Rozdział 2
Punkt widzenia: Sera
Znałam tę kobietę. Była córką Alfy z innej Sfory; krążyły plotki, że dorastała u boku Cadena, a ich więź była bliska i głęboka.
Elena obudziła się wcześnie i po przemianie opuściła Ashenford, żeby trenować pod okiem potężniejszych wilkołaczych mentorów. Nie miałam wcześniej okazji jej poznać.
Ale nie obchodziło mnie, o kim on myślał.
Sądziłam, że wszystko będzie inne. Sądziłam, że nikt nie odważy się już nazwać mnie „bezwartościową”, że nikt nie zdoła nas rozdzielić.
Następnego ranka obudziłam się przy Świętym Źródle, a jego płaszcz był na mnie narzucony.
Z sercem przepełnionym radością pobiegłam z powrotem do dworu, nie mogąc się doczekać, by podzielić się nowiną ze wszystkimi.
A jednak na zakręcie korytarza usłyszałam jego rozmowę z Betą.
— Alpha, jak poradziłeś sobie wczoraj w nocy z rują? — zapytał Beta z troską.
Głos Cadena był zimny jak lód: — Znalazłem sukę w cieczce. Załatwiłem sprawę.
— Ale… wyczułem w lesie zapach Sery, a w twoim zapachu było…
— Zamknij się. — Caden uciął mu, a w tonie pobrzmiewała ledwie dostrzegalna irytacja. — To był wypadek. Ona jest po prostu Bez Wilka. Sfora nie zaakceptuje Bez Wilka jako Luny. Była tylko narzędziem do ulgi. Ta sprawa ma zostać pogrzebana.
Zamarłam w miejscu.
Narzędzie. Wypadek. Bez Wilka.
Więc ta święta „więź” była w jego oczach jedynie przypadkowym rozładowaniem.
Choć nasze dusze zdążyły się już splątać, on wciąż potrafił kłamać prosto w oczy, odmawiając uznania mnie za przeznaczoną partnerkę.
Nie odważyłam się wybiec i skonfrontować z nim.
Bo wiedziałam, że gdybym to zrobiła, żeby zachować jego godność jako Alfy i ochronić jego wizję „idealnej Luny”, zabiłby mnie.
Mogłam tylko pogrzebać sekret tamtej nocy głęboko w sobie.
Wkrótce jednak odkryłam, że po tamtej nocy mój brzuch zaczął stopniowo się zaokrąglać.
Nosiłam dziecko Cadena.
Dni ciąży były najdłuższym, najciemniejszym okresem w całym moim życiu.
Jako Bez Wilka i tak zajmowałam najniższy szczebel w hierarchii Sfory, mieszkając w najbardziej odległej, lodowatej drewnianej chacie. Caden nigdy nie pozwoliłby mi nosić jego dziecka. Żeby uniknąć wykrycia, musiałam każdego dnia ciasno obwiązywać brzuch i zakładać za duże, stare ubrania, nawet gdy boleśnie wbijały mi się w żebra, nawet gdy dziecko niespokojnie kopało we mnie na znak protestu.
Nie odważyłam się chodzić do centrum medycznego na badania, nie odważyłam się wziąć z Domu Sfory ani jednego dodatkowego kęsa jedzenia, przerażona, że ktoś coś zauważy.
Kiedy zapadała noc i schodziła cisza, chowałam się pod przykryciem, ukradkiem gładząc coraz bardziej wypukły brzuch, i szeptałam w myślach: „Maleństwo, przepraszam. Mama nie może pozwolić ci ujrzeć światła. Bądź grzeczne, bądź zdrowe, a kiedy mama cię urodzi, odejdziemy stąd…”
Poród zaczął się podczas burzy z piorunami.
Bez lekarza, bez środków przeciwbólowych, nawet bez czystego ręcznika.
Zacisnęłam zęby na patyku, skuliłam się na spleśniałej stercie słomy i znosiłam rozdzierający ból sama. Bałam się, że moje krzyki zwabią wojowników z patroli, więc mogłam tylko wcisnąć twarz w podarte watowane wypełnienie, pozwalając, by zimny pot i łzy przemoczyły całe moje ciało.
Kiedy wreszcie rozległ się ten słaby płacz, niemal zemdlałam z wyczerpania.
Dziewczynka.
Taka maleńka, taka chuda, o skórze w niezdrowym sinofioletowym odcieniu, z płaczem słabym jak u umierającego kociaka.
Drżąc, przytuliłam ją do piersi, ogrzewając jej zimne, drobne ciałko własnym ciepłem, a łzy płynęły mi niepowstrzymanie: — Lily… moja Lily… wreszcie jesteś.
Myślałam, że przyjście dziecka na świat będzie dla mnie rekompensatą od Bogini Księżyca.
Ale się myliłam. Kruchość Lily i jej nieustanne choroby stały się moim nowym koszmarem i kolejnym powodem, by Sfora nami gardziła. Nikt nie przejmował się stanem Lily — przeciwnie, szydzili z nas chłodno, mówiąc, że Lily to jakiś nieznany „bękart” niegodny życia wśród Sfory.
Z powodu niedożywienia w czasie ciąży Lily urodziła się z poważnymi wadami.
Nie mogła mieć odporności typowej dla zwykłych wilczych szczeniąt — nawet najzwyklejsze przeziębienie potrafiło sprawić, że przez kilka dni płonęła gorączką.
Przytłoczona trudnościami zdołałam z trudem wychować Lily do wieku, w którym potrafiła mówić i chodzić, ale wtedy Elena wróciła z zagranicznych treningów.
Wydawała się wobec nas dość życzliwa. Kiedyś wierzyłam, że może przekona Cadena, by nas zaakceptował.
Ale trzy tygodnie temu Lily znów dostała gorączki. Jej ciało stawało się coraz słabsze, a leki, które potrafiłam sama zdobyć, przestały wystarczać, by utrzymać jej stan.
Zabrałam ją do ośrodka medycznego Sfory.
Uzdrowiciel, doktor Maren, nawet nie zdjął okularów w złotej oprawce; rzucił tylko chłodne spojrzenie na Lily skuloną na krześle.
— Osoby spoza Sfory nie są objęte priorytetem leczenia. Następny.
— To dziecko Alfy Cadena! — próbowałam protestować, głos mi drżał. — Wystarczy jedna sesja leczenia… jej stan się ustabilizuje!
— To było kiedyś! — uciął mnie doktor Maren lodowato, a w jego oczach czaiła się pogarda. — Teraz Alfa Caden ma własną Lunę. Zasoby trzeba przeznaczać dla przyszłej pani. A ty… Sera, nie używaj tych starych historii, żeby szantażować Alfy moralnie. Zabierz ją i wyjdź.
Dwa tygodnie temu Lily płonęła taką gorączką, że nie była w stanie nawet stać; zwinięta w podarty koc trzęsła się z zimna, a jej skóra przybrała przerażający, popielaty odcień.
Sprzedałam ostatnie rzeczy, które zostawił mi ojciec, i pojechałam za miasto szukać ludzkich lekarzy. Ale ci medycy nie potrafili wskazać żadnej przyczyny, mówiąc jedynie o „niewyjaśnionej niewydolności narządów”.
Nie miałam pieniędzy na ludzki szpital, więc musiałam przywieźć Lily z powrotem.
Siedem dni temu Lily zaczęła tracić przytomność.
Rozpacz rozszarpywała mnie jak dzikie zwierzę.
Tego wieczoru w posiadłości urządzano wystawne przyjęcie przedceremonialne. Jak wariatka wpadłam do środka, ignorując próby strażników, by mnie zatrzymać, i wdarłam się do olśniewającej sali.
Blask kryształowego żyrandola kłuł mnie w oczy. Wokół stali elegancko ubrani goście z drogim szampanem w dłoniach, patrząc na mnie — rozczochraną kobietę — jak na żałosny dowcip.
Przepchnęłam się na środek tłumu, rozpaczliwie zastępując Alfie Cadenowi drogę.
— Alfa Caden! — chwyciłam nogawkę jego szytych na miarę spodni od garnituru, głos miałam zdarty, a łzy mieszały się z brudem i spływały mi do ust. — Lily umiera! Potrzebuje tylko leczenia! Obiecałeś mojemu ojcu… obiecałeś, że nas ochronisz!
Caden się zatrzymał. Zakręcił kieliszkiem w dłoni, lekko marszcząc brwi, jakbym była tylko natrętną muchą bzyczącą mu u stóp. Obok niego Elena miała na sobie migoczącą suknię wieczorową i z łagodną gracją trzymała go pod ramię — z opanowaniem godnym Luny.
— Caden — odezwała się miękko Elena, a w jej głosie pobrzmiewała idealnie dobrana nuta troski — to musi być panna Sera? Wygląda na bardzo roztrzęsioną. Może powinniśmy…
— Nie trzeba. — Głos Cadena był niski, zimny, niosący niepodważalny autorytet.
W jego spojrzeniu nie zostało ani śladu dawnej czułości — tylko irytacja, że mu przeszkadzam.
Delikatnie strącił moją dłoń, jakby była czymś brudnym.
— Sera — spojrzał na mnie z góry, ton miał lodowaty — ludzie muszą nauczyć się dorastać. Nie mogę wiecznie żyć w cieniu poprzedniego pokolenia. Elena jest Luną, którą wybrałem. Moja odpowiedzialność to przyszłość Sfory, nie łatanie studni bez dna.
— Studni bez dna? To twoja córka! — wrzasnęłam, nie dbając już ani o etykietę, ani o pozory.
Ale Caden pozostał niewzruszony.
Porzuciłam resztki godności, chcąc jedynie zdobyć choć odrobinę nadziei dla mojej córki. Uklękłam na podłodze i biłam pokłony raz za razem, aż czoło zaczęło mi krwawić.
— Alfo, proszę… proszę, ratuj ją!
Ludzie wokół patrzyli na mnie wyłącznie z chłodem i obrzydzeniem. Nikogo nie obchodziło, czy żyjemy, czy umrzemy.
— To twoje dziecko, nie moje. — Caden przechylił lekko głowę i rzucił do stojącego obok kapitana straży dwa słowa: — Usunąć ją.
W tej chwili, gdy wywlekano mnie z sali, obejrzałam się i zobaczyłam Elenę.
Stała w centrum gości, z tą maską współczującej litości na twarzy.
Ale w tamtej sekundzie, kiedy nasze spojrzenia spotkały się ponad tłumem, wyraźnie dostrzegłam satysfakcję błyskającą w jej oczach.
To było spojrzenie zwyciężczyni oglądającej owada.
Tamtej nocy zamknięto mnie w izbie zatrzymań; chodziłam nerwowo tam i z powrotem po ciemnej, brudnej kamiennej posadzce. Niezliczoną ilość razy waliłam w drzwi, błagając tych na zewnątrz, żeby mnie wypuścili, żebym mogła sprawdzić, co z moją córką. Każdą prośbę odrzucano, ignorowano.
W końcu mogłam już tylko zwinąć się w wilgotnym kącie, czując bezradną, szaloną panikę.
A tej samej nocy Lily leżała na naszym obskurnym, małym łóżku i przestała oddychać na zawsze.
