Rozdział 5 Mikołaj mdleje

„Czekaj!” — warknął Derek przez zaciśnięte zęby, ignorując ból, i rzucił się za Dianą.

Złapał ją za nadgarstek żelaznym uściskiem, jakby chciał go zmiażdżyć. „Diana, nie możesz się tak po prostu poddać. Chodź ze mną, już. Zajmę się tobą, przysięgam.”

Czas uciekał. Jeśli Diana nie zamierzała słuchać rozsądku, będzie musiał zabrać ją siłą. Gdy Nicholas dowie się o ich spotkaniu, on i jego ludzie będą już po nich.

Na drugim piętrze Nicholas zamarł w pół kroku. Jego spojrzenie płonęło morderczą intencją, gdy utknęło na dłoni Dereka zaciśniętej na nadgarstku Diany.

„Ohydne. Powinienem to odrąbać i rzucić psom” — pomyślał.

Wyłapując morderczą aurę bijącą od swojego pracodawcy, Bruce natychmiast wkroczył do akcji. „Szefie, może lepiej pozwolić pannie Windsor załatwić to po swojemu. I tak nie mają dokąd pójść.”

Ludzie Dereka byli już obezwładnieni — ucieczka była niemożliwa. A jednak, jeśli Nicholas ruszy teraz, krew na pewno się poleje. Wszyscy wiedzieli, że Diana była w Dereku zakochana po uszy. Nicholas hamował się właśnie ze względu na jej uczucia.

Ludzie Dereka byli już obezwładnieni — ucieczka była niemożliwa. A jednak, jeśli Nicholas ruszy teraz, krew na pewno się poleje.

Szczęka Nicholasa stwardniała, a w oczach zapłonęła wściekłość. W końcu na moment przymknął powieki i zmusił się, by pozostać nieruchomo.

Znał Dianę aż za dobrze. Gdy chodziło o Dereka, zawsze bez wahania stawała po jego stronie.

Dzisiejsza „ochrona” pewnie wzięła się z ich wczorajszego intymnego momentu — albo, co gorsza, była tylko wymówką, którą sama sobie dorobiła, żeby osłonić Dereka przed konsekwencjami, dokładnie tak, jak on jej to podsunął.

Diana spojrzała w szczere, a jednocześnie odpychające oczy Dereka i parsknęła krótkim, lodowatym śmiechem, bez cienia rozbawienia. „Zajmiesz się mną? To oddaj wszystko, co ukradłeś mojej rodzinie. Za te pieniądze mogłabym żyć spokojnie przez kilka żyć.”

„Diana! Tylko o kasie potrafisz myśleć?” — warknął Derek, zaciskając chwyt jeszcze mocniej, i wlepił w nią wściekłe spojrzenie.

Co, do diabła, wstąpiło dziś w tę głupią kobietę? Czemu nie może po prostu robić, co mówię? Najpierw problemy z umową, teraz żąda zwrotu rzeczy, które sama mi oddała. Przecież ja je tylko „pożyczyłem” — i tak należą mi się z prawa. Dlaczego miałbym je oddawać?

A jednak, przypominając sobie, jak chwiejna była jego pozycja wobec rodziny Spencerów, w oczach Dereka wreszcie mignęło coś na kształt prawdziwego uczucia. „Diana, oddam to, co pożyczyłem. Obiecuję.”

„To oddaj je teraz.” Diana miała dość gadania. Odginała jego palce jeden po drugim, aż puścił. „Trzy dni. Jeśli nie oddasz, mój narzeczony osobiście odbierze je z twojego domu.”

Odwróciła się z rozmachem, pocierając nadgarstek z obrzydzeniem.

Derek twierdził, że ją kocha, a tymczasem albo sypiał z jej koleżankami, albo ją ranił.

„Oby kiedyś ktoś kochał go dokładnie tak samo” — zaklęła w myślach, czując, jak gorzka satysfakcja miesza się z lodowatą złością.

„Diana, pożałujesz tego! Zapamiętaj moje słowa — pożałujesz!” — bezradna furia Dereka niosła się za nią echem, ale ponieważ czas uciekał, nie miał wyboru i musiał zwiewać. Gdyby Nicholas przyłapał go na spotkaniu z Dianą, to byłby już naprawdę koniec.

Diana przewróciła oczami, odchodząc.

Derek i Mandy pasują do siebie — para idealna, prosto z piekła.

Kiedy Diana wróciła do willi, każdy służący odruchowo spuścił głowę. Przypominając sobie, jak teraz wygląda, poczuła falę wstydu, jakby ktoś oblał ją gorącą wodą.

Jako dziecko wszyscy nazywali ją delikatnym aniołkiem. W latach szkolnych była bezdyskusyjnie najpiękniejsza na całym kampusie. A jednak dała się nabrać na kłamstwa Mandy — że Derek woli cosplayerki, zwłaszcza te mroczne, gotyckie. Dzień po dniu przerabiała siebie na coś, co nie było ani człowiekiem, ani duchem.

Obcy ludzie nie potrafili jej rozpoznać, a nawet bliscy znajomi potrzebowali chwili, żeby ogarnąć, kim właściwie jest.

— Eee… — odwróciła się do pokojówki, która niedaleko szorowała podłogę.

Kobieta wyglądała, jakby zobaczyła ducha, i czmychnęła, spuszczając głowę.

Diana złapała swoje odbicie w wypolerowanym marmurze i aż się cofnęła z szokiem. Nawet prawdziwe duchy by przede mną zwiały, pomyślała z gorzką ironią.

Spróbowała wytrzeć twarz rękawem, ale cokolwiek Mandy jej nałożyła, ani drgnęło — co gorsza, tylko dodawało jej jeszcze bardziej upiornego wyglądu.

Kiedy Diana wahała się między gorącym prysznicem a wezwaniem kogoś, kto profesjonalnie zmywa makijaż, Nicholas zszedł z drugiego piętra.

— Diana, chodźmy. Zabiorę cię na kolację. — mówił tak, jakby dramatyczna „wojenna” farba na jej twarzy była niewidzialna, a w jego głosie brzmiała ciepła, spokojna pobłażliwość.

Na widok wysokiego, przystojnego mężczyzny przed sobą Dianie momentalnie siadł nastrój.

— Nie chcę iść.

Wyjście z nią w takim stanie trafiłoby do trendów w kilka minut: #PanSpencerNaKolacjiZTajemniczymUpiorem

Internet miałby z tego używanie, co najmniej ze sto wariacji. Oczywiście Nicholas bezlitośnie ukróciłby każdą negatywną publikację — każda platforma, która odważyłaby się z niej szydzić, poczułaby jego gniew.

Pamiętając, jak dobrze Nicholas zawsze ją traktował, Diana zawróciła myślami do rozsądku. — A może niech przyniosą kolację do pokoju? Zjemy razem.

Lepiej już nie straszyć personelu. Chciałabym, żeby ci dobrzy kucharze jednak tu zostali, przemknęło jej przez głowę.

— Idealnie. — Nicholas spojrzał na nią czule, po czym posłał pobliskiej służącej lodowate spojrzenie.

Kobieta skinęła głową, jakby od razu wszystko zrozumiała. — Tak, proszę pana. Zaraz przygotuję ulubione dania pani Windsor.

Odkąd wyszło na jaw, że Diana zostaje, cały dom chodził jak na szpilkach, trzymając w zapasie każdy preferowany składnik, żeby każde życzenie dało się spełnić w ciągu trzydziestu minut.

Nicholas nie znosił potknięć, ale premie za sukces miał równie hojnie sypane.

Dziś, kiedy Diana była wyjątkowo ugodowa, personel aż palił się, żeby się wykazać — i przy okazji dorobić parę groszy.

Diana doszła do drzwi sypialni akurat wtedy, gdy Nicholas ją dogonił. Nagle przycisnął dłoń do klamki z głuchym, mocnym łupnięciem.

— Co jest? — Diana spojrzała na niego z niepokojem.

— Nic. — Nicholas pchnął drzwi i Diana weszła za nim.

W chwili, gdy zamknęła za nimi drzwi, Nicholas osunął się prosto w dół.

— Nicholas!

Diana rzuciła się do przodu, ale zdołała złapać tylko jego marynarkę. Materiał wart fortunę rozdarł się w jej dłoniach, kiedy on runął na podłogę.

Dianę przestał obchodzić jej potworny wygląd. Otworzyła drzwi na oścież i krzyknęła: — Pomocy! Nicholas zemdlał! Zawieźcie go do szpitala!

Wszyscy patrzyli na nią z przerażeniem, po czym ruszyli do działania. Jedni dzwonili po pomoc medyczną, inni szykowali okłady z lodu, a kilku pobiegło na górę, żeby zanieść Nicholasa do łóżka i zdjąć mu buty…

Kiedy zamieszanie w końcu przycichło, Diana stała jak wryta, próbując pojąć, co się właśnie stało.

Lokaj, Mike Scott, wszedł do środka i delikatnie zamknął za sobą drzwi. — Proszę się nie martwić, pani Windsor. Nasz lekarz rodzinny będzie za dziesięć minut.

— Czemu nie zawieźć go do szpitala? — głos Diany był napięty od lęku. — Po prostu nagle padł jak rażony… potrzebuje pełnych badań.

Scott przyjrzał się dziewczynie, której rysy ginęły pod ciężkim makijażem, ale w jej tonie słyszał nagą, prawdziwą troskę.

Westchnął ciężko. — Pani Windsor, skoro widać, że zależy pani na panu Spencerze, powiem wprost.

Postukał się palcem w skroń. — Pan Spencer ma guza mózgu. Od czasu do czasu traci przytomność.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział