Rozdział 3
Punkt widzenia Lily
Walter Sterling zaprowadził mnie do pokoju na trzecim piętrze.
— To będzie twój pokój — powiedział, pchnąwszy drzwi.
Sypialnia była większa niż cały mój dom w Blue Mountain.
Słońce lało się przez okna od podłogi po sufit, rozświetlając królewskie łóżko z baldachimem, kącik wypoczynkowy z luksusowymi meblami i garderobę typu walk-in większą niż większość kawalerek.
— Mam nadzieję, że ci się spodoba — powiedział Walter, a w jego głosie brzmiała szczera troska. — Jeśli będziesz chciała coś zmienić, powiedz po prostu Ang.
Spojrzałam na niego: srebrne nitki wmieszane w ciemne włosy, zmarszczki w kącikach oczu, które pogłębiały się, kiedy się uśmiechał.
Był dla mnie dobry, odkąd byłam dzieckiem.
Widząc go teraz, jeszcze bardziej tęskniłam za tatą.
Tata i Walter przyjaźnili się od czasów Harvardu.
Teraz, kiedy taty już nie było, Walter był najbliższą rodziną, jaką miałam.
Mina musiała mnie zdradzić, bo twarz Waltera złagodniała.
— James byłby z ciebie dumny, Lily — powiedział cicho.
— Wiem, że ta sytuacja nie jest idealna, ale cieszę się, że tu jesteś. Zmiany zawsze potrzebują czasu, prawda?
Przełknęłam gulę w gardle.
— Dziękuję.
— Odpocznij teraz — klepnął mnie niezręcznie po ramieniu. — Ktoś do ciebie zadzwoni, jak kolacja będzie gotowa.
Kiedy wyszedł, usiadłam na miękkim łóżku i wpatrywałam się w pustą przestrzeń, próbując ogarnąć, w jaką absurdalną historię właśnie się wpakowałam.
Atmosfera przy kolacji tego wieczoru była napięta.
Wzrok Elizabeth był tak lodowaty, że mógłby zamrozić samo piekło, a pięciu braci Sterling na zmianę gapili się na mnie z ciekawością albo udawali, że w ogóle nie istnieję.
Tylko Walter starał się podtrzymać rozmowę, pytając o podróż i o to, czy pokój jest wygodny.
Gdy podawano deser, Walter wyciągnął z kieszeni marynarki małą kopertę i wsunął ją w moją stronę.
— To dla ciebie, Lily. Karta podpięta do rodzinnego konta. Używaj jej, żeby kupić wszystko, czego potrzebujesz: ubrania, transport, rzeczy osobiste. Nie krępuj się — to prezent na powitanie.
Otworzyłam kopertę. W środku była czarna karta kredytowa z wydrukowanym moim imieniem i nazwiskiem.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Elizabeth wypuściła z siebie teatralne westchnienie.
— Tsk, tsk, po co udawać, że jesteś ponad to? — syknęła, ociekając pogardą. — Po co udawać lepszą? Wszyscy wiemy, że jesteś tu tylko dla pieniędzy rodziny Sterlingów.
— Elizabeth! — głos Waltera huknął ponad stołem.
Wzruszyła ramionami i mruknęła:
— Mówię, jak jest.
Telefon w mojej kieszeni zawibrował.
Dyskretnie sprawdziłam wiadomość:
„Szefowo, zyski kwartalne są: 382 miliony dolarów. Już przelane na pani konto.”
Nie potrafiłam powstrzymać ledwie zauważalnego uśmiechu, który drgnął w kąciku ust.
Pieniądze były ostatnią rzeczą, której potrzebowałam.
Reszta wieczoru minęła w napiętej uprzejmości, a do swojego pokoju uciekłam, jak tylko pozwoliły na to zasady dobrego wychowania.
Następnego ranka.
Tyler poinformował mnie, że Walter już pojechał do firmy, a bracia Sterlingowie właśnie jedzą śniadanie.
Weszłam do jadalni i zobaczyłam wszystkich pięciu braci siedzących przy ogromnym stole.
Ledwo zdążyłam usiąść, a głęboki głos Williama rozciął ciszę.
„Ojciec kazał nam cię oprowadzić po mieście, ale ja dziś mam posiedzenie zarządu” — oznajmił płasko, nawet na mnie nie zerkając.
„Reszta może cię oprowadzić po mieście”.
Po czym wstał, strzepnął niewidzialny pyłek z nienagannego garnituru, poprawił mankiety i wyszedł bez kolejnego słowa.
Pozostali bracia szybko poszli w jego ślady.
„Sorki, Lily, dziś mam zdjęcia do filmu. Nie da się przełożyć” — powiedział Henry, przynajmniej zdobywając się na przepraszający uśmiech.
„Szpital wpisał mi dwie operacje” — dorzucił Samuel, ton miał spokojny, rzeczowy, jakby odczytywał plan dnia.
„Delegacja” — Thomas wzruszył ramionami, nawet nie próbując, żeby ta wymówka brzmiała wiarygodnie.
„Mam zajęcia” — mruknął Michael, odpisując na wiadomość, już w drodze do wyjścia.
I tyle. Zostałam sama przy stole śniadaniowym.
Przewróciłam oczami i sięgnęłam po drożdżówki i owoce. Przynajmniej jedzenie było naprawdę pyszne.
Resztę dnia przesiedziałam w swoim pokoju, obchodząc każdy kąt mojego nowego terytorium i w myślach zaznaczając potencjalne drogi ucieczki — nawyk, który wszedł mi w krew lata temu.
Gdy zapadł wieczór, zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się znajome imię.
„Lucas” — odebrałam. „Co jest?”
„Czyli jednak jesteś w Nowym Jorku” — powiedział mój prawa ręka.
„Myślałem, że żartowałaś z tym całym aranżowanym małżeństwem”.
„Niestety, to nie żart” — wyjaśniłam.
„Zjedz ze mną kolację” — oznajmił. „Muszę cię i tak wprowadzić w kilka spraw Azure, a jak odmówisz, to przyjadę do posiadłości Sterlingów i sam cię stamtąd zgarnę”.
Westchnęłam, bo wiedziałam, że dokładnie tak by zrobił. „Dobra. Wyślij mi adres”.
Trzydzieści minut później, po tym jak powiedziałam Tylerowi, że wychodzę, opuściłam posiadłość Sterlingów taksówką.
Lucas czekał na mnie w eleganckiej restauracji w Midtown, a jego skrojony na miarę garnitur i ostre rysy przyciągały pełne uznania spojrzenia gości przy sąsiednich stolikach.
Jako publiczna twarz dyrektora operacyjnego Azure był przyzwyczajony do takiej uwagi.
W trakcie kolacji Lucas zdał mi raport z kilku trwających projektów, po czym uparł się, żebyśmy przenieśli rozmowę do ekskluzywnego baru niedaleko.
„No więc” — usiedliśmy w przyciemnionym kącie z drinkami w dłoniach — „ktoś ci robi pod górkę w posiadłości Sterlingów? Powiedz słowo, a ja się tym zajmę”.
Roześmiałam się.
„Kto niby miałby mnie gnębić?”
Lucas zastanowił się chwilę, a potem uśmiechnął się pod nosem.
„Fakt. Prędzej ty będziesz tą, co gnębi”.
„Aż mnie zabolało od tego oskarżenia” — powiedziałam, udając dotkniętą, i przyłożyłam dłoń do piersi.
Jego mina spoważniała.
„Naprawdę zamierzasz w to brnąć? Naprawdę masz się zaręczyć z jednym z tych Sterlingów?”
Zamieszałam bursztynowy płyn w szklance. Ciepło alkoholu mieszało mi się w głowie z irytacją i tępym, nieprzyjemnym poczuciem, że ktoś właśnie próbuje zapiąć mi życie na cudzy guzik.
„Jeszcze nie wiem. Obiecałam ojcu, że uszanuję to ustalenie, ale…”
„Ale zrobisz to po swojemu” — dokończył za mnie Lucas, znając mnie aż za dobrze.
„No jasne”.
Kiedy dalej rozmawialiśmy na pierwszym piętrze baru, nikt nie zauważył czujnych oczu, które śledziły każdy nasz ruch ze strefy VIP na drugim piętrze, tuż nad nami.
