Rozdział 2
POV Lisy
— „Partner!!” — powtórzyła moja wilczyca, zanim zdążyła palnąć kolejne katastrofalne słowa. Przejęłam kontrolę i wbiłam twarde spojrzenie w Bryana, który aż pobladł, wyraźnie wstrząśnięty tym, co wyszło na jaw.
— Oby Bogini Księżyca robiła sobie ze mnie jakieś okrutne jaja, bo chyba powinna użyć rozumu, zanim sparuje mnie z takim niewychowanym burakiem — wypaliłam, nawet się nie zastanawiając.
Alfa Baron odwrócił się w moją stronę. Może zdziwiło go, że taki śmieć-omega jak ja w ogóle śmie jeszcze przebierać i wybierać, z kim ma być związana.
— Czy ja dobrze słyszałam, że narzekasz? — zapytała Irene, rzekoma narzeczona Bryana, robiąc krok do przodu, ale Bryan ją powstrzymał.
W duchu przewróciłam oczami, prawie gotowa jej podziękować, że jej laleczka ją trzyma. Bo gdyby nie, przelałabym na nią całą tę wściekłość i frustrację.
— Myślisz, że jesteś dość godna, żeby zostać przyszłą Luną i być partnerką mojego syna? — warknął Alfa Baron, a ja posłałam mu spojrzenie pełne pogardy, po czym szybko uciekłam wzrokiem gdzieś w bok.
Dziś już dostałam wystarczająco dużo policzków, więc marzę tylko o tym, żeby odpocząć w celi — bo i tak w końcu tam mnie zaprowadzą.
— Widzę, że zrobiłaś się bardzo bezczelna — skomentował Alfa Baron, skinął głową i dał strażnikom znak, żeby mnie wywlekli i wychłostali.
Pokazałam Bryanowi środkowy palec, mruknęłam pod nosem „pierdol się”, po czym wyciągnięto mnie z domu watahy i wrzucono do śmierdzącej celi.
— Moglibyście się postarać i chociaż przetrzeć te cele! Trzymacie tu ludzi, a nie zwierzęta! — warknęłam na strażników, którzy wepchnęli mnie do środka. Oni tylko odwrócili się i zawarczeli na mnie.
— Ona dalej myśli, że jest człowiekiem — rzucił jeden z nich szyderczo i splunął mi prosto w twarz.
Otarłam twarz z obrzydzeniem, przeklinając ich w myślach. Kłócenie się z nimi nie miało sensu ani marnowanie na nich sił, bo i tak czeka mnie jeszcze więcej tortur przez resztę tygodnia.
Przesunęłam się do kąta, zwinęłam w kłębek i usiadłam, czekając, aż ktoś przyjdzie mnie chłostać. Wiem, że moja kara nie może być gorsza niż biczowanie — nie jak u niektórych omeg, które rozbierano do naga na oczach całej watahy.
Alfa Baron jasno dał do zrozumienia, że omegi nie mają u niego miejsca i że wszyscy jesteśmy traktowani jak nic więcej niż zabawka, żeby im się nie nudziło. Ale ja nie zamierzam zejść bezrobocie i cicho — jeszcze im pokażę.
— Wszystko w porządku? — usłyszałam głos mojej wilczycy gdzieś z tyłu głowy. Uśmiechnęłam się lekko i kiwnęłam głową, choć wiedziałam, że mnie nie widzi.
— Jak masz na imię? — wyrwało mi się.
Wiem, że mam prawo być ciekawa swojej wilczycy, ale i tak czułam, jakbym pędziła za szybko, jakbym wyciągała rękę po coś, na co nie powinnam jeszcze liczyć.
— Alivia — wymamrotała, a na mojej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.
Można by pomyśleć, że właśnie zgarnęłam jakiś puchar albo nagrodę, sądząc po tym, jak szeroko się uśmiechałam.
— Przepraszam, że wcześniej cię od siebie odcięłam — powiedziałam, chcąc wszystko wyjaśnić i może zacząć od nowa, kiedy nagle przeszył mnie ostry ból w podbrzuszu.
— Ała! — krzyknęłam, krzywiąc się, gdy próbowałam się podnieść i zawołać kogoś na pomoc.
Tak piekły mnie oczy, że od razu zaszkliły się łzami, a ciało zesztywniało jak struna. Próbowałam krzyczeć, ale miałam wrażenie, że ból już odebrał mi głos. Pozwoliłam łzom płynąć swobodnie, z czarną myślą, że to już koniec.
Spróbowałam połączyć się z moją wilczycą, ale najwyraźniej ten ból był dla niej nie do zniesienia, więc skuliła się w mojej podświadomości, próbując dźwigać go razem ze mną. Ciało zdrętwiało mi na kość i stopniowo poczułam, jak dusza wymyka się ze mnie ku ciemnym chmurom, gdy ostatnie łzy spłynęły mi z oczu.
Obudziłam się pod przeszywającym spojrzeniem Alfy Barona i Bryana, a obok stali na baczność strażnicy, szepcząc coś w stylu: „ona nie żyje”.
— Ja… ja żyję? — zapytałam, ledwie rozchyliwszy powieki.
— Mówiłem ci, że ta omega ma nierówno pod sufitem i tak łatwo życia nie odda — usłyszałam, jak niski, krępy strażnik burknął do tego wysokiego, wyglądającego jak szafa.
Pokręciłam głową, zdumiona ich pokręconym myśleniem. Spróbowałam stanąć na nogi, ale od razu osunęłam się z powrotem na ziemię, słaba jak kociak. Cokolwiek przeszłam, było jak rzeźnia, i modliłam się w duchu, żebym nigdy więcej nie musiała tego przeżywać.
Mój wzrok padł na kamienną twarz Alfy Barona. Otrząsnęłam się z wszelkich szalonych myśli, które mogłyby mnie pogrążyć, i po prostu skłoniłam głowę, oddając mu należny szacunek.
— Wreszcie doszłaś do siebie? — zapytał, a ja skinęłam głową.
Wciąż byłam wykończona tym, co stało się z moim ciałem, bo czułam się, jakby mnie ktoś skatował, a nie miałam ani śladu, ani zadrapania. Od tamtej chwili nie czułam Alivii i to niepokoiło mnie do szpiku kości.
— Przynieść mi bat — rozkazał.
Uniósł mi się wzrok w jednej chwili; otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale głos Alivii przeciął mi myśli, zanim zdążyłam palnąć coś głupiego.
„Lisa, nie. Jestem za słaba, żeby cię teraz leczyć” — powiedziała, po czym znów ucichła.
Trzech strażników trzymało mnie, kiedy biczowali mi dłonie. Nie uroniłam ani jednej łzy, bo zwyczajnie już mi ich zabrakło. Przez cały ten czas miałam wzrok wbity w Bryana i przysięgałam na wszystko, co we mnie płynie, że on, cały jego ród i ci, co przyjdą po nim, zapłacą za to, jak mnie potraktowano.
„Sprawię, że będziesz błagał na kolanach o przebaczenie” — pomyślałam w duchu.
Kiedy skończyli biczowanie, spodziewałam się, że strażnicy zaciągną mnie z powrotem do celi, ale Alfa Baron machnął ręką, dając mi znak, że mogę iść.
„Może mu się odmieniło” — przemknęło mi przez myśl, gdy wywlokłam swoje słabe ciało na zewnątrz.
