Rozdział 4
Punkt widzenia: Caden
Bogaty zapach sali bankietowej wzbudził we mnie ledwie wyczuwalne znużenie.
Stałem na podwyższeniu, kręcąc w dłoni kieliszkiem wina, a mój wzrok obojętnie sunął po uniżonych twarzach poniżej. Zbyt wiele razy uczestniczyłem w podobnych uroczystościach, by jeszcze je liczyć. Tak zwana „Ceremonia Koronacji Luny” była niczym więcej jak politycznym spektaklem, mającym umocnić pozycję watahy.
Elena stała obok mnie, uśmiechając się z nieskazitelną perfekcją, niczym wykwintna porcelanowa lalka. Delikatnie wsunęła ramię pod moje, a jej głos brzmiał słodko, jakby kokietowała. — Caden, spójrz… wszyscy nam błogosławią. Tamten starszy właśnie powiedział, że jestem najbardziej elegancką Luną, jaką Wataha Żelaznego Księżyca widziała od stu lat.
Opuściłem na nią wzrok. Elena była piękna, urodzona w znamienitym rodzie, potężna w sile — idealny wybór dla naszego małżeńskiego sojuszu. Gdy na nią patrzyłem, moje zwykle lodowato zimne oczy natychmiast miękły, zastępowane nawykową pobłażliwością.
To ona powinna być moją wybraną partnerką, miłością mojego życia.
— Jesteś najpiękniejsza, Eleno — mruknąłem, ściszając głos. — Oni mają rację. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Dziś w nocy, jeśli ktokolwiek sprawi ci choćby najmniejszą przykrość, sprawię, że zniknie.
Uśmiech Eleny rozjaśnił się jeszcze bardziej. Przysunęła się do mnie i wyszeptała miękko: — Och, nie wspominaj o tych malkontentach. A tak w ogóle, ta kobieta, Sera… Słyszałam, że jej córka umarła? Straszna szkoda, ale to nie ma z nami nic wspólnego, prawda? W końcu dzisiaj jest nasz dzień.
Na dźwięk tego imienia, wbrew sobie, lekko zmarszczyłem brwi.
Obraz tamtej kobiety wyjącej z rozpaczy w deszczową noc przemknął mi przez myśl, nieproszony.
Ta pusta, rozdzierająca duszę obłędność w jej oczach poruszyła we mnie niewytłumaczalną irytację i dyskomfort.
— Umarła? — leniwie zakręciłem kieliszkiem, próbując stłumić ten przebłysk niepokoju; mój ton pozostał obojętny. — To jej własny los. Nie jest jedną z nas — jej życie czy śmierć nie są moją sprawą. Jeśli ty jesteś nieszczęśliwa, to moja wina. Dziś w nocy nie chcę żadnego hałasu, który by ci przeszkadzał.
— Jesteś dla mnie taki dobry, Caden. — Elena uniosła się na palcach i musnęła mój policzek lekkim pocałunkiem.
Przyciągnąłem ją bliżej, obejmując mocno w pasie.
Tak, Sera była tylko wypadkiem, nędzną BezWilczą, plamą, której nie zamierzałem uznawać. A ten martwy szczeniak… to była cena, jaką zapłaciła za to, że nie potrafiła przystosować się do watahy.
— Za przyszłość Watahy Żelaznego Księżyca — uniosłem kieliszek, oznajmiając tłumowi poniżej chłodnym, rozkazującym głosem — i za moją Lunę.
Z dołu wybuchły gromkie brawa.
Ostatnim i najważniejszym punktem bankietu było błogosławieństwo najdostojniejszego starszego watahy.
Victor, z włosami posrebrzonymi wiekiem, powoli wstał, trzymając w dłoni kieliszek wina. Jego spojrzenie, pełne autorytetu, przesunęło się po sali, po czym zatrzymało na rzucającym się w oczy pustym miejscu, a jego brwi ściągnęły się mocno.
— W tę świętą noc — głos Victora popłynął przez głośniki do każdego zakątka sali — gromadzimy się, by być świadkami związku Alfy Cadena i Eleny. To zaszczyt dla Watahy Żelaznego Księżyca, że tak potężna wilczyca dołącza do naszych szeregów.
Zawiesił głos, a jego ton nagle stał się surowy i pełen niezadowolenia. — Jednak jestem głęboko rozczarowany, że członek naszej watahy okazał taką niewdzięczność, nie stawiając się na tak ważnej uroczystości. Sery, jako członkini tej watahy, nie ma tu w tę radosną okazję. Wataha dała jej schronienie, dała jej miejsce, do którego mogła przynależeć, a ona zamiast okazać wdzięczność, wykorzystuje tę arogancką nieobecność, by popsuć wszystkim nastrój. Tak niewdzięczne zachowanie jest niczym innym jak wyzwaniem rzuconym autorytetowi Alfy!
Po tłumie poniżej przebiegł szmer, a zaraz potem rozległ się chór potępieńczych głosów.
W tej chwili Vera rzeczywiście wysunęła się z tłumu.
Miała na sobie wystawną suknię przygotowaną specjalnie na dzisiejszy wieczór, a na twarzy przyklejony służalczy uśmiech.
— Alpha Victor, Alpha Caden — głos Very był piskliwy i uniżony, jakby bała się, że nikt jej nie usłyszy. — Proszę wybaczyć Serze — nie dopilnowałam, żeby ją porządnie zdyscyplinować. Zawsze była taka uparta, taka głupia. Ta jej zdechła bękartka-córka od początku była ciężarem, a teraz Sera pewnie gdzieś się dąsa z powodu tej pechowej sprawy. Jako jej opiekunka wstydzę się jej! Ktoś taki jak ona, kto nie zna zasad ani wdzięczności, nie zasługuje, żeby zostać w Stadzie Żelaznego Księżyca!
Słowa Very były jak sól sypana na ranę.
Choć i mnie jej przyczepność odpychała, słuchanie, jak jej opiekunka tak jadowicie ją przeklina, wzbudziło we mnie niewytłumaczalne poczucie absurdalności.
Wśród chóru przytaknięć Elena cicho westchnęła i wyszła do przodu. Wyciągnęła rękę i delikatnie ujęła dłoń Very; jej oczy były lekko zaczerwienione.
— Ciociu Vero, proszę tak nie mówić o Serze — głos Eleny był miękki jak wiosenny powiew. — Utrata bliskiej osoby boli — może teraz chowa się gdzieś w kącie i płacze. Nie mam do niej żalu, naprawdę. Dopóki wciąż ma stado w sercu, dopóki ma Cadena, pewnego dnia zrozumie nasze dobre intencje.
Sala na chwilę ucichła, po czym wybuchła oklaskami i pochwałami jeszcze żarliwszymi niż wcześniej.
— Luna jest taka dobra!
— Oto łaska naszej przyszłej Luny!
Spojrzałem na Elenę stojącą obok mnie; moje oczy niemal przelewały się od podziwu i czułości.
Zawsze była taka nienaganna, taka wyrozumiała.
— Zawsze masz zbyt miękkie serce, Eleno — pochyliłem się i szepnąłem jej przy uchu.
Właśnie gdy atmosfera uczty sięgnęła zenitu, ciężkie drzwi sali nagle zostały z hukiem otwarte.
Wpadł strażnik odpowiedzialny za pilnowanie skraju lasu; miał twarz białą jak papier, a ubranie przemoczone, jakby dopiero co wyciągnięto go z wody.
Nie zważając na żaden protokół, padł na kolana. — Alpha! Stało się coś strasznego!
— Co to za zachowanie, takie roztrzęsione? Co się stało?
Strażnik przełknął ślinę i wykrztusił słowa, jąkając się. — To Sera... Sera wzięła urnę z prochami tego martwego dziecka i włamała się do Świętego Źródła! Poszła na dno razem z urną!
Cała sala bankietowa zapadła w śmiertelną ciszę.
Zastygłem.
Nieznany dotąd chłód strzelił mi od podeszew stóp aż po czubek głowy, a serce gwałtownie się skurczyło, jakby ścisnęła je niewidzialna dłoń.
Ta kobieta, która zawsze chodziła za mną jak cień, która nie chciała odejść, choć ją upokarzałem — czy ona umierała?
Poczułem, jak powietrze wokół mnie robi się zimniejsze, i jakoś tak kieliszek wina w mojej dłoni był już zmiażdżony na kawałki.
— Głupia kobieta!
Warknąłem; w moim głosie zabrzmiała przemoc i panika, obce nawet mnie samemu.
To mój wilk ryczał wewnątrz. Czy ona nie wiedziała, co stanie się ze mną, jej przeznaczonym partnerem, jeśli umrze?
Gwałtownie odwróciłem głowę w stronę Eleny, która patrzyła na mnie w szoku, najwyraźniej przestraszona moim obecnym, dzikim wyrazem twarzy.
Ale nie miałem czasu, by ją uspokajać.
— Na co tu stoisz! — ryknąłem na strażnika, z głosem ochrypłym i straszliwym. — Odciąć Święte Źródło! Sprowadzić wszystkich uzdrowicieli, jakich mamy! Jeśli ona umrze, wszyscy dołączycie do niej w śmierci!
Po tych słowach bez chwili namysłu wypadłem z sali bankietowej, a mój czarny płaszcz łopotał za mną jak skrzydła rozwścieczonej bestii.
Za mną rozległ się spanikowany głos Eleny, ale nie potrafiłem rozróżnić, co mówi.
Tylko jedna myśl wrzeszczała mi w głowie jak oszalała:
Ona nie może umrzeć.
Ta kobieta, która nosiła mój sekret, która kochała mnie, nawet gdy ją deptałem — ona absolutnie nie mogła zginąć w Świętym Źródle!
