Rozdział 2 ROZDZIAŁ 2
Punkt widzenia Amary
Pierwszy oddech, jaki wzięłam w tym nowym ciele, był jak przełykanie tłuczonego szkła.
Otworzyłam oczy z impetem i sapnęłam, dławiąc się powietrzem, które smakowało… źle. Wszystko było nie tak. Moje kończyny wydawały się zbyt lekkie, zbyt słabe. Serce zająknęło mi się w piersi jak dogasająca świeca. Sufit nade mną był obcy — ciemne drewno i kamień zamiast plecionych gałęzi naszego sabatowego domu.
Gdzie ja jestem?
— Ona się obudziła! — wrzasnął jakiś głos gdzieś po mojej lewej.
Kroki popędziły w moją stronę. Dłonie przycisnęły mi czoło, nadgarstek, klatkę piersiową. Próbowałam je odepchnąć, ale moje ręce nie słuchały. Jakby należały do kogoś innego.
— Niemożliwe — wyszeptał drugi głos. — Była martwa. Sama sprawdzałam. Nie było pulsu.
— Bogini Księżyca ją pobłogosławiła — powiedział pierwszy głos, drżący z zachwytu. — Została przywrócona.
Nie. Nie przywrócona.
Odrodzona.
Wspomnienie uderzyło we mnie jak fala. Amulet. Elara wciskająca mi go w dłoń, gdy umierała. Starożytna magia, którą nasi przodkowie w niego wpletli; zaklęcie obiecujące drugą szansę duszy, która trzyma go w ostatniej chwili.
Umarłam, ściskając ten amulet. A teraz byłam tutaj.
Tylko gdzie to „tutaj”? I w czyim ciele utknęłam?
— Oktavio, słyszysz mnie? — kobieta pochyliła się nade mną. Miała szaty uzdrowicielki, a jej twarz była poorana wiekiem i troską. — Mrugnij, jeśli rozumiesz.
Oktavia. Tak miało na imię to ciało.
Mrugnęłam. Na twarzy uzdrowicielki rozlała się ulga. — Dzięki Ci, Bogini. Myśleliśmy, że cię straciliśmy. Ta trucizna była tak silna.
Trucizna. Ktoś próbował zabić tę dziewczynę.
— Musisz odpocząć — ciągnęła uzdrowicielka, przykładając chłodną ściereczkę do mojego czoła. — Przeszłaś coś strasznego. Ale teraz jesteś bezpieczna. Królestwo Szkarłatnego Kła cię ochroni.
Królestwo Szkarłatnego Kła. Te słowa sprawiły, że po kręgosłupie przeszedł mi lodowaty dreszcz.
Znałam tę nazwę. Każdy wilk i każda wiedźma w całej krainie znała tę nazwę. Królestwem Szkarłatnego Kła rządził Król Lykanów — istota przeklęta przez samą Boginię Księżyca. Mówili, że to potwór, który gołymi rękami potrafi rozerwać całe armie. Mówili, że jego gniewu nie da się poskromić, że zabija bez litości.
A ja byłam na jego ziemi.
Zmuszałam się, żeby milczeć i słuchać. Uzdrowiciele kręcili się wokół mnie, szepcząc do siebie, kiedy myśleli, że nie słyszę.
— Biedactwo. Kupiona jak bydło i prawie zabita, zanim w ogóle dotarła do pałacu.
— Myślisz, że wie, po co ją tu sprowadzili?
— Surogatka dla króla. Wyobrażasz to sobie? Jeśli Jego Królewska Mość nie znajdzie swojej prawdziwej wybranki, od tej dziewczyny będzie się oczekiwać, że urodzi mu dziedzica.
— O ile wcześniej nie zabije jej klątwa.
Ich słowa malowały obraz tak ohydny, że aż robiło mi się niedobrze. To ciało — ta dziewczyna o imieniu Octavia — została kupiona. Sprzedana do Królestwa Szkarłatnego Kła, by służyć jako naczynie dla dziecka przeklętego króla. Została otruta, zanim w ogóle przyjechała, co znaczyło, że ktoś chciał jej śmierci.
A teraz ja byłam uwięziona w jej dogorywającym ciele.
Uzdrowicielka podała mi gorzką herbatę, żebym wypiła, po czym zostawiła mnie samą. Zmusiłam się, żeby ją przełknąć, czując, jak płyn pali mi gardło w tej słabej powłoce. Kiedy wreszcie w pokoju zrobiło się pusto, doczołgałam się do małego lustra wiszącego na ścianie.
Twarz, która spojrzała na mnie z odbicia, nie była moja.
Zniknęły moje ciemnobrązowe oczy, oliwkowa skóra odziedziczona po matce, długie czarne włosy sięgające mi do pasa. Zamiast tego zobaczyłam jasną cerę jak księżycowa poświata, popielaty blond ledwie muskający ramiona i oczy w kolorze miękkiej szarości. Ta dziewczyna była ładna w kruchy sposób — jak kwiat, który może się złamać przy mocniejszym podmuchu wiatru.
To była Octavia.
A teraz byłam nią. Przycisnęłam palce do zimnego szkła, szukając choćby śladu tego, kim byłam wcześniej. Ale nie było nic. Tylko twarz obcej osoby wpatrująca się we mnie pustymi oczami.
Moja magia poruszyła się słabo gdzieś wewnątrz, cichutki szept tego, czym kiedyś byłam. Była tam, ale daleko — jakby ktoś wołał mnie zza grubej ściany. Zakazane zaklęcia, które rzuciłam dla Michaela, już mnie wyssały do cna. Teraz, uwięziona w tym umierającym ciele, czułam, że moja moc jest jak ostatnie żarzące się iskry ognia, który prawie całkiem zgasł.
Musiałam być ostrożna. Nie mogłam pozwolić, żeby ktokolwiek dowiedział się, kim naprawdę jestem. Wiedźma w Królestwie Lykanów zostałaby zabita na miejscu.
Drzwi bez ostrzeżenia wyleciały z hukiem.
Weszła kobieta o ostrych rysach, w bogatych szatach. Spojrzała na mnie tak, jakby była czymś obrzydliwym, co znalazła przyczepione do podeszwy buta.
— Więc przeżyłaś — powiedziała lodowato. — Co za szczęście.
Nie odezwałam się. Jeszcze nie ufałam głosowi tego ciała.
— Jestem lady Margot, przełożona służby w tym domu — ciągnęła, krążąc wokół mnie jak drapieżnik. — Zostałaś kupiona przez Królestwo Karmazynowego Kła w bardzo konkretnym celu. Jego Królewska Mość potrzebuje potencjalnej surogatki. To jedyna twoja wartość tutaj. Rozumiesz?
Od tych słów przewróciło mi się w żołądku, ale skinęłam głową.
— Dobrze. Dziś w nocy zostaniesz przedstawiona królowi. Służba cię przygotuje. Nie przynieś nam wstydu. — Zatrzymała się w drzwiach. — I nie patrz mu prosto w oczy. Nie toleruje braku szacunku ze strony twojego rodzaju.
Wyszła, a ja osunęłam się na skraj łóżka.
Dziś w nocy. Dziś w nocy spotkam przeklętego Króla Lykanów.
Strach zwinął mi się w żołądku w zimny, ciężki supeł. Wszystkie historie, jakie kiedykolwiek o nim słyszałam, runęły mi do głowy naraz. Legendy mówiły, że jest bestią ledwo utrzymaną w ryzach ludzką skórą. Mówili, że jego klątwa czyni go nieprzewidywalnym, brutalnym — zdolnym rozerwać człowieka na strzępy w kilka sekund, jeśli tylko puści mu hamulec.
Ale nie wróciłam ze śmierci po to, żeby kulić się przed kolejnym potężnym mężczyzną.
Michael nauczył mnie, jak naprawdę wyglądają potwory. Noszą czarujące uśmiechy i szepczą słodkie kłamstwa. Sprawiają, że wierzysz, iż coś znaczysz, a potem jednym ruchem rozwalają wszystko, co kochasz.
Jeśli ten król naprawdę był potworem, to przynajmniej nie udawał, że jest kimś innym.
Służba przyszła, gdy słońce zaczęło siadać. Szorowali mi skórę, aż piekło, wpletli we włosy srebrną nić i ubrali mnie w suknię z ciemnoniebieskiego jedwabiu, która bardziej przypominała całun pogrzebowy niż strój. Wyglądałam jak ofiara przygotowywana na ołtarz.
Może dokładnie tym byłam.
Poprowadzili mnie pałacowymi korytarzami, gdy zapadała ciemność. Pałac Karmazynowego Kła nie miał nic wspólnego z ciepłymi, ziemistymi zabudowaniami mojego sabatu. Wszystko tutaj było z czarnego kamienia i żelaza — zimne, przytłaczające. Na ścianach płonęły pochodnie, rzucając tańczące cienie, które wyglądały jak stworzenia czające się do skoku.
Moje słabe nogi drżały przy każdym kroku. To ciało ledwo było dość silne, żeby iść — a co dopiero stanąć przed królem.
Skręciliśmy w długi korytarz i w oddali je zobaczyłam.
Ogromne żelazne wrota, wyższe niż trzech mężczyzn stojących jeden drugiemu na ramionach. Wykuto na nich wilki wyjące do księżyca, a ich oczy wysadzono czerwonymi kamieniami, które zdawały się żarzyć w świetle pochodni.
Wrota do sali tronowej. Te, które miały mnie zaprowadzić do przeklętego króla.
— Czekaj tutaj — szepnął jeden ze służących. — Zostaniesz wezwana, kiedy Jego Królewska Mość będzie gotów.
Zostawili mnie samą na zimnym korytarzu.
Serce waliło mi tak mocno, że myślałam, iż przebije żebra. Każdy instynkt w tym ciele wrzeszczał, żebym uciekła, schowała się, zrobiła cokolwiek — byle nie przejść przez tamte wrota.
Ale nie miałam dokąd uciec. Żadnego domu, do którego mogłabym wrócić. Nikogo, kto jeszcze mógłby mnie ochronić.
Miałam tylko siebie i nikły szept magii w żyłach.
Wrota jęknęły.
Powoli zaczęły się otwierać. Dźwięk poniósł się echem przez korytarz jak pomruk jakiejś pradawnej bestii budzącej się ze snu. Blask pochodni wlał się przez poszerzającą się szczelinę, a wraz z nim napłynęła obecność tak potężna, że aż samo powietrze zgęstniało.
Służba nie kłamała.
Król Lykanów był tutaj. I czekał na mnie.
Wzięłam jeden drżący oddech i zrobiłam krok do przodu.
Wrota otworzyły się na oścież, odsłaniając ogromną salę tronową.
A tam, na tronie z czarnego żelaza, z już utkwionym w wejściu złotym spojrzeniem, siedział on — sam przeklęty król.
