Rozdział 4
Perspektywa Lily
— Rodzina Sterlingów pewnie myśli, że jesteś tylko jakimś przybłędą, kotem żebrzącym pod ich drzwiami. Nie mogę sobie wyobrazić ich miny, kiedy w końcu odkryją, że tak naprawdę jesteś lwicą — powiedział Lucas.
Roześmiałam się na jego słowa, a drogi whiskey przyjemnie rozgrzał mi gardło, kiedy siedziałam wygodnie w cichym kącie baru.
Przez chwilę dobrze było odetchnąć, zluzować i wrócić do tej znajomej, pewnej nici porozumienia z moją prawą ręką.
Przetrwaliśmy razem niezliczone biznesowe pożary, a jego bezpośredniość była dokładnie tym, czego potrzebowałam po dwóch dniach w rezydencji Sterlingów.
— Powinieneś widzieć minę Elizabeth, kiedy zobaczyła mnie po raz pierwszy — powiedziałam, naśladując jej ściągniętą, spiętą twarz. — Jakby poczuła coś wyjątkowo obrzydliwego.
Lucas wyszczerzył się.
— Nie ma co jej winić, że czuje się zagrożona. Na pewno nie jesteś tym, czego się spodziewali.
— I o to chodzi — zakręciłam bursztynowym płynem w szklance. — Niech mnie lekceważą. Na dłuższą metę wszystko robi się wtedy prostsze.
Lucas przeprosił i poszedł do toalety, zostawiając mnie samą przy stoliku. Przesunęłam palcem po ekranie telefonu, sprawdzając najnowsze dane z działu R&D Azure.
Prototyp szedł naprawdę dobrze, co oznaczało, że do końca kwartału nasze akcje mogły podskoczyć o kolejne piętnaście punktów.
Oczywiście rodzina Sterlingów nie miała o tym pojęcia.
Dla nich wciąż byłam tylko dziewczyną z prowincji, która jakimś cudem miała szczęście wejść w układ z ich ukochaną, „szacowną” rodziną.
Nie zauważyłam, że podchodzi, dopóki nie uderzył mnie nieprzyjemny zapach, a cień jakiegoś mężczyzny nie padł na mój stolik.
— Hej, piękna — bełkotał, ewidentnie po kilku głębszych.
Drogi zegarek i markowe ciuchy nie były w stanie przykryć śliskości, która wręcz z niego kapała.
— Postawię ci drinka?
Nie zawracałam sobie głowy, żeby podnieść wzrok.
— Nie, dziękuję.
Nie zrozumiał aluzji i zamiast się odczepić, usiadł prosto na pustym miejscu Lucasa.
— No weź. Ja tylko chcę być miły.
Jego wzrok ślizgał się po mojej czarnej, kwiecistej sukience w sposób, od którego aż mnie skręcało.
— Taka ładna dziewczyna nie powinna pić sama.
— Nie jestem sama — odpowiedziałam lodowato. — I nie jestem zainteresowana.
Po czym dodałam:
— Zwłaszcza tobą.
Jego uśmiech wykrzywił się w coś brzydkiego — może od alkoholu, a może po prostu od nadmiaru testosteronu.
— O, grasz niedostępną, co? Słuchaj, nie cwaniakuj ze mną. Przychodzisz do takiego miejsca, ubrana tak… — machnął ręką w stronę mojego stroju. — Oboje wiemy, czego chcesz.
W końcu spojrzałam mu prosto w oczy, z zupełnie obojętną miną.
— A czego dokładnie, twoim zdaniem, chcę?
— Tego samego, czego chcą wszystkie golddiggerki.
Pochylił się bliżej, a jego ciężki od alkoholu oddech uderzył mnie w twarz.
— Nie udawaj świętej. Podaj cenę, kochanie. Mam kupę kasy.
Poczułam błysk wściekłości, ale mój głos pozostał spokojny.
— Nie jestem zainteresowana. Odsuń się. Teraz.
— Suko, nie wciskaj mi tego. Nikt mi nie odmawia. Ile chcesz? Powiedz tylko.
Odsunęłam nadgarstek, gdy sięgnął po moją rękę — złapanie przez takiego typa zostawia ślad w głowie na długo — i jednocześnie chwyciłam pustą butelkę ze stołu, po czym rozbiłam ją o jego głowę. Nie na tyle mocno, żeby zrobić mu poważną krzywdę, ale wystarczająco, żeby przekaz był jasny jak słońce.
Zaskowyczał, a dłoń poleciała do skroni, gdzie pojawiła się niewielka rana.
— Nie chcę twoich pieniędzy — powiedziałam, a mój głos zrobił się niebezpiecznie cichy.
— Chcę twojego życia. Dalej chcesz składać ofertę?
Zamieszanie przyciągnęło uwagę — kilku gości odwróciło się, żeby gapić się w naszą stronę, a ochrona zaczęła ruszać w naszym kierunku.
W tym samym czasie William na drugim piętrze zauważył sytuację.
Przyjaciel Williama, Theo Jennings, zobaczył jego zaniepokojoną minę, uniósł brew i rzucił zaczepnie:
— Oho? Nasz William wreszcie się kimś interesuje? Podoba ci się?
— Jest na pewno piękna. Chcesz, żebym załatwił ci do niej kontakt?
Głos Williama pozostał chłodny, kiedy odpowiedział:
— Za dużo gadasz.
Prawda była taka, że obserwował sytuację od samego początku i zdecydował, że zejdzie na dół pomóc Lily w chwili, gdy tylko wypatrzył tego oblecha. Nie dlatego, że ją lubił, tylko dlatego, że ojciec kazał mu mieć ją na oku.
Nie spodziewał się, że Lily zareaguje aż tak stanowczo, więc przystanął na moment, kiedy już podnosił się z krzesła.
Jednocześnie zobaczył wracającego Lucasa i usiadł z powrotem.
Theo zamarł.
– Czy to jest… Lucas?
William spojrzał na niego z ciekawością.
Theo wyjaśnił:
– Lucas jest dyrektorem operacyjnym Azure. Ta firma jest strasznie tajemnicza i potężna, ale mało kto wie, kto tak naprawdę stoi za nią jako przewodniczący.
– William, ty jesteś dużo lepszy niż Lucas. Spokojnie możesz poderwać tę piękną dziewczynę.
William nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w Lucasa i Lily.
Lucas wrócił i od razu ocenił sytuację. Jego twarz stężała.
– Co tu się dzieje? – stanął między mną a mężczyzną, który nadal trzymał się za głowę.
– Ta wariatka jest nienormalna! – bełkotał facet, wskazując na mnie. – Napadła mnie!
Lucas zwęził oczy.
– Ta „wariatka” jest moją znajomą i jakoś nie wierzę, że zaatakowałaby cię bez powodu. – Wyprostował się, a ja zobaczyłam, jak na twarzy tamtego pojawia się nagłe olśnienie.
– Czekaj… ty jesteś Lucas Wright. COO z Azure?
Lucas uśmiechnął się chłodno.
– Zgadza się. A ty jesteś…?
Mężczyzna wyraźnie pobladł.
– Ja… ja nie wiedziałem, że ona jest z tobą. No, to było nieporozumienie…
– Nieporozumienie, które właśnie się kończy – uciął Lucas. – Wynoś się stąd, zanim uznam, że warto zrobić z tego aferę. Publicznie. I zanim stanie się to naprawdę kłopotliwe dla tej twojej reputacji, którą tak sobie cenisz.
Facet mamrotał przeprosiny, cofając się w popłochu, akurat gdy podeszła ochrona, żeby sprawdzić, co się dzieje. Lucas sprawnie ich spławił, tłumacząc, że sytuacja jest opanowana.
– No pięknie, popsuło mi to humor – westchnęłam, chwytając torebkę. – Myślę, że na dziś koniec.
Lucas skinął głową.
– Odwieźć cię do domu?
– Nie, zamówię sobie auto. Ty zostań i dokończ spotkanie.
Wiedziałam, że później ma jeszcze umówionego jakiegoś partnera biznesowego.
– Spokojnie, umiem dotrzeć do domu sama.
– Tego – Lucas uśmiechnął się – nigdy nie kwestionowałem.
Kiedy wyszłam z baru, nocne powietrze było chłodne i przyjemnie musnęło mi skórę.
Zamówiłam samochód w telefonie i zapaliłam papierosa, czekając, po czym zaciągnęłam się głęboko.
Ten znajomy rytuał mnie uspokajał; dym wirował w ciemnym niebie, a ja oparłam się o latarnię.
„Tato, trzymasz się tam?” pomyślałam cicho.
„Czy to całe ustawienie naprawdę było tym, czego chciałeś?” Prawie słyszałam jego śmiech, widziałam zmarszczki w kącikach oczu.
„Zawsze będziesz robiła wszystko po swojemu, Lily” – powiedziałby.
Czasem tęskniłam za nim tak mocno, że aż bolało fizycznie, jakby ktoś ścisnął mi klatkę piersiową.
Zbliżyły się światła samochodu. Strzepnęłam papierosa, przydeptałam go obcasem i sięgnęłam do klamki. Dopiero gdy już otworzyłam drzwi, dotarło do mnie, jaki popełniłam błąd — to nie było auto, które zamówiłam.
Z tyłu siedział William Sterling, a jego ostre, szaroniebieskie oczy spojrzały na mnie z lekkim zaskoczeniem.
– Cholera, przepraszam – powiedziałam, szykując się, by zamknąć drzwi. – Zły samochód.
– Wsiadaj – rzucił po prostu.
Poczułam lekkie zdenerwowanie, bo nagle dotarły do mnie konsekwencje tej wcześniejszej awantury w barze. Czy on to widział? Był w tym samym miejscu? Myśli zaczęły mi biec jak oszalałe.
Jeśli William tam był, mógł widzieć mnie z Lucasem. To mogło skomplikować sprawy.
Ale czemu właściwie miałabym się denerwować? Wyprostowałam ramiona i wsunęłam się na tylne siedzenie obok niego.
– Ale zbieg okoliczności – powiedziałam lekko. – Ja tylko wyszłam ze znajomym. Ty też?
William skinął raz, jego twarz w półmroku pozostawała nie do odczytania.
Odwróciłam się do okna, a mózg pracował na najwyższych obrotach. Czy on obserwował mnie od początku?
Czy widział Lucasa?
Co pomyśli o naszej relacji?
William Sterling nie był głupi. Musiał się zastanawiać, jak to możliwe, że ja — rzekoma dziewczyna ze wsi — już znam Lucasa Wrighta, przedstawiciela jednej z najbardziej tajemniczych firm technologicznych w Nowym Jorku.
Cisza między nami ciągnęła się w nieskończoność, a ja czułam, jak co jakiś czas jego spojrzenie na mnie wraca — kalkulujące, intensywne.
William mógł udawać chłodnego, obojętnego prezesa, ale zaczynałam podejrzewać, że za tym stalowym spojrzeniem kryje się coś więcej.
Pytanie brzmiało: czego on właściwie ode mnie chciał?
