Rozdział 6
Perspektywa Scarlett
"Kathleen powiedziała mi wszystko, co się stało."
Jego głos wybuchł nagle – niski i dziki, jak grzmot przetaczający się po niebie, sprawiając, że moje bębenki zaczęły dzwonić. Poczułam, jak podłoga ustępuje pod moimi stopami, fala zawrotów głowy niemal powaliła mnie z nóg. Nawet po tylu latach potrafił wstrząsnąć mną z taką łatwością.
"Mały wilku, potrzebujesz mojej pomocy?" Głos Luciena zabrzmiał, ostry jak pazury delikatnie sunące po skórze. Przeszedł mnie dreszcz od stóp do głów.
Moje gardło wyschło, powietrze zdawało się wyssane z pokoju. Instynktownie skinęłam głową, po czym przypomniałam sobie, że nie mógł mnie zobaczyć przez telefon.
"Tak..." Odchrząknęłam, starając się, aby mój głos był stabilny. "Potrzebuję twojej pomocy, Alfa Lucien."
Po drugiej stronie zapanowała cisza – trzy pełne sekundy, wystarczająco długie, by mnie dusić. Prawie mogłam go sobie wyobrazić: te srebrne oczy błyszczące niebezpiecznie, leniwy, lecz zabójczy uśmiech na jego ustach, czekający, aż się jeszcze bardziej załamię.
"Heh," nagle zaśmiał się, jego głos był jak płomienie liżące stare pergaminy. "Jesteś odważna, mały wilku. Jesteś pierwsza, która prosi mnie o pomoc."
Serce zabiło mi mocniej.
"Więc, czy zastanawiałaś się, jak mi się odwdzięczysz?" zapytał powoli, celowo, jakby wabił ofiarę w pułapkę.
Przygryzłam wargę, zawahałam się, a potem wyszeptałam, "Czego chcesz?"
"Wiele." Jego niski śmiech sugerował ukryte znaczenia. "Ale nie teraz."
W moich oczach zapłonęła furia, i warknęłam, "Nie będę twoją dziwką! Jeśli to tylko gra dla ciebie, to nigdy nie powinieneś dzwonić!"
Linia zamarła. Słyszałam jego oddech – powolny, głęboki, jak bestia czająca się w nocy.
"Ah," w końcu wymruczał, jego głos muskał moje ucho jak nocny wiatr. "Więc mały wilk ma teraz pazury... Podoba mi się to."
W jego tonie było coś dzikiego – nieokiełznany głód, jak drapieżnik powoli zamykający się na ofiarę.
Moje serce przyspieszyło. Wspomnienia wróciły. Siedem lat temu byłam potulną dziewczynką. Za każdym razem, gdy pojawiał się Lucien, mój wilk się kulił.
Ale nie teraz.
Wyprostowałam się, starając się, aby mój głos był jak najspokojniejszy. "Wiele się zmieniło, Alfa Lucien. Potrzebuję prawdziwej pomocy, nie żartu. Jeśli nie możesz tego traktować poważnie, może Kathleen źle cię oceniła."
Nie odpowiedział od razu. Cisza była miażdżąca, jakby badał moją duszę przez telefon.
Potem usłyszałam zimny śmiech. "Zmieniłaś swoją strategię, co? Najpierw wściekłość, potem prowokacja?"
Wstrzymałam oddech, moje kostki zbielały od ściskania telefonu.
"Nie zamierzam pomagać komuś, kto wciąż tkwi w przeszłości, rozdarty przez wahanie." Jego głos stał się zimniejszy, zabarwiony niecierpliwością. "Ta rozmowa jest skończona. Jeśli jesteś pewna, że jesteś gotowa walczyć, wtedy porozmawiamy ponownie."
Linia się urwała. Stałam jak zamurowana, telefon w ręce, serce bijące.
Arogancki ton Luciena odbijał się echem w mojej głowie. Rzuciłam telefon.
Jak mogłam kiedykolwiek pokładać nadzieję w męskim alfie, nawet jeśli był bratem mojej najlepszej przyjaciółki?
Nadzieja znów się rozpadła. Znowu to schrzaniłam.
Pobiegłam na dół. Potrzebowałam powietrza. Ale Alexander zabronił mi wychodzić.
Ruby pojawiła się w drzwiach, oczy jej lśniły z podekscytowania. "Luna Scarlett, możesz wyjść na zewnątrz!"
Mrugnęłam, oszołomiona. "Co?"
"Alpha Alexander właśnie wydał rozkaz. Nie jesteś już ograniczona!" uśmiechnęła się promiennie, jakby właśnie przyniosła najlepszą wiadomość na świecie.
Powoli skinęłam głową, emocje kotłowały się we mnie.
Co on znowu kombinuje? Po prostu mnie puszcza, tak po prostu?
Ruby zauważyła w moich oczach wątpliwości. Podeszła bliżej i mocno mnie przytuliła. "Alpha musiał zdać sobie sprawę z błędu! Wie, że jesteś lepsza niż Faye. Wszyscy to widzą. Tylko ty możesz pomóc Nowemu Stadowi Księżyca, Luna Scarlett!"
Może miała rację. Ale nie zamierzałam opuszczać gardy.
Wtedy mój telefon zadzwonił.
SMS od Faye.
"Naprawdę powinnaś mi podziękować. Przekonałam Alexandra, żeby cię wypuścił. Pokazałam stadu, że jestem wyrozumiałą Luną, nawet po tym, jak twoja zazdrość prawie zabiła moje dziecko."
Gniew zapłonął szybko i gwałtownie.
Oczywiście to ta suka mieszała za kulisami. Jak mogłam choćby pomyśleć, że Alexander działał z przyzwoitości?
Zacisnęłam pięści.
Musiałam coś uderzyć. Mocno. Musiałam wyrzucić z siebie ten gniew, zanim mnie pochłonie.
Wpadłam na pole treningowe; przynajmniej odzyskałam wolność. Co lepszego mogłam zrobić, niż wyładować ten gniew? Wolałam poszarpać się z kilkoma wojownikami, niż pozwolić Faye doprowadzić mnie do szaleństwa.
Słońce paliło. Wojownicy krzyczeli i siłowali się w piasku.
Rozejrzałam się po okolicy. Coby tam był, sparując z innymi.
Pole było podzielone. Moja pierwotna drużyna po jednej stronie. Drużyna Alexandra po drugiej. Jego grupa wyglądała na nowszą, bardziej wyrafinowaną. Ich sprzęt lśnił nowością.
Zastanawiałam się, co on teraz kombinuje, dzieląc naszych wojowników w ten sposób.
Wtedy zauważyłam całkowicie nowy zestaw do łucznictwa na uboczu—kompletnie nieużywany. Alexander pewnie kazał im go nie ruszać.
W mojej głowie zrodził się złośliwy pomysł:
Dlaczego nie pociągnąć lwa za ogon?
Chwyciłam jedną z maszyn i przeciągnęłam ją na moją stronę—stronę moich wilków.
Szepty i ostre oddechy podążały za mną. Nie obchodziło mnie to.
Wysoki wojownik wyszedł naprzód. Muskularny. Dumny. Noszący to samo godło co Alexander.
"To łamie zasady," powiedział, krzyżując ramiona. Normalnie, bez Faye w pobliżu, nigdy nie odważyłby się tak do mnie mówić. Nie winiłam go.
Uniosłam brew. "To mnie powstrzymaj."
Uśmiech złośliwie wykrzywił jego usta. "Jesteś zbyt krucha. Nie zmuszaj mnie, żebym cię skrzywdził."
Uśmiechnęłam się słodko. "Och, kochanie. Nie jesteś gotowy na upokorzenie, jakie ci zafunduję."
Śmiech rozbrzmiał. Zaczęła się zbierać tłum.
"Chcesz walczyć?" zadrwił.
Ustawiłam się w gotowości, wzrok skupiony na nim.
"Nie. Chcę nauczyć twoje ego lekcji."
Zaśmiał się. "Panie przodem."
Nie uśmiechnęłam się. Sięgnęłam po zapasowy miecz od najbliższego wojownika, kierując go prosto na niego.
