Rozdział 7
POV Raveny
Staliśmy na skraju placu treningowego, otoczeni głosami członków watahy, wszyscy spragnieni widowiska.
Lucien rozciągnął ramiona, zakręcił barkami z tym swoim spokojnym, lodowatym poczuciem pewności, które zawsze nosił jak zbroję. „Poddaj się szybko, Raveno. Zrób to teraz i oszczędź sobie wstydu. Bo inaczej cię złamię — i nie będzie delikatnie.”
„Przestań gadać i wchodź do kręgu, Lucien. Mam dość twoich gróźb.”
Po tłumie przeszedł pomruk. Jedni aż wciągnęli powietrze, słysząc moje słowa, inni zakrzyczeli głośniej, podekscytowani moją bezczelnością.
Weszliśmy do wyznaczonego koła i stanęliśmy naprzeciw siebie. Wtedy sędzia uniósł rękę i przez chwilę wszystko zamarło — ciszę rozcinało tylko trzaskające napięcie między nami.
„Zaczynać!”
Od razu ruszyłam do przodu, stopy waliły w ziemię twardo. Zanim Lucien zdążył zareagować, mój pięść wylądowała na jego szczęce, a dźwięk uderzenia poniósł się jak grzmot.
Z tłumu wyrwały się okrzyki. Lucien zachwiał się, cofając. Na jego twarzy pojawił się szok, po czym zacisnął zęby i się ustabilizował. „Jak ty śmiesz” — warknął, a głos miał gęsty od wściekłości.
„Trzymaj fason, Alfo” — zakpiłam. „Wszyscy się na ciebie patrzą.”
Rzucił się na mnie, zamachnął się, ale zdążyłam zejść w dół i skręcić w bok, więc jego pięść świsnęła obok. Zaraz potem wpakowałam mu mocny łokieć w żebra, aż jęknął. Jego oczy pociemniały, ale nie odpuściłam. Cios za ciosem, cały czas w ruchu — szybciej, niż się spodziewał.
Doping narastał. Jedni skandowali jego imię, inni moje. Kurz wirował wokół nas, gdy krążyliśmy, uderzając i unikając.
Oddech Luciena stał się cięższy, poszarpany. Zamachnął się znowu, desperacko próbując odzyskać kontrolę, ale moja stopa zahaczyła o jego nogę i wycięła mu ją spod niego. Runął na ziemię z tępym hukiem, aż powietrze zadrżało. Tłum eksplodował wrzawą — dziką, ogłuszającą.
Przez jedno uderzenie serca zapadła cisza. Lucien leżał plackiem na ziemi, a jego ego zostało zgniecione na oczach watahy, którą chciał rządzić.
Cofnęłam się o krok, oddychałam równo, nie spuszczałam z niego wzroku. W środku aż mi brzęczało od triumfu, ale nie uśmiechnęłam się. Chciałam, żeby zobaczył, że to nie był fart. To była siła.
Ciszę przerwał dźwięk kół szurających po kamiennej alejce. Pojawiła się Astrid, pchając przed sobą Garricka na wózku. Oczy starego Alfy płonęły furią, gdy wyciągnął w moją stronę drżącą dłoń.
„Bezczelna dziewucho!” — splunął Garrick, a jego głos poniósł się echem. „Śmiesz upokorzyć Alfę przed jego własną watahą?”
Astrid pochyliła się do niego, mówiąc na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli. „Musiała użyć sztuczek. Nie ma mowy, żeby wygrała z nim uczciwie.”
„Sztuczek? Wszyscy to widzieliście. Nie użyłam niczego poza własnymi rękami. Wasz Alfa przegrał, bo nie nadążał za mną.”
Tłum się poruszył. Jedni przytaknęli, krzycząc po mojej stronie. Inni marszczyli brwi, niepewni, czy mają wierzyć oczom, czy lojalności.
Lucien podniósł się, twarz miał bladą od gniewu, ale nie powiedział ani słowa. Stanął za ojcem, znów milczący, pozwalając, by to starzec mówił za niego.
„Przynosisz wstyd tej rodzinie, Raveno” — syknął Garrick. „Przynosisz wstyd tej watasze. Zapomniałaś, gdzie twoje miejsce.”
„Moje miejsce?” — powtórzyłam głośno. „Moje miejsce jest tam, gdzie ja zdecyduję. Nie tam, gdzie próbujecie mnie zamknąć. Dzisiaj zobaczyli prawdę. Ich Luna nie jest słaba.”
Wyraz twarzy Garricka pociemniał tak, że wyglądało, jakby żyły na jego szyi miały za chwilę pęknąć. „Jesteś niczym innym jak przekleństwem. I któregoś dnia ta twoja jadaczka wciągnie cię prosto do grobu.”
Podeszłam bliżej, aż stanęłam o krok od niego, a mój cień padł na krzesło. „To niech mnie wciągnie. Wolę umrzeć z podniesioną głową, niż żyć, bijąc ci pokłony u stóp.”
Po tłumie przeszedł szmer, ktoś aż sapnął z wrażenia. Wiedziałam, że przekroczyłam granicę, ale nie było już odwrotu. Dłoń Garricka walnęła w podłokietnik. „Straże! Brać ją! Zamknąć w jej pokoju. Zakazuję jej postawić choćby stopę poza próg.”
Dwóch strażników ruszyło ku mnie pośpiesznie, z napiętymi twarzami i dłońmi zaciśniętymi na drzewcach włóczni. Tłum cofnął się, robiąc im przejście, a szepty i urwane komentarze narastały jak burza.
Obnażyłam zęby; moja wilczyca drapała od środka, aż chciała się wyrwać na zewnątrz, ale mój głos przebił ich wszystkich. „Łamiesz dane słowo!” wrzasnęłam. „Przysięgałeś przed tą watahą, że dasz mi uczciwą szansę. To nic innego jak tchórzostwo!” Moje oczy pomknęły do Luciena, który stał nieruchomo za plecami ojca. „A ty… ty jesteś największym tchórzem ze wszystkich. Udajesz odważnego, a nawet nie potrafisz się do tego przyznać!”
Szczęka Luciena stężała, dłonie zacisnęły mu się w pięści, ale nie powiedział ani słowa.
Nagle strażnicy złapali mnie brutalnie za ramiona. Szarpnęłam się, próbując się wyrwać, lecz drugi wkroczył, popychając mnie do przodu. Tłum patrzył w ciszy, jak wleką mnie przez salę i w dół korytarza.
„Puśćcie mnie!” krzyknęłam, wyrywając się z ich uścisku. „Jestem waszą Luną! Nie jest wam wstyd ciągnąć mnie jak jakąś przestępczynię?”
Nie odpowiedzieli. Kiedy wreszcie dotarli do moich komnat, wepchnęli mnie do środka z taką siłą, że bark uderzył mnie o kant framugi. Utrzymałam równowagę, nim runęłam na podłogę. Ciężkie drzwi trzasnęły, a zamek szczęknął głucho.
Od razu dopadłam drzwi i zaczęłam walić pięściami w drewno. „Otworzyć! Słyszycie mnie? Wypuśćcie mnie natychmiast!” Mój głos odbił się echem, wypełniając pokój, ale nikt nie odpowiedział. Uderzałam raz za razem, aż dłonie zaczęły mnie piec i pulsować bólem.
„Wyważ je,” ponagliła w mojej głowie Lisa, moja wilczyca. „Nie pozwól im nas zamknąć w klatce. Jesteśmy silniejsze niż te drzwi.”
Oparłam czoło o drewno, dysząc ciężko. Każda cząstka mnie chciała jej posłuchać. Nogi napięły mi się, gotowe roztrzaskać framugę i przedrzeć się na wolność. Ale gdzieś w tyle umysłu odezwał się rozsądek — cichy, uparty szept. Jeśli teraz się wyrwę, nazwą mnie zdrajczynią. Przekręcą to na bunt, a wataha uwierzy, że ich zhańbiłam.
„Nie,” wyszeptałam do wilczycy. „Jeszcze nie. To tylko da im dokładnie to, czego chcą.”
Odsunęłam się i rozejrzałam po pokoju. Ściany zdawały się bliższe niż kiedykolwiek, powietrze było ciężkie, stęchłe. Zaciskałam i rozluźniałam dłonie przy bokach, chodząc tam i z powrotem. Nie mogłam im pozwolić wygrać. Nie w ten sposób.
Cisza napierała na mnie ze wszystkich stron, przerywana jedynie przytłumionymi głosami strażników stojących na zewnątrz. Wytężałam słuch, ale ich słowa były zbyt niewyraźne, by cokolwiek z nich zrozumieć.
Usiadłam na skraju łóżka i wpatrywałam się w okno z kratami. Moja wilczyca krążyła we mnie niespokojnie, ponaglając, żebym coś zrobiła. A jednak jedyne, co mogłam teraz zrobić, to czekać.
Czekać na jedynego, którego słowo wciąż ważyło więcej niż Garricka. Na króla.
Gorzki śmiech wyrwał mi się z ust i odbił echem w pustym pokoju. „Czy on przyjdzie?” zapytałam sama siebie cicho. Palce wbiły mi się w koc pod dłonią. „Czy zdążą przekręcić prawdę, zanim dotrze do jego uszu?”
