Rozdział 1: Coroczna czystka

Perspektywa Meredith

Meredith Rutherford naciągnęła kaptur mocniej na twarz, gdy wiatr szeptał w pobliskich drzewach. Wąska ścieżka przed nią była oświetlona jedynie bladym blaskiem księżyca. Wiedziała, że nie powinna wychodzić tej nocy — ze wszystkich nocy. Doroczna Czystka — brutalne święto wilkołaków, celebrujące ich supremację nad ludźmi — miała się właśnie rozpocząć.

Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy przypomniała sobie rozmowę z sąsiadką z wcześniejszego dnia. Lorelei, serdeczna kobieta, która zawsze traktowała Meredith jak córkę, odciągnęła ją na bok.

— Nie powinnaś wychodzić tej nocy — powiedziała tamta cicho. — To Czystka. Wracaj do domu, Meredith. Zamknij drzwi na klucz, schowaj się… cokolwiek musisz zrobić. Po prostu bądź bezpieczna.

Meredith skinęła głową, doceniając troskę, ale w głębi duszy wiedziała, że chowanie się niczego nie zmieni. Była tylko człowiekiem w Colossus — gdzie ludzie byli niewiele więcej niż zwierzyną.

Kiedy szła, wspomnienia dawnych Czystek zalały jej umysł: opowieści o rodzinach rozrywanych na strzępy, o niewinnych życiach odbieranych bez litości. Wilkołaki twierdziły, że mają do tego prawo, lecz dla Meredith było to przypomnienie, jak bezsilny naprawdę jest jej gatunek. Mogła zostać w domu, ale coś w niej odmawiało posłuszeństwa. Być może chodziło o to, że jeśli wilkołaki miały zdecydować o jej losie tej nocy, i tak nie było nic, co mogłaby zrobić, żeby je powstrzymać.

Meredith dotarła na skraj miasta, gdzie ścieżka prowadziła dalej w pociemniały las. Zatrzymała się, a oddech uwiązł jej w gardle. Odgłosy świętowania — warczenie, śmiech, dalekie wycie wilków — stawały się coraz głośniejsze. A jednak Meredith ogarnął nieoczekiwany spokój. Była już tutaj i jeśli taki miał być jej los, niech będzie. Poza tym i tak była sierotą — samotną i bez grosza przy duszy. Nie miała już nic do stracenia.

Salon masażu był słabo oświetlony; migoczące świece rzucały cienie, które tańczyły po ścianach, gdy przechodziła od jednego klienta do drugiego. To była ostatnia zmiana w tym tygodniu i Meredith czuła, jak zmęczenie wpełza jej w kości. Na szczęście Carrick, właściciel, zauważył jej znużenie i łagodnie zasugerował, żeby tego wieczoru przejęła rolę kelnerki, dając jej odpocząć od bardziej wymagającej fizycznie pracy.

Wzięła na siebie nowe obowiązki, niosąc tace i podając drinki, a jej myśli odpływały, gdy mijały kolejne godziny. Serce tłukło jej się w piersi, kiedy nalewała i stawiała napoje mężczyznom na końcu stołu. Ich spojrzenia śledziły każdy jej ruch, przez co czuła się jak mysz zapędzona w róg przez watahę wilków.

Jeden z mężczyzn odchylił się na krześle, mrużąc oczy, gdy ją lustrował.

— Wyglądasz na zmęczoną, dziewczyno. Ciężka noc? — Jego głos był szorstki.

Meredith wymusiła uprzejmy uśmiech; dłonie lekko jej drżały, gdy stawiała przed nimi drinki.

— To był pracowity tydzień — odpowiedziała, starając się utrzymać równy ton. — Dużo pracy, mało odpoczynku.

Mężczyzna nie odrywał od niej wzroku.

— Niewielu ludzi w okolicy odważyłoby się pracować tak późno, zwłaszcza dzisiaj. Wiesz, co się dzieje podczas Czystki?

Zawahała się, niepewna, jak odpowiedzieć. Czuła, że pozostali mężczyźni przyglądają jej się z napiętą uwagą.

— Wiem wystarczająco — powiedziała cicho, odwzajemniając jego spojrzenie z taką odwagą, na jaką było ją stać. — Ale praca nie przestaje istnieć tylko dlatego, że jest niebezpiecznie.

Mężczyzna zachichotał; był to niski, dudniący dźwięk, który posłał jej dreszcz po kręgosłupie.

— Odważne słowa jak na kogoś takiego jak ty. Albo głupie. Co to jest?

— Może trochę jedno i drugie — odparła, czując, jak ich spojrzenia wiercą w niej dziury, szukając choćby oznaki słabości. Wiedziała, że lepiej jej nie okazywać.

Inny mężczyzna, starszy, z siwiejącymi włosami i blizną biegnącą w dół po boku twarzy, pochylił się do przodu.

— Słyszałaś kiedyś o Bogini Księżyca? — zapytał.

Meredith skinęła głową; miała sucho w gardle.

— Wszyscy tutaj wiedzą o Bogini Księżyca. Ona jest… —

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo. – Jest wszystkim. A dziś w nocy oddajemy jej hołd polowaniem. Uważaj, dziewczyno. Polowanie nie kończy się tylko dlatego, że kończy się noc.

Przełknęła ciężko, ściskając tacę tak mocno, jakby miała ją podtrzymać. – Doceniam ostrzeżenie – powiedziała, cofając się odrobinę. – Ale muszę wracać do pracy.

Kiedy odwróciła się, żeby odejść, pierwszy mężczyzna zawołał za nią:

– Jak masz na imię, dziewczyno?

Zatrzymała się i zerknęła przez ramię.

– Meredith.

– Meredith – powtórzył, jakby smakował to imię. – Jeszcze się zobaczymy, Meredith. Nie oddalaj się za bardzo.

Nie odpowiedziała. Pośpieszyła jak najszybciej, jak tylko mogła, nie zwracając na siebie większej uwagi.

Godziny wlokły się niemiłosiernie i kiedy Carrick ogłosił koniec zmiany, była kompletnie wyczerpana. Gdy inni wychodzili, Carrick podszedł do niej, a na jego twarzy malował się niepokój.

– Powinnaś już iść do domu, Meredith. Zamknij drzwi na klucz i trzymaj się w ukryciu. Dzisiaj w nocy nie jest bezpiecznie.

Meredith pokręciła głową, zmuszając się do zmęczonego uśmiechu.

– Nic mi nie będzie, Carrick. Muszę tylko tu jeszcze dokończyć.

Carrick westchnął i położył jej dłoń na ramieniu.

– Jesteś silna, Meredith. Ale siła nie zawsze zapewnia bezpieczeństwo. Pamiętaj o tym.

– Będę – obiecała, patrząc, jak odchodzi, po czym wróciła do sprzątania.

Kiedy wreszcie wyszła na zewnątrz, księżyc rzucał długie cienie na puste ulice. Naciągnęła kaptur, gotowa ruszyć do domu. Ale zanim zdążyła zrobić krok, szorstka dłoń zacisnęła się na jej ramieniu.

– Tak szybko uciekasz? – zachrypiał znajomy głos.

Gdy się odwróciła, zobaczyła mężczyzn, z którymi rozmawiała wcześniej.

Stopy Meredith dudniły o bruk, kiedy biegła na oślep, a lodowate powietrze paliło ją w płucach. Wpadała w każdą alejkę, jaką tylko znalazła, licząc, że ich zgubi. Gorączkowo próbowała wymyślić wyjście, ale nie było się gdzie schować.

– Nie będziesz biec wiecznie! Chodź grzecznie, a może załatwimy to szybko.

Zignorowała go, zmuszając nogi, by pędziły jeszcze szybciej. Wpadła do wąskiej uliczki, mając nadzieję, że doprowadzi ją do bezpieczeństwa, ale znalazła się w pułapce. Mury piętrzyły się wysoko po obu stronach, a kiedy dotarła do końca, serce jej opadło, bo usłyszała, jak kroki za nią zwalniają, po czym cichną.

– To koniec drogi, dziewczyno – powiedział główny łowca, a jego sylwetka zasłoniła jedyne wyjście. Pozostali wynurzyli się za nim; w słabym świetle ich oczy jarzyły się blaskiem.

– Proszę… – błagała Meredith, cofając się, aż przycisnęła się do zimnej ceglanej ściany. – Nie chcę żadnych kłopotów. Puśćcie mnie.

Łowca pokręcił głową, a jego uśmiech posępniał.

– Nie chodzi o to, czego ty nie chcesz…

Zanim zdążyła zareagować, dwóch mężczyzn rzuciło się do przodu, chwyciło ją za ramiona i przyszpiliło do muru. Meredith krzyknęła, szarpiąc się z całych sił, ale byli zbyt silni. Oddech rwał jej się w nierównych, chropawych łyknięciach powietrza.

– Ciii – szepnął główny łowca, podchodząc bliżej, aż jego twarz znalazła się o cale od jej twarzy. – Nie ma sensu walczyć. Tylko to pogorszy.

W oczach Meredith zebrały się łzy.

– Dlaczego ja? – wyszeptała drżącym głosem. – Co ja zrobiłam?

Wyraz twarzy łowcy złagodniał odrobinę, choć jego oczy pozostały zimne.

– Zapewniam cię, to nic osobistego, Meredith…

Szybkim ruchem wyciągnął z kieszeni szmatkę i przycisnął ją do jej ust i nosa. Meredith próbowała się wyrwać, ale ostry, gryzący zapach chemikaliów zalał jej zmysły. Obraz się rozmazał, alejka zawirowała wokół niej.

– Śpij już, Meredith – mruknął łowca, kiedy jej ciało zaczęło wiotczeć. – Idziesz z nami.

Ostatnim, co poczuła, były szorstkie dłonie unoszące ją z ziemi, niosące ją z dala od jedynego życia, jakie kiedykolwiek znała. A potem nie było już nic – tylko ciemność.

Następny Rozdział