Rozdział 1

Perspektywa Olivii

Wierciłam się na siedzeniu, owijając pasmo włosów wokół palca, podczas gdy Logan przedzierał się przez zatłoczone ulice Los Angeles. Wlekący się ruch uliczny odzwierciedlał mój przewracający się żołądek.

— Wszystko okej, Liv? — zapytał Logan, z wyraźnym niepokojem.

— Cud miód malina — pisnęłam nerwowo. — Po prostu cud miód… fasolka.

Wyciągnął rękę, żeby ścisnąć mnie za kolano.

— Dasz radę, skarbie. Zwalisz ich z nóg.

Wymusiłam uśmiech, próbując przejąć jego pewność siebie.

— Jasne. Zwalić z nóg. Może powinnam spakować zapasowe skarpetki, tak na wszelki wypadek?

— To byłby casting, którego na pewno by nie zapomnieli.

Kiedy zbliżaliśmy się do studia, w myślach po raz kolejny przećwiczyłam swoje kwestie. Ten casting miał być moją wielką szansą na dużą rolę w filmie. Żadnej presji.

— O Boże — jęknęłam, dostrzegając przed sobą przytłaczające bramy wytwórni filmowej. — Chyba zaraz zwymiotuję.

— Nie w moim aucie — zażartował Logan, wjeżdżając na parking. — A tak serio, masz to. Urodziłaś się do tej roli.

— Masz rację. Dam radę. Jestem silną, pewną siebie aktorką, która nie zrobi z siebie idiotki przed hollywoodzkimi grubymi rybami.

— To jest moja dziewczyna. — Logan pocałował mnie czule, przez chwilę sprawiając, że zapomniałam o nerwach związanych z przesłuchaniem.

Kiedy się odsunęliśmy, oparł czoło o moje.

— A teraz idź tam i pokaż im, z czego jest zrobiona Olivia Martinez.

— Jasne. Jestem zrobiona z… eee, talentu? I desperacji. Wielu pokładów desperacji.

Logan roześmiał się i pchnął mnie lekko, zaczepnie.

— Wynoś się stąd, głuptasie. Połam nogę!

Wysiadłam z samochodu na trzęsących się nogach, wygładzając wybrany strój. Gdy odwróciłam się, żeby zamknąć drzwi, Logan zawołał:

— Hej, Liv!

— Tak?

— Nie zapomnij zagrać perfekcyjnie!

— Wow, dzięki za genialną radę. Co ja bym bez ciebie zrobiła?

— Pewnie zgubiła się na parkingu — odburknął z rozbawieniem.

Wystawiłam mu język, po czym zatrzasnęłam drzwi.

Ruszyłam przed siebie, wyobrażając sobie czerwony dywan, żeby dodać sobie odwagi.

— Dasz radę — szepnęłam. — Bądź Meryl Streep. Albo karaluchem — twardym i upartym.

Pokazałam identyfikator znudzonemu ochroniarzowi, który machnął ręką, żebym przeszła. Kręcąc się po korytarzach, czułam się jak oszustka wśród uwijających się, perfekcyjnie wyglądających ludzi. Jak dzieciak bawiący się w przebieranki w świecie dorosłych.

W końcu znalazłam poczekalnię, zapchaną innymi chętnymi, którzy wszyscy walczyli o tę samą rolę.

— Cześć! — Podskoczyła do mnie radosna blondynka. — Jestem Stacy! Też jesteś tu na casting do „Midnight in Montana”?

— Tak, to ja. Olivia.

— Czy to nie jest mega ekscytujące? — zachwyciła się Stacy. — Po prostu wiem, że jedna z nas to dostanie. Czuję to!

— No, totalnie ekscytujące. Niczego nie lubię bardziej niż bycia ocenianą przez obcych z samego rana.

— Jesteś przezabawna! Musimy się kiedyś koniecznie spotkać.

Nie zdążyłam nawet zareagować, gdy do środka wpadła roztrzęsiona asystentka.

— Olivia Martinez? Pani kolej.

To było to. Mój moment prawdy — albo, co bardziej prawdopodobne, spektakularnej porażki.

— To ja — pisnęłam.

Stacy złapała mnie za ramię, a jej paznokcie wbiły mi się w skórę.

— Powodzenia, Olivia! Rozniesiesz to!

Skinęłam słabo, rozważając udawanie zapalenia krtani. Niecierpliwa asystentka skinęła, żebym szła, i potknęłam się za nią niczym jagnię prowadzone na rzeź.

Dotarłyśmy do niepozornych drzwi, a ona gestem kazała mi wejść.

— Powodzenia.

Weszłam do środka, mrużąc oczy od jasnych świateł. Za długim stołem siedział panel znudzonych producentów, a ich miny wahały się od lekkiego braku zainteresowania po jawną pogardę.

— Olivia Martinez? — Kobieta z surowym bobem i równie surowym wyrazem twarzy uniosła wzrok znad clipboardu.

– To ja – powiedziałam, celując w pewność siebie, ale brzmiąc, jakbym była przerażona. – Cześć. Ładna pogoda, co?

– Tak. Zaczynajmy. Proszę odegrać scenę trzecią.

Zaczęłam nerwowo szperać w scenariuszu, omal go nie upuszczając. – Jasne, oczywiście. Scena trzecia. Mam.

Otworzyłam usta, gotowa wypowiedzieć kwestie z przekonaniem godnym Oscara. Zamiast tego wydobył się ze mnie zduszony pisk, jak z uchodzącego powietrza balonu.

Szefowie spojrzeli po sobie. – Czy wszystko w porządku, panno Martinez? Potrzebuje pani wody?

– Nie, nie, wszystko dobrze. Po prostu… eee… wchodzę w postać. Wiecie, metoda i w ogóle.

Odchrząknęłam i spróbowałam jeszcze raz. Tym razem słowa popłynęły, choć miały niewiele wspólnego ze scenariuszem, który trzymałam w rękach.

– No to posłuchaj, partnerze – przeciągnęłam w najlepszym kowbojskim akcencie kowbojki. – Na tym rancho nie ma miejsca dla nas dwojga. Więc może po prostu wynieś się stąd, zanim zrobi się brzydziej niż grzechotnik w tutu?

W pokoju zapadła cisza. Prawie słyszałam cykające świerszcze.

– Panno Martinez, obawiam się, że to nie do końca ta scena, którą prosiliśmy, żeby pani zagrała.

Mrugnęłam i zerknęłam na scenariusz, przerażona, widząc, że czytałam z niewłaściwej strony. – O Boże… kurczę. Mogę zacząć od nowa?

– Proszę.

Przerzuciłam na właściwą stronę. Tym razem wypowiedziałam prawdziwe kwestie, bez kowbojskiego slangu i bez wspominania tutu.

Po wszystkim spojrzałam na komisję. Ich puste twarze mogły oznaczać tylko jedno: byli oszołomieni moim talentem. Na pewno nie przerażeni. Nie. Skądże.

– Cóż… – odezwała się kobieta po długiej pauzie. – To było z pewnością… coś.

Rozpromieniłam się, ignorując jej ton i skupiając się na tym „coś”, jakby znaczyło, że mój występ był znakomity, a nie katastrofalny.

– Dziękujemy, że pani przyszła – ciągnęła. – Pani aktorstwo było… interesujące. Jednak nie czujemy, że jest pani odpowiednia do tej konkretnej roli.

Serce opadło mi szybciej niż Titanic. – Och – zdołałam pisnąć. – Rozumiem.

Nagle pokój wydał mi się za mały, a powietrze zbyt gęste. Walczyłam z chęcią, żeby zwinąć się w kłębek i zniknąć.

– Mamy pani numer kontaktowy i damy znać, jeśli w przyszłości pojawi się jakaś odpowiednia rola.

Skinęłam mechanicznie głową, doskonale wiedząc, że „damy znać” to hollywoodzki odpowiednik „proszę nigdy więcej nie przekraczać naszego progu”.

– Dziękuję za szansę – powiedziałam, głos mając spokojny mimo kotłującego się wnętrza. – Doceniam państwa czas.

Wypadłam stamtąd chwiejnym krokiem, w pośpiechu niemal się potykając. Szarpiąc się z drzwiami, usłyszałam za sobą szepty. Pewnie wyśmiewali mój okropny casting. Najpewniej stanę się anegdotką z cyklu „Najgorsze przesłuchania w historii”.

Wlokłam się przez niekończący korytarz, a każdy krok był jak brodzenie w melasie. Inni kandydaci w poczekalni ledwie podnieśli wzrok, gdy mijałam ich po drodze, pochłonięci przedcastingową tremą.

Wypadłam przez drzwi studia, łykając zadymione powietrze LA jak tonący, który wreszcie wynurza się na powierzchnię. Jasne kalifornijskie słońce kpiło z mojej porażki.

– Liv!

Logan opierał się o swój samochód i machał, olśniewająco się uśmiechając. Serce mi zafurkotało, na moment zapominając o katastrofie castingu.

Podeszłam, maskując emocje. – Logan? Nadal tu jesteś?

Wzruszył ramionami i mnie przytulił. – Nie potrafiłem odjechać. Jak poszło?

Wtuliłam twarz w jego pierś, wciągając w płuca jego zapach. Rozważałam, czy nie skłamać na temat castingu, ale Logan znał mnie zbyt dobrze – przejrzałby każde kłamstwo.

– Nie dostałam roli – wymamrotałam.

Logan przytulił mnie mocniej. – Och, kochanie. Przykro mi. Ich strata, co?

Odsunęłam się z niepewnym uśmiechem. – Tak. Na pewno będą tego żałować, kiedy za dziesięć lat będę odbierać Oscara.

– No i to jest podejście – powiedział Logan, odgarniając mi włosy.

Następny Rozdział