Rozdział 6 Nowy uczeń

Perspektywa Mii

Minęły dwa lata, odkąd wszystko w moim świecie się rozpadło. Odkąd tamtego dnia moja matka trzasnęła za sobą drzwiami i już ani razu się nie obejrzała, zabierając ze sobą moje rodzeństwo — i ciepło domu. Moi najbliżsi przyjaciele nie po prostu odeszli — sprawili, że poczułam się kimś, kogo należy unikać, plamą na idealnym obrazku, jakim chcieli, żeby było ich życie.

A jednak byłam tu, wciąż przemierzając korytarze Suncrest Academy, z brodą uniesioną na tyle, by wyglądać na niezłomną. Niosłam każdy szept, każde spojrzenie jak niewidzialne ciężary zahaczone pod żebrami. Stałam się przestrogą. Imieniem wypowiadanym zza wypielęgnowanych dłoni. Cieniem, obok którego nikt nie chciał dać się przyłapać.

To był mój ostatni rok przed studiami i musiałam go przetrwać, a potem ukończyć szkołę z wyróżnieniem. Nie mogłam sobie pozwolić na porażkę — nie po tym wszystkim, co straciłam.

To była moja ostatnia szansa, mój ostatni strzał, by zmienić swoją historię. Nie dla oklasków. Nie po to, żeby żałowali tego, co zrobili. Nie próbowałam już być niezapomniana.

Walczyłam o wolność od przeszłości i od bólu. Od wersji mnie, którą próbowali zniszczyć.

Mundur, który nosiłam, był starannie pozszywany na szwach. Buty miałam czyste, ale znoszone. Bez makijażu, bez metek znanych marek — tylko ciche postanowienie kogoś, kto już przetrwał najgorszy rok swojego życia.

Mój ojciec zawsze był tym stałym punktem — tym, który dbał, żeby świeciło się światło, lodówka była pełna, a dom rozbrzmiewał śmiechem. Kiedy umarł, wszystko, co dobre, umarło razem z nim. Moja matka nie rozpaczała długo, jakby jego pamięć nic nie znaczyła, jakby poślubienie kogoś innego było ważniejsze niż opłakiwanie go.

A ci, którzy kiedyś obiecywali, że nigdy nie odejdą? Oni uciekli pierwsi. Moje rzekome najlepsze przyjaciółki zerwały kontakt, jakbym była zaraźliwa, szepcząc, że samo bycie widzianą ze mną ściągnie je na dno.

Gdyby nie pani Rodriguez, rzuciłabym szkołę. Zapłaciła za to, za co moja matka nie chciała zapłacić, i pomogła mi zostać w tej samej akademii, która kiedyś obnosiła się mną jak wzorową uczennicą.

Przysięgłam sobie, że już nie będę celować w światła reflektorów. Ale teraz, kiedy stawką były studia, a moja przyszłość wisiała na włosku, wiedziałam, że muszę cisnąć mocniej niż kiedykolwiek. Nie z dumy, tylko dla przetrwania. Potrzebowałam idealnych ocen, żeby dostać stypendium i drogę ucieczki.

Więc nawet jeśli nikt mi nie zaklaszcze, nawet jeśli pozostanę samotnicą na korytarzu pełnym złotych żyć, podniosę się raz jeszcze.

Pierwszego dnia mijałam szafki powoli, ze wzrokiem utkwionym przed siebie i mocnym uściskiem na książkach. Śmiech odbijał się echem w kątach, do których kiedyś należałam. Znajome głosy. Znajomy ból.

— Czemu ona wciąż tu jest? — mruknął ktoś, gdy przechodziłam obok.

Nie zwolniłam. Już raz mnie roztrzaskano, ale nie teraz. Niech szepczą. Niech się gapią. Ich osąd nie miał już nade mną władzy. A tym razem podniosę się bez przeprosin i bez oglądania się za siebie.

Moje byłe najlepsze przyjaciółki stały się też panującymi królowymi Suncrest Academy.

Teraz nazywały siebie Potężną Czwórką, jakby zapomniały o dziewczynie, z którą kiedyś przysięgały się zestarzeć. Kiedyś moje siostry na dobre i na złe — teraz unosiły się na szczycie towarzyskiego łańcucha pokarmowego: wypolerowane, nietykalne, magnetyczne.

Kapitan futbolu, gwiazdy piłki nożnej, złoci chłopcy każdego sportu kręcili się przy nich jak ćmy zwabione ich blaskiem. A ja? Ja byłam cieniem, który został z tyłu. Zapomnianym imieniem w ich drodze na szczyt, obserwującym z cichych obrzeży świata, który kiedyś też był mój.

Wybrałam miejsce najdalej od centrum — najcichszy kąt przy oknie, gdzie padał cień i spojrzenia rzadko się zatrzymywały. Nie przyszłam tam, żeby zawierać znajomości albo zwracać na siebie uwagę. Przyszłam przetrwać ten rok w spokoju.

Zadzwonił dzwonek i szum w klasie przycichł, gdy uczniowie rzucili się na swoje miejsca. Nasza wychowawczyni, pani Valera, weszła, klaszcząc w dłonie, z nazbyt pogodnym uśmiechem.

— Witajcie w waszym ostatnim roku — powiedziała z uśmiechem. — Sprawmy, żeby się liczył.

Drzwi zaskrzypiały, otwierając się. I wszystko się zmieniło.

Po sali przetoczyła się fala westchnień jak przypływ. Głowy się odwróciły. Szepty zapłonęły natychmiast — ostre, elektryczne.

Nie podniosłam głowy; palce zacisnęły mi się na długopisie, przywykłam do takich reakcji.

Tyle że tym razem nie chodziło o mnie.

— Ty musisz być nowym uczniem? — głos pani Valery złagodniał z ciekawości.

— Tak, proszę pani — padła odpowiedź.

Jego głos był pewny i opanowany. Tego rodzaju spokój mają tylko ludzie, którzy są przyzwyczajeni do tego, że się ich zauważa.

— Przepraszam za spóźnienie. Na chwilę straciłem orientację, ale obiecuję, że to się nie powtórzy.

Puls podskoczył mi na dźwięk tego magnetycznego głosu, zanim zdołałam go powstrzymać, zanim w ogóle zdążyłam pomyśleć.

— Słyszałam same wspaniałe rzeczy — ciągnęła pani Valera, uśmiechając się jeszcze szerzej. — Najwyższe wyróżnienia w twojej szkole za granicą. Biegle mówisz w czterech językach. Można śmiało powiedzieć, że Suncrest właśnie zyskało przyszłego prymusa.

— To Liam Alcaraz, prawda? — Chloe niemal zapiszczała, sycząc do dziewczyny obok. — Jego tata jest właścicielem Alcaraz Group, jednego z największych konglomeratów w kraju. To jest wielka sprawa.

Mrugnęłam, ale starałam się nie zareagować. Nie zamierzałam zachwycać się jakimś bogatym uczniem z przeniesienia, z wyraźnie zarysowaną szczęką i CV.

Chloe jeszcze nie skończyła. — Jego rodzina jest warta miliardy. Studiował w Europie. Słyszałam, że jego mama też jest dziedziczką.

— Proszę usiąść, gdzie pan chce, panie Alcaraz — powiedziała pani Valera.

Jego kroki odbijały się echem powoli, celowo. Poczułam to, zanim go zobaczyłam. Nie szedł na ślepo. Już mnie wypatrzył.

W chwili, gdy wszedł, dostrzegł mnie. Nie dziewczyny trzepoczące rzęsami i szepczące jego imię, jakby było święte. Nie te w markowych butach, wyraźnie przyzwyczajone do uwagi.

Mnie.

Siedziałam przy oknie, z oczami wbitymi w zeszyt, jakbym chciała zniknąć w papierze. Nie poruszył mnie chaos jego wejścia. Ruszył prosto w moją stronę.

— Czy to miejsce jest zajęte? — zapytał, już w połowie siadając, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

A kiedy w końcu podniosłam wzrok, znieruchomiał. Widziałam jego reakcję. Wpatrywał się, jakby się mnie nie spodziewał. Nienawidziłam tej części siebie, która zauważała w nim wszystko.

Ciemne, potargane włosy, jakby pocałowane przez wiatr. Burzowe, szare oczy, które nie drgnęły, gdy spotkały moje. Linia szczęki jak z okładek młodzieżowych dramatów. A ten uśmiech był leniwy, miażdżący i tragicznie dołeczkowaty.

Nikt tak piękny nie miał prawa uśmiechać się w ten sposób.

— Chyba jednak tu usiądę — dorzucił swobodnie.

Mój mózg się zwarł. Tacy chłopcy nie siadali obok takich dziewczyn jak ja. Już nie. Nie odkąd mama odeszła. Nie odkąd moje tak zwane najlepsze przyjaciółki mnie porzuciły. Nie odkąd przestałam być kimś.

Odwróciłam wzrok, próbując utrzymać spokojne tętno. Palce zacisnęły mi się na długopisie jak na linie ratunkowej.

— Jestem Liam — mruknął, gdy pani Valera odwróciła się plecami. Jego głos zszedł nisko, rozbawiony, jakby nie tylko mówił, ale i obserwował, jak się wiercę. — A ty?

Zawahałam się.

Wszystko we mnie krzyczało, żeby go zignorować. Zbudować mur tak wysoki, żeby nawet taki chłopak jak Liam Alcaraz nie zdołał się na niego wspiąć. Znałam jego typ: zbyt czarujący, zbyt pewny siebie, zbyt tymczasowy. Taki, przez którego dziewczyny takie jak ja zapominały, że przysięgły już nigdy nie mieć nadziei.

Ale w jego tonie było coś innego. Był ciekaw, czy w tym miejscu w ogóle się liczę.

— …Mia — wyszeptałam.

Uśmiechnął się znowu. I tym razem dołeczek w jego prawym policzku pojawił się jak sekret ofiarowany tylko mnie.

— Mia — powtórzył powoli, jakby zapisywał to w pamięci. — Miło wreszcie poznać kogoś, kto nie próbuje zrobić na mnie wrażenia.

Nie odpowiedziałam.

Bo po raz pierwszy od dawna coś drgnęło mi w piersi.

I przeraziło mnie. To nie był zauroczenie. To była iskra. Migotanie w chłodzie. Pytanie, którego nie zadałam i na które nie chciałam odpowiadać.

Zmusiłam się, by skupić wzrok na tablicy, choć skóra mrowiła mi od świadomości jego obecności. Nie powiedział już ani słowa, ale czułam go obok. Jego obecność była jak ciepło przyciśnięte do mojego boku.

Patrzył na mnie. Nie tak, jak chłopcy patrzyli na popularne dziewczyny. On mnie studiował. Zauważał.

I nienawidziłam tego, że jakaś mała, zdradziecka część mnie zastanawiała się, czy może on będzie inny. Czy może tym razem ktoś zostanie.

Nie. Zdusiłam w sobie tę część. Nadzieja była luksusem, na który nie mogłam już sobie pozwolić. Nie w kwestii przyjaciół, a już na pewno nie chłopaków — takich z niebezpiecznymi uśmiechami i oczami w kolorze burzy.

Kiedy zadzwonił dzwonek, poderwałam się szybko, ściskając książki jak tarczę. Musiałam tylko dotrzeć sama na kolejną lekcję.

Ale zanim zdołałam uciec, usłyszałam ich.

— Liam Alcaraz, tak? Twoja rodzina ma te firmy Alcaraz w całym kraju?

— Jesteś… obrzydliwie bogaty, co?

Natarli natychmiast. Chloe i jej przyjaciółki osaczyły go jak ćmy lecące do płomienia.

— Hej — zawołała Chloe, głośno i przesłodko, akurat gdy mijałam drzwi. — Nowy usiadł obok niej, prawda? — Rozległo się kilka śmiechów, niskich i znaczących, a ktoś dorzucił, że on był tylko uprzejmy, że to śmieszne, żebym myślała inaczej, że jestem żałosna, jeśli wyobrażam sobie, że ktokolwiek mógłby być mną w ogóle zainteresowany.

Połowa klasy odwróciła się, żeby się gapić, a ja zacisnęłam mocniej uścisk na książkach i wyszłam, nie oglądając się za siebie ani razu.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział