Rozdział 7 Dziewczyna imieniem Mia
Perspektywa Liama
— Powodzenia w pierwszym dniu w Suncrest, Liam. Wiem, że nie muszę ci przypominać, żebyś miał same najlepsze oceny z każdego przedmiotu. Znam cię zbyt dobrze — powiedział mój ojciec, odkładając kawę; jego głos był spokojny, ale ciepły. — Mama i ja jesteśmy z ciebie dumni.
Skinąłem głową i przełknąłem ostatni kęs śniadania, a jedzenie zaległo mi w żołądku ciężej, niż powinno. — Dziękuję, tato — mruknąłem, nie odrywając wzroku od talerza.
Zapadła krótka cisza, taka, która niesie w sobie więcej niż słowa kiedykolwiek potrafią. Poczułem ją, zanim znów się odezwał.
— Wiem, że nienawidzisz samej myśli o byciu tutaj — powiedział ostrożnie. — Ale nie miałem wyboru, Liam. Mam nadzieję, że kiedyś nie będziesz mnie za to nienawidził.
Wtedy podniosłem wzrok i spojrzałem mu w oczy. Wyglądał na starszego, niż pamiętałem. Zmęczonego w sposób, którego nie da się naprawić snem. Jak człowiek, który pochował już jednego syna i żyje każdego dnia w przerażeniu, że przyjdzie mu pochować kolejnego. Wymusiłem uśmiech, bo wiedziałem, że właśnie tego potrzebuje.
— Tato — powiedziałem lekko, chociaż coś w mojej piersi się zacisnęło — ja to miejsce uwielbiam. Kiedy jestem z tobą i z mamą, czuję się bezpiecznie.
Kłamstwo wysunęło się zbyt gładko.
Mama sięgnęła przez stół i ścisnęła moją dłoń, a w jej oczach zalśniła ulga. To sprawiło, że było jeszcze gorzej. Skinąłem jeszcze raz, wstałem i pocałowałem ją w policzek, po czym chwyciłem kluczyki. Pożegnałem się tak, jakby to był kolejny zwyczajny poranek, a nie początek życia, którego nigdy nie wybrałem.
Wsiadłem do samochodu i siedziałem tam chwilę dłużej, niż trzeba, z dłońmi opartymi na kierownicy, wpatrzony w pustkę. To było to. To był teraz mój świat. Nie Londyn. Nie wolność. Nie przyszłość, którą zaplanowałem. Tylko ostrożne kroki i obserwowane ruchy oraz ojciec, który kochał mnie zbyt mocno, by pozwolić mi żyć swobodnie.
Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę Suncrest Academy, a droga ciągnęła się przede mną jak cicha obietnica, w którą nie wierzyłem.
Nienawidziłem tego miejsca. Suncrest Academy była wypolerowana aż do duszności: każdy korytarz lśnił pieniędzmi i oczekiwaniami, każdy uśmiech był wyćwiczony i pusty. Ojciec nazywał to bezpieczeństwem. Kontrolowanym środowiskiem. Miejscem, gdzie nic złego nie może się wydarzyć. Dla mnie było to jak klatka przebrana za przywilej.
Nigdy nie miałem tu trafić. Moje życie już wcześniej rozpisano gdzie indziej. Za granicą. Na uczelniach, które chciały mnie za mój umysł, nie za nazwisko. Listy z przyjęciem, starannie złożone w szufladzie, której mój ojciec udawał, że nie widzi.
Przyszłość, która miała sens. Taka, która nie kręciła się wokół strachu. Ale potem mój brat zmarł i wszystko, co nastąpiło później, stało się kwestią zapobiegania zamiast życia. Ochrony tego, co zostało. Trzymania ostatniego żyjącego syna na tyle blisko, żeby móc go pilnować.
Więc się podporządkowałem. Założyłem mundurek. Szybko zrozumiałem, że ludzie tutaj nie widzą we mnie człowieka. Widzą nazwisko. Fortunę. Dziedzictwo, przy którym chcą stać. Pozwalałem im wierzyć w cokolwiek, co sprawiało, że czuli się komfortowo.
A potem wszedłem do tej sali i zobaczyłem ją. Siedziała już na miejscu, z głową pochyloną nad zeszytem, z lekko ściągniętymi ramionami, jakby przygotowywała się na coś, co nigdy do końca nie nadchodziło, ale zawsze wisiało w powietrzu.
Nie podniosła wzroku, kiedy wszedłem; nie wtedy, gdy zaczęły się szepty, ani gdy sala niemal niezauważalnie przesunęła się, robiąc mi miejsce. Dopiero gdy zatrzymałem się przy jej ławce i zapytałem, czy to miejsce jest zajęte, w końcu uniosła oczy.
Tylko na chwilę. Tylko tyle, ile trzeba.
Skinęła głową i wróciła do notatek, jakbym nie był niczym szczególnym, jakbym nie zakłócił właśnie całego porządku w sali. Wokół nas dziewczyny wzdychały i prostowały się na krzesłach, z oczami rozświetlonymi zainteresowaniem, już układając w głowie historie na mój temat. Ledwie to zauważałem. Całą uwagę skupiałem na tym, że ona nie.
Przez całą lekcję zerkałem na nią ukradkiem, udając, że to przypadek. Sposób, w jaki pisała szybko, jakby się z czymś ścigała. To, jak przygryzała wnętrze wargi, gdy zatrzymywała się, żeby pomyśleć. Napięcie, które nosiła w postawie, było stałe i ciche. Nigdy się nie uśmiechała. Nigdy nie próbowała złapać mojego spojrzenia. Zachowywała się tak, jakbym nie istniał.
I jakoś to właśnie wytrąciło mnie z równowagi bardziej niż cokolwiek innego od chwili, gdy tu przyjechałem.
Chciałem porozmawiać z nią porządnie. Usłyszeć jej głos bez nauczyciela domagającego się uwagi. Zapytać, jak ma na imię. Ale kiedy zadzwonił dzwonek i wstałem, zamierzając pójść za nią, przestrzeń między nami pochłonął ruch. Dziewczyny ruszyły naprzód, śmiech i ciekawość napierały ze wszystkich stron. Wiedziały dokładnie, kim jestem. Dziedzic Alcarazów. Syn magnata biznesu. Ostatni chłopak, który został na placu boju w rodzinie, co zdążyła już pochować jednego.
Uśmiechnąłem się odruchowo, nic nie mówiąc, a mój wzrok powędrował ponad ich głowami w stronę drzwi.
Mii już nie było.
Zacisnąłem szczękę, kiedy coś ostrego i nieznanego osiadło mi w piersi. Jedyna dziewczyna, której nie obchodziła moja twarz, mój majątek ani ciężar mojego nazwiska, odeszła bez obejrzenia się za siebie. I w tej chwili, otoczony ludźmi, którzy chcieli mnie za wszystko, czym nie byłem, zrozumiałem, że nigdy dotąd nie czułem większej urazy z powodu tego, że pragnęli mnie wszyscy niewłaściwi.
— Witaj w Suncrest. Jestem Daniel — powiedział chłopak obok mnie, ton miał swobodny i otwarty. Zauważyłem go już wcześniej, zauważyłem, jak jego uwaga co chwilę uciekała ku tej samej dziewczynie, która przyciągnęła moją. Wydawał się szczery w miejscu pełnym dopracowanych występów, a coś w nim było znajome w sposób, który sugerował, że naprawdę moglibyśmy się dogadać.
— Dzięki. Liam — odparłem, ujmując jego dłoń, gdy mi ją podał. Uścisk miał mocny, uczciwy. Uśmiechnąłem się bez zastanowienia.
— Już wiem, kim jesteś — Daniel parsknął cichym śmiechem. — Wszyscy w Suncrest wiedzą.
Zaśmiałem się też, bo było łatwiej niż go poprawiać, i kiedy ruszyliśmy w stronę kolejnej lekcji, rozmowa potoczyła się sama. Zaskoczyło mnie, jak naturalnie to przychodziło. Gadaliśmy o planie zajęć, nauczycielach, o tym, jak nieznośny jest upał, i o tym, jak mylący potrafi być układ kampusu w pierwszym tygodniu. Kiedy zorientowałem się, że nadal jesteśmy w jednej klasie, coś lekkiego osiadło mi w piersi.
Jakby wszechświat postanowił mi dogodzić, na drugiej lekcji była w tej samej klasie co ja.
Usiadłem na swoim miejscu i próbowałem zachowywać się normalnie, ale w chwili, gdy weszła, powietrze się zmieniło. To było napięcie, które czuje się przed burzą — subtelne i drgające, brzęczące pod powierzchnią wszystkiego innego. Ledwie dokończyłem zdanie do Daniela, a już to poczułem. Dziwny, niepodrabialny ciężar, który wniósł się do sali razem z nią.
Nie spojrzała na nas. Ani razu. Ale Daniel spojrzał.
Tylko jedno zerknięcie. Wystarczająco, żebym zdążył wyłapać błysk w jego oczach, zanim zniknął. Żal, może. Albo wspomnienie. Coś osobistego. Dorastałem wśród ludzi, którzy ukrywali intencje za uśmiechami i umowami, i nauczyłem się rozpoznawać różnicę między przedstawieniem a prawdą. Cokolwiek między nimi przeszło, było prawdziwe.
Nie pytałem. Utrzymałem rozmowę lekką i swobodną. Gadaliśmy o planie i nauczycielach. O wszystkim, co nie dotykało tego, co czułem, jak napiera między nami. Ale moja uwaga nie była już w pełni tutaj. Wciąż wracała do niej.
Mia, dziewczyna, która nie podnosiła wzroku, jeśli nie musiała. Dziewczyna, która nosiła się tak, jakby bez przerwy przygotowywała się na uderzenie. Dziewczyna, która wypowiedziała swoje imię cicho, jakby należało tylko do niej. Jej głos, gdy usłyszałem go po raz pierwszy, był spokojny, lecz pewny, niosąc w jednym słowie więcej prawdy, niż większość ludzi potrafi zawrzeć w całej rozmowie.
Teraz siedziała dwa rzędy przede mną, z wyprostowanymi plecami, spiętymi ramionami, wzrokiem utkwionym przed siebie. Nie zaszczyciła żadnego z nas spojrzeniem. To nie była obojętność. To był dystans. Celowy i starannie utrzymywany. Daniel też zdawał się to czuć. Jego uśmiech zachwiał się na ułamek sekundy, jego spojrzenie zawisło na niej dłużej, niż było trzeba, zanim znów popatrzył na mnie, jakby nic się nie stało.
Ale coś się stało. I nienawidziłem, że mnie to rusza.
Nie przyjechałem tu, żeby się w coś mieszać. W ogóle nie chciałem tu przyjeżdżać. Gdyby mój brat wciąż żył, studiowałbym w Londynie, budowałbym życie, które byłoby moje, zamiast żyć w jego starannie kontrolowanej wersji. Słowa ojca dudniły mi w głowie, ciężkie i nieustępliwe.
„Jesteś wszystkim, co mi zostało, Liam. Nie mogę stracić też ciebie”. Więc zostałem.
A teraz siedziałem między chłopakiem, który wyraźnie ją lubił, a dziewczyną, która odmawiała bycia dostrzeżoną. Oparłem się na krześle i pozwoliłem sobie na jeszcze jedno spojrzenie w jej stronę — nie z litością, tylko z zainteresowaniem. W ciszy między Mią a Danielem było coś niedokończonego, coś ostrego i nierozwiązanego, jak lont, który pali się cicho pod podłogą.
I po raz pierwszy, odkąd przyjechałem do Suncrest, uświadomiłem sobie, że nie jestem już całkiem pewien, czy nadal chcę trzymać się od tego z daleka.
