało zniknąć, kiedy hałas z sali wreszcie ucichł i odpłynął gdzieś w korytarze. Migot świec mignął mi przed oczami, ale myślami byłem daleko stąd. Siedziałem bez ruchu, pozwalając, żeby posmak wina zniknął z ust, i czułem, jak ciężar tej nocy osiada mi na barkach. Myśli, nieproszone, znów wróciły do Raveny.

To, jak kiedyś się uśmiechała, gdy myślała, że nie patrzę. To, jak trzymała się przed watahą — pewna, dumna, prosta jak struna — nawet wtedy, gdy ten ciężar był za duży jak na jedną osobę. Pamiętałem poranki, kiedy czekała na mnie przy stole z ciepłym chlebem w dłoniach, udając, że siedzi tam od zawsze. Pamiętałem noc, kiedy zaśmiała się po raz pierwszy od naszych zaręczyn.

A potem przypomniałem sobie wszystko, co robiłem od tamtej pory. Ostrość słów. Lodowate milczenie. To, jak wprowadziłem Astrid do jej domu, jakby to był mój folwark i jakbym mógł urządzać się w nim, jak mi się żywnie podoba.

Przez krótką chwilę poczułem, jak gryzie mnie poczucie winy. Jej rodzice, bracia, cały ród… zniknęli. Nie zostało jej nic poza tytułem i mężem, który wmówił jej, że jest nikim. Coś mnie ukłuło — coś, czego nie chciałem nazywać. Może byłem okrutny. Może dałoby się… to naprawić.

Obiecałem sobie, że spróbuję. Że będę ją traktował lepiej. Że wynagrodzę jej to, co jej odebrałem.

Ta myśl jeszcze we mnie osiadała, kiedy w drzwi uderzyło twarde, niecierpliwe pukanie.

— Wejść — odparłem, prostując plecy.

Wszedł strażnik, z głową spuszczoną, z zapieczętowanym listem w dłoni. — Od króla, Alfo. Posłaniec mówił, że pilne.

Wziąłem go bez słowa. Palce przełamały woskową pieczęć i w chwili, gdy oczy przebiegły pierwsze linijki, w klatce piersiowej coś mi się ścisnęło.

Król napisał, że zawiodłem — nie jako generał, tylko jako mąż. Że moja pozycja nic nie znaczy, jeśli nie potrafię utrzymać porządku we własnym domu. Że honoru nie mierzy się wyłącznie na polu bitwy.

Zacisnąłem szczękę. Był tylko jeden powód, dla którego król pisałby coś takiego. Tylko jedna osoba mogła nasączyć mu głowę takimi myślami — i tą osobą była Ravena.

Poszła do króla. Za moimi plecami.

Papier zmiął się w mojej pięści. Żar natychmiast rozlał mi się po żyłach, a mój wilk we mnie zaczął krążyć niespokojnie, warcząc, aż skóra na karku spięła mi się od napięcia.

Strażnik wciąż stał, czekając na jakiś znak.

— Wyjdź — rozkazałem, głosem niskim, ale na tyle ostrym, że zesztywniał, po czym skłonił się i wymknął.

Zostałem na miejscu jeszcze przez chwilę, pozwalając, by złość osiadła i zamieniła się w coś zimnego. W głowie odtwarzałem każdy krok, który musiała postawić, każde słowo, którym musiała owinąć króla wokół palca, żeby nastawić go przeciwko mnie. Chciała ze mną walczyć przed tronem. Chciała, żebym wyglądał jak mężczyzna, który nie potrafi zapanować nad własnym domem.

Kiedy wstałem, krzesło zaskrzypiało po podłodze. Moje kroki były równe, niespieszne. Nie zamierzałem wpaść tam jak dureń i robić awanturę. Wejdę jak Alfa. Ale w środku ogień już buchał wysoko.

Mijałem służbę, która spuszczała wzrok, wyczuwając napięcie ciągnące się za mną jak cień. Zaciskałem i rozluźniałem dłonie przy bokach — nie z nerwów, tylko z potrzeby, żeby utrzymać kontrolę.

Kiedy dotarłem do wschodniego skrzydła, przy klatce schodowej stało dwóch strażników. Jeden wyprostował się nerwowo, gdy podszedłem.

— Gdzie ona jest? — zapytałem spokojnie, choć powietrze między nami zgęstniało.

Młodszy zawahał się. — Alfo, ona właśnie wróciła parę…

— Gdzie poszła?

— Poszła do watahy Korony Przesilenia.

Nie musiałem słyszeć reszty. List w mojej dłoni, słowa króla — wszystko układało się w jedną, paskudnie logiczną całość.

Podszedłem bliżej, mój cień przykrył strażnika tak, że poruszył się niespokojnie pod moim spojrzeniem. Oczy uciekły mu w bok, ale ja ani drgnąłem.

„Widziałeś, jak wyszła?”

„Tak, Alfa.”

„To powiedz mi” — powiedziałem wolno, każde słowo odmierzone — „gdzie ona jest teraz?”

„W swoich komnatach.”

Tyle mi wystarczyło. Nie traciłem już tchu na gadanie. Moje buty z hukiem uderzały o kamienną posadzkę, a dźwięk niósł się echem po korytarzu, kiedy szedłem do niej.

Nie fatygowałem się pukaniem. Popchnąłem drzwi i zastałem ją tam, przy oknie, siedzącą z uniesioną głową, jakby na mnie czekała. Jej oczy spotkały moje — spokojne, czujne — ale było coś w tym, że nawet nie drgnęła, co tylko podkręciło moją wściekłość.

„Powiedz mi” — rzuciłem, wchodząc do środka — „poszłaś do króla?”

Ściągnęła brwi. „Po co miałabym iść do króla?”

„Nie rób ze mnie wariata, Ravena. Poszłaś do niego, żeby cofnął rozkaz, żebym poślubił Astrid?”

Rozchyliła usta ze zdziwienia, po czym wykrzywiły się w coś, co niemal wyglądało jak obrzydzenie. „Nigdy bym tego nie zrobiła.”

Zaśmiałem się krótko, sucho. „Mam ci w to uwierzyć?”

„Nie obchodzi mnie, w co wierzysz. Ja nie łażę do królów prosić o ochłapy, Lucien.”

Kącik moich ust drgnął, ale to nie był uśmiech. W środku moje myśli były zimniejsze niż lód, aż w klatce robiło się pusto. Jeszcze przed chwilą byłem na tyle głupi, żeby pomyśleć, że zasługuje na coś lepszego ode mnie. Że może byłem dla niej zbyt twardy. Ale stojąc tu i słysząc jej głos, wiedziałem już swoje. Taka kobieta nie była warta mojej łagodności. Nie była warta nawet jednego włosa Astrid.

„Kłamstwa” — powiedziałem płasko. — „Każde słowo z twoich ust to kłamstwo.”

„Myśl sobie, co chcesz. Nie zniżę się do tego, żeby cię przekonywać.”

Z gardła wyrwał mi się warkot, zanim zdążyłem go zdusić. „Od dziś masz siedzieć w tylnym dziedzińcu. Nie wyjdziesz stamtąd, jeśli ci nie pozwolę. Nigdy więcej nie postawię nogi w twoim pokoju. I możesz zapomnieć, że kiedykolwiek będziesz nosić moje dzieci.”

Jej oczy się rozszerzyły, ale nie z bólu. Z ognia. „Dobrze. Nie chciałabym dziecka, które dorasta, ucząc się od takiego mężczyzny jak ty.”

To zabolało — ostro, głęboko — ale nie dałem tego po sobie poznać. Zrobiłem krok bliżej, aż powietrze między nami napięło się jak postronka. „Uważaj, Ravena.”

„Nie” — warknęła, wstając tak, że stanęliśmy niemal klatka w klatkę. — „To ty uważaj. Wchodzisz do mojego pokoju i rzucasz rozkazy, jakbym była jednym z twoich żołnierzy, a straciłeś prawo, żeby mną rządzić w tej samej chwili, kiedy sprowadziłeś ją do tego domu.”

Patrzyłem na nią z góry, mięsień na szczęce twardniał i ciągnął, jakby miał pęknąć. „Jestem twoim Alfą.”

„Jesteś moim mężem i zawaliłeś to na długo, zanim ja przestałam się starać.”

Zanim pomyślałem, moja dłoń zacisnęła się na jej ramieniu i szarpnąłem ją do siebie tak mocno, że się potknęła i omal nie przeleciała przez pół pokoju.

Wstrzymała oddech, ale nie krzyknęła. Patrzyła na mnie, jakbym był tylko kolejnym wrogiem, którego trzeba przetrwać.

„Wynoś się” — syknęła, a jej głos drżał od furii. — „Wynoś się z mojego pokoju, Lucien.”

Zamiast puścić, zacisnąłem chwyt mocniej. „Myślisz, że możesz mi mówić, co mam robić?”

Odepchnęła mnie wolną dłonią od klatki piersiowej. „Myślę, że powinieneś wyjść, zanim sprawię, że pożałujesz, że zostałeś.”

To wyrwało ze mnie mroczniejszy śmiech. „Już i tak sporo żałujesz.”

„Nie tak bardzo, jak ty będziesz.”

Pochyliłem się, twarz miałem na tyle blisko, że czułem ciepło jej oddechu. „Wystawiasz mnie na próbę, Ravena.”

„Nie boję się ciebie.”

Widziałem prawdę w jej oczach. Nie kłamała. I jakoś właśnie to rozwścieczyło mnie jeszcze bardziej. Moja dłoń napięła się na jej ramieniu, a głos zszedł mi tak nisko, że brzmiał jak warczenie.

„Jak śmiesz?”

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział