Rozdział 6

Perspektywa Lily

Od niechcenia podniosłam menu.

— Co tu jest dobre?

Leonard zachichotał, odchylając się na krześle.

— Makaron mają pierwsza klasa.

Przez chwilę mi się przyglądał, po czym dorzucił:

— Wiesz, Lily, ze wszystkich braci Sterlingów to tak naprawdę William robi największe wrażenie. Odkąd został CEO, dużo osiągnął, domknął kilka grubych projektów i ustabilizował rozwój firmy. Jest opanowany, konkretny i ma zasady. Warto go brać na serio, na pierwszym miejscu.

Prawie zakrztusiłam się wodą, a na twarzy od razu pojawił mi się grymas sprzeciwu.

— Niemożliwe, Leonard. Dlaczego miałabym się interesować ludzką bryłą lodu? Ten facet prawie się nie odzywa, a jak już coś powie, to jakby każde słowo kosztowało go milion.

Moje poranne flirtowanie z Williamem było tylko po to, żeby go podpuścić. Sama myśl o byciu z kimś tak zimnym i spiętym sprawiała, że przechodził mnie dreszcz.

Leonard parsknął gromkim śmiechem.

— A czy ta panna nie protestuje przypadkiem trochę za mocno?

Kiedy posłałam mu spojrzenie spod byka, uniósł ręce w geście kapitulacji.

— Dobra, dobra. A pozostali? Thomas jest bystry, ale cwany — zawsze coś kombinuje. Henry ma urok, ale żyje na świeczniku. Samuel wydaje się miły, ale pod tym uśmiechem jest coś wyrachowanego. A Michael…

Zrobił minę i nie dokończył.

— Jest zadufanym w sobie małym dupkiem — dokończyłam za niego. — Tak, zauważyłam.

Po lunchu wróciliśmy do siedziby Sterlinga i całe popołudnie przesiedziałam z Leonardem w ochronie, nadrabiając zaległości i wymieniając ploteczki o wspólnych znajomych z Doliny Krzemowej.

Tymczasem William skończył spotkania i wrócił do gabinetu, a ciekawość popchnęła go do pytania.

— Gdzie jest panna Reed? — zapytał asystenta.

— Wciąż w biurze ochrony, proszę pana. Jest z Petersonem cały dzień.

William zmarszczył brwi. Coś tu nie grało. Rano twierdziła, że najbardziej interesuje ją on, a potem cały dzień przesiedziała, gawędząc ze starszym ochroniarzem, zamiast próbować go poznać. W co ona gra?

Po chwili namysłu William podjął decyzję.

— Sprawdź życiorys Leonarda Petersona. Chcę wiedzieć o nim wszystko. I sprowadź pannę Reed do mojego gabinetu.

— Już się robi, proszę pana.

Kiedy asystent przyszedł po mnie, szłam do gabinetu Williama w swoim tempie, specjalnie zatrzymując się, żeby podziwiać obrazy na korytarzach i zagadać przypadkowych pracowników.

Zanim dotarłam do gabinetu na rogu, minęło prawie piętnaście minut.

Weszłam bez pukania, omiatając wzrokiem sterylną przestrzeń szkła i chromu oraz obłędny widok na Manhattan.

William siedział za ogromnym biurkiem, z miną jak zwykle nie do odczytania.

— Wzywałeś mnie? — zapytałam leniwie, siadając na krześle bez czekania na zaproszenie.

Szczęka Williama zacisnęła się prawie niezauważalnie.

— Jeśli mój ojciec dowie się, że spędziłaś cały dzień w ochronie zamiast ze mną, pomyśli, że cię zaniedbuję albo źle traktuję.

Od razu ożyłam, a na twarz wpełzł mi psotny uśmiech.

— O mój Boże, masz absolutną rację!

Wypaliłam głośno, wypuszczając na wolność moją wewnętrzną królową dramatu.

— Powinnam natychmiast zadzwonić do Waltera i powiedzieć mu, jak mnie porzuciłeś na cały dzień! Jaki jesteś zimny i zdystansowany! Zostawiłeś mnie z ochroną, a sam poszedłeś na ważniutkie spotkania!

William był kompletnie zamurowany moim przedstawieniem.

— Żartuję.

Dodałam z zadowolonym uśmieszkiem.

— Wyluzuj, William. Twój ojciec wie, że jesteś zajęty prowadzeniem firmy wartej miliardy. Jestem dużą dziewczynką — umiem się sobą zająć.

William ścisnął palcami nasadę nosa, jakby żałował, że w ogóle mnie tu ściągnął.

Bez słowa odwrócił się do komputera i zaczął pisać, skutecznie mnie ignorując.

— Serio? — rzuciłam, zakładając nogę na nogę. — Wezwałeś mnie tutaj tylko po to, żeby mnie ignorować?

Pisał dalej, nawet na mnie nie zerkając.

— No pięknie — powiedziałam zirytowana. — To ja też potrafię w takie gierki.

Wyjęłam telefon i odpaliłam moją ulubioną grę battle royale, specjalnie ustawiając głośność na maksa, zanim weszłam do meczu.

Strzały i eksplozje wypełniły wcześniej cichy gabinet.

William na moment przestał pisać, ale nie powiedział ani słowa.

Dziesięć minut po rozpoczęciu gry moi współgracze udowodnili, że są kompletnymi debilami.

Nie byłam już w stanie zapanować nad frustracją.

— Czy wy mnie, kurwa, robicie w konia? — ryknęłam do headsetu. — Karmicie przeciwników fragami szybciej, niż InPost ogarnia paczkomaty! Jezu Chryste!

Kątem oka zobaczyłam, jak głowa Williama gwałtownie idzie w górę — ewidentnie zszokowany moim wybuchem.

— Ręce, nie nogi, do cholery! — ciągnęłam ochrzan, nie oszczędzając tych nieszczęsnych patałachów. — Przysięgam, jesteście jak miniony, co tylko się odradzają, tylko z lepszą grafiką!

Gdy mój monolog się nie kończył, złapałam w szklanej ścianie odbicie Williama.

Wargi miał zaciśnięte w cienką kreskę, ale w oczach coś mu błysnęło... rozbawienie? A może zwykła irytacja i zmęczenie?

Przeciwnicy zaczęli odpowiadać wyzwiskami, a ich głosy leciały z głośnika w telefonie tak głośno, że William bez problemu słyszał każde słowo.

Zauważyłam, jak napinają mu się barki.

Pewnie z każdą sekundą coraz bardziej żałował, że w ogóle przyprowadził mnie do swojego biura.

A mnie to bawiło jak diabli.

Pewnie myślał, że ja naprawdę go nie znoszę, zamiast go lubić — jak mu rano wcisnęłam.

No i co z tego?

Przynajmniej przy Williamie nie byłam nudna, nawet jeśli ta rozrywka odbywała się jego kosztem.

Kiedy gra się skończyła (żałosną porażką, dzięki moim bezużytecznym współgraczom), William zdążył już dokończyć to, co robił. Wstał, wziął płaszcz i wskazał drzwi.

— Wychodzimy — powiedział krótko.

Lenwie się przeciągnęłam i powoli zamknęłam grę.

— Fajnie było. Powinniśmy to powtórzyć.

— Idź czekać do parkingu podziemnego — polecił, tonem, który jasno dawał do zrozumienia, że to nie propozycja. — Zaraz zejdę.

— Nudny typ — wzruszyłam ramionami, idąc w stronę windy, zaskakująco zadowolona z siebie.

Drażnienie Williama stawało się moim nowym ulubionym hobby.

Ledwo wyszłam, a do biura Williama weszła jego asystentka.

— Proszę pana, znalazłam informacje, o które pan prosił.

William słuchał uważnie, gdy asystentka ujawniła, że Leonard Peterson wcale nie jest zwykłym ochroniarzem.

Miał na własność mnóstwo nieruchomości w najlepszych punktach Manhattanu i był wart miliardy — najwyraźniej deweloperski rekin, który z nudów bawił się w ochroniarza.

— A co z jego relacją z panną Reed?

— Nadal niejasne, proszę pana. Wyglądają, jakby się znali, ale nie potrafię ustalić, skąd i jak.

William skinął głową, pogrążony w myślach. Najpierw Lucas Wright z Azure, teraz miliarder udający ochroniarza — powiązania Lily Reed kompletnie nie pasowały do rzekomej dziewczyny ze wsi z Vermont. Jej przeszłość była wyraźnie bardziej zawiła, niż wyglądało na pierwszy rzut oka.

Jednak William przypomniał sobie, że to nie jego sprawa.

Dopóki Leonard Peterson nie stanowił zagrożenia, tajemnicze relacje Lily nie były jego problemem.

Po prostu spełniał życzenie ojca, spędzając z nią czas — nic więcej.

Wszystko było tylko po to, żeby odhaczyć zadanie.

Czekałam w samochodzie prawie piętnaście minut, zanim William w końcu się pojawił, z ponurą miną, gdy usiadł na miejscu kierowcy.

— No proszę, kto łaskawie postanowił się wreszcie zjawić — droczyłam się.

— Tyle ci zeszło? Coś... ciekawego stało się z twoją asystentką?

Uniósłam znacząco brwi, po czym teatralnie spojrzałam na zegarek.

— Chociaż nie, nieważne. To było za szybko. Czyli w tej dziedzinie raczej nie błyszczysz, co? Znam lekarza, co leczy takie rzeczy... bardzo skutecznie!

Twarz Williama ściemniała od złości i niedowierzania.

Bez słowa odpalił silnik, a jego kostki na kierownicy zbielały.

— Dalej nie zamierzasz gadać? — naciskałam, bawiąc się jego dyskomfortem zdecydowanie za bardzo. — Język ci kot zjadł?

— Milczenie znaczy, że mam rację co do twoich... problemów z formą, co?

— Możesz przestać mówić? — odezwał się w końcu, głosem niskim i opanowanym.

Uśmiechnęłam się szeroko i oparłam wygodniej.

— Nie. Lepiej się przyzwyczaj, William. Mam przeczucie, że będziemy spędzać ze sobą dużo więcej czasu.

Gdy wyjeżdżaliśmy spod siedziby Sterlinga, nie mogłam przestać się zastanawiać, co William odkrył na temat Leonarda.

Cokolwiek to było, wyglądało na to, że jeszcze bardziej mnie nim zainteresowało...

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział