Rozdział 1: Misja

-Serena-

Biegnę przez las, a moje bose stopy ledwo czują zimną ziemię pod spodem. Słyszę głos mamy: „Biegnij”. Muszę biec, więc biegnę. Cisnę ile sił, nie oglądam się za siebie — dokładnie tak, jak mi kazała. Tylko że jej przy mnie nie ma. Nie biegnie obok mnie, a mimo to wiem, że nie mogę się zatrzymać. Nie wolno mi się zatrzymać. Dopiero kiedy płuca zaczynają mnie palić żywym ogniem, a moje małe nogi nie są w stanie nieść mnie dalej, w końcu pozwalam sobie złapać oddech. Staję i rozglądam się, ale w ciemnym lesie jestem kompletnie sama.

„Mamo?”

No jasne, że nie ma jej za mną, choć tak bardzo na to liczyłam. Taty też nie. Oboje zostali z tyłu. Przygotowywali mnie na to, w kółko powtarzając, że jeśli cokolwiek się stanie, mam po prostu uciekać — biec przed siebie.

Rozglądam się, mając nadzieję, że ktoś mnie znajdzie, że rodzice zaraz mnie dogonią, że nie są daleko, ale nikt się nie pojawia. Siadam na ziemi, nie mając pojęcia, co robić. Podciągam nogi pod siebie i oplatam je ramionami. Łzy zaczynają spływać mi po policzkach, tylko sama nie wiem, czemu płaczę. Nie czuję smutku — tylko strach, kiedy czekam i nasłuchuję…

Nic. Cisza, aż nagle…

Trzaska gałąź i patrzę prosto przed siebie. Serce wali mi w piersi jak młot, ale niczego nie widzę.

„Halo?” wołam cicho.

Nie mam czym się bronić. Siedzę tu tylko w piżamie, sama jak palec. A biec już nie dam rady. Nogi trzęsą mi się nawet wtedy, gdy siedzę.

„Halo?” wołam znowu.

Nagle w pobliskich krzakach widzę jarzące się żółte oczy. Wpatruję się w nie jak wryta, w szoku, niepewna, co zrobić. Po prostu siedzę i patrzę prosto w te oczy. Co to jest? Nie potrafię tego rozpoznać.

„Chcesz mnie skrzywdzić?” pytam.

Dlaczego w ogóle to powiedziałam? Do kogo — albo do czego — ja się odzywam?

„Kim jesteś?” szepczę.

Oczy wciąż się we mnie wpatrują, a im dłużej to trwa, tym dziwniejsze to uczucie — jakbym z każdą chwilą robiła się spokojniejsza, mimo że powinnam panikować.

„Kim jesteś?” pytam jeszcze raz.

Nie wiem, skąd ta potrzeba, żeby to wiedzieć, ale to nie wygląda tak, jakby patrzyło na mnie zwierzę. To jest jak spojrzenie człowieka. Tylko kto może mieć takie żółte oczy? Już mam coś powiedzieć, kiedy słyszę w oddali krzyki. Odwracam głowę przez ramię i widzę migoczące światła dalej w lesie. Czy ktoś po mnie przyszedł? Odwracam się z powrotem, a na usta wpełza mi uśmiech, ale żółtych oczu już nie ma.

Kto jesteś?

Słowa odbiły mi się echem w głowie, kiedy otworzyłam oczy, wlepiając wzrok w nudną, szarą ścianę. Westchnęłam i znów je zamknęłam, przewracając się na bok, ale po chwili otworzyłam je ponownie i zobaczyłam tę samą nijaką, przytłumioną od bezbarwności powierzchnię sufitu. Rzuciłam rękę na czoło, kompletnie niegotowa, żeby wstać.

Ten głupi sen prześladował mnie, odkąd byłam dzieckiem. Nigdy nie potrafiłam zapomnieć tych świecących żółtych oczu i tego uczucia, że ktoś mnie obserwuje, jakby czaił się tuż poza granicą wzroku. Wiedziałam, że jest spora szansa, że tamtej nocy tak naprawdę niczego nie było. Ale jedno było pewne: nie mogę leżeć tu wiecznie. Kiedy z mojego zegarka identyfikacyjnego dobiegło ciche piknięcie, dotarło do mnie, że jestem potrzebna. Sięgnęłam do małej szafki nocnej za sobą, złapałam zegarek i zobaczyłam wiadomość: sala spotkań. Westchnęłam, usiadłam i spuściłam nogi z łóżka.

Rozejrzałem się po małym pokoiku, który nazywałem domem. Każdy łowca miał swój. Odepchnąłem się od łóżka i szybko wziąłem prysznic, umyłem zęby i się ubrałem. Założywszy zegarek, wsunąłem się w kurtkę, na której widniał mój numer: 110.

Wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi, które blokowały się automatycznie i dało się je otworzyć tylko moim odciskiem palca. Potem ruszyłem długimi, białymi korytarzami, dopinając kurtkę. Minąłem kilku łowców, którzy kiwnęli mi głową, czasem rzucając: „Dowódco”. Zawsze odpowiadałem skinieniem, a w ich oczach widziałem czytelny znak szacunku.

Szybko znalazłem salę narad poziom niżej. Cała nasza baza była pod ziemią i wychodziliśmy z niej tylko wtedy, gdy przydzielano nas do misji.

— A, 110, wejdź — powiedziała naczelna generał.

Miała najwyższy stopień i szanowałem ją bardziej niż kogokolwiek innego. Jej brązowe włosy posiwiały na biało, ale wciąż były długie i zaplecione w warkocz. Uśmiechnęła się, zapraszając mnie, żebym usiadł na drugim końcu stołu.

Usiadłem na swoim krześle, zerkając na pozostałych generałów — mieszaninę starszych mężczyzn i kobiet, wszystkich lojalnych wobec naszej sprawy: pozbycia się stworzeń odpowiedzialnych za tyle śmierci, w tym tych, które zabiły moich rodziców. Zaciśnięcie w żołądku odezwało się znajomo, jakby wspomnienie miało własne pazury.

— Mam dla ciebie misję — powiedziała naczelna generał.

— Jestem gotów — odparłem, a ona nagrodziła mnie kolejnym uśmiechem.

— Zawsze jesteś.

To sprawiło, że oboje się uśmiechnęliśmy.

— Tym razem nie będzie tak łatwo — dodała, a jej twarz spoważniała.

Przechyliłem głowę, zbity z tropu. Nigdy nie zawaliłem misji.

— Tym razem chcemy uderzyć w nich tak, żeby zapamiętali — powiedziała naczelna generał, a jej zielone oczy wbiły się w moje. — I tym razem mamy ich dokładnie tam, gdzie chcemy.

Teraz byłem jeszcze bardziej zaintrygowany.

— Alfa, który od dawna jest dla nas jak drzazga pod paznokciem, w końcu uznał, że czas się ustatkować.

— Skąd to wiecie? — zapytałem.

— Pamiętasz nasze małe pieski, które wysłaliśmy do ich stad? — odparła pytaniem.

Skinąłem. W zeszłym roku, zamiast zabijać wilkołaki, na które polowaliśmy, porwaliśmy kilka…

— Zdali mi raport. I wygląda na to, że Rogan wreszcie będzie na tyle odsłonięty, żebyśmy mogli się do niego dobrać. Dojdzie do spotkania między nim a rodziną, której córka wiąże się z nim na stałe. Nie możemy dopuścić do tego związku. To dwa największe stada, a jeśli się połączą, może to oznaczać dla nas koniec — wyjaśniła.

Skinąłem, czując ciężar tych słów. Nie było tu miejsca na „jakoś to będzie”.

— Musisz go zabić — powiedziała.

— Zrobię to — odpowiedziałem twardo.

— Wysyłam ciebie i twoją grupę, ale 110, musisz dopilnować, żeby zginął. To może być nasza jedyna szansa.

Skinąłem raz jeszcze, nie odrywając od niej wzroku. — Dopilnuję, żeby został wyeliminowany. Nie wrócę, dopóki nie będzie martwy.

Naczelna generał uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona. — Właśnie dlatego ciebie wybrałam. Ty doprowadzasz sprawy do końca.

Próbowałem stłumić uśmiech. Rzadko się uśmiechałem, ale jej pochwała zawsze go ze mnie wyduszała. Wstałem z krzesła i pożegnałem wszystkich krótkim skinieniem głowy, po czym wyszedłem, żeby znaleźć moją grupę. Korzystając z zegarka, wezwałem ich do mniejszej sali narad na najwyższym poziomie, polecając, żeby przyszli przygotowani — z bronią i małą torbą zapasów. Przez dłuższy czas nie mieliśmy wracać.

Dziękuję, że czytasz tę historię. Mam nadzieję, że ci się spodoba!

Następny Rozdział