Rozdział 8

Devon

Mój telefon zawibrował, kiedy nasz analityk finansowy zanudzał wszystkich wywodem o prognozach kwartalnych.

„Wujku Devon!” — głos Lily przebił się przez słuchawkę, spanikowany i urywany, jakby biegła. — „Potrzebuję twojej pomocy! Ktoś gnębi moją koleżankę w szkole!”

Ścisnąłem mocniej telefon. „Nic ci nie jest?”

„Nie, nie mnie! To moja nowa koleżanka, Evelyn. Próbują ją wyrzucić za coś, czego nie zrobiła!”

Evelyn? To imię uderzyło mnie jak prąd. Serce zabiło mocniej, a w głowie zapaliła się czerwona lampka. Czy to możliwe, że to ta sama kobieta, której szukałem?

„Będę za piętnaście minut” — powiedziałem, już zawracając w stronę sali konferencyjnej. — „Gdzie dokładnie jesteś?”

„Na Uniwersytecie Crescent Moon.”

Rozłączyłem się i wróciłem na spotkanie. „Przepraszam, ale wyskoczyło coś pilnego. Jason, idziesz ze mną. Reszta — zbieramy się jutro.”

Kampus tętnił życiem, kiedy podjechaliśmy moim czarnym Bentleyem. Studenci kręcili się między zajęciami, kompletnie nieświadomi napięć, które buzowały pod powierzchnią tego ich zwyczajnego dnia.

„Gabinet dziekana Fernandeza jest w budynku administracji” — powiedział Jason, zerkając w telefon. — „Wschodnia strona kampusu.”

Skinąłem głową i ruszyłem przez dziedziniec pewnym krokiem.

Gdy zbliżaliśmy się do budynku administracyjnego, poprawiłem krawat i zwolniłem. Niezależnie od tego, co się tu dzieje, musiałem zachować zimną krew. Lily bywała impulsywna, a ja nie mogłem pozwolić, żeby jej emocje dyktowały moje ruchy.

Jason pchnął drzwi do gabinetu Fernandeza, a ja wszedłem do środka — i stanąłem jak wryty.

Przy oknie stała Evelyn Gray, z szeroko otwartymi srebrnoszarymi oczami, w których czaił się czysty szok.

Wyglądała inaczej, niż ją pamiętałem — długie ciemne włosy miała związane w schludny kucyk, na sobie proste dżinsy i szary sweter — ale te niezwykłe oczy były nie do pomylenia. Rozszerzyły się odrobinę, gdy spotkały moje. Przez jej twarz przebiegło rozpoznanie, zaraz potem ostrożność, jak błysk ostrza.

„Panie Hall” — dziekan Fernandez powiedział, szybko podnosząc się zza biurka. Zauważyłem lekkie skinienie głową — rozpoznał we mnie nie tylko biznesmena, ale też Alfę.

Lily dopadła do mnie, chwytając mnie za ramię. „Wujku Devon! Przyjechałeś!”

Utrzymałem twarz w idealnie neutralnym wyrazie, choć puls przyspieszył. „Oczywiście. Na czym polega problem?”

Obok biurka dziekana stała kobieta w średnim wieku z kwaśną miną, z ramionami ciasno skrzyżowanymi na piersi. „Jestem profesor Bennett, a ‘problem’ polega na tym, że ta studentka zaatakowała moją córkę na zajęciach z wychowania fizycznego.”

Pozwoliłem, by mój wzrok przesunął się na Evelyn. Stała nieruchomo, z twarzą gładką jak maska. Tylko lekkie napięcie w barkach zdradzało, jak bardzo jest spięta.

„Rozumiem” — powiedziałem równo. — „I co panna Gray ma do powiedzenia w sprawie tego oskarżenia?”

„To właściwie bez znaczenia” — syknęła Bennett. — „Kilku studentów widziało zajście.”

Uniósłem brew, ale nie odrywałem uwagi od Evelyn. Patrzyła na mnie spokojnie, bez uciekania wzrokiem, i znów poczułem to dziwne połączenie — jakby niewidzialna nić ciągnęła nas ku sobie, mimo rozsądku.

Skinąłem na Jasona, który wystąpił do przodu bez najmniejszego pośpiechu.

„Dziekanie Fernandez, pani profesor Bennett” — powiedział, wyciągając dłoń. — „Jestem Jason z Hall Corporation.”

Podszedłem do okna, ustawiając się tak, żebym mógł obserwować wszystkich, a jednocześnie sprawiać wrażenie obojętnego.

„Hall Corporation?” — prychnęła Bennett, ignorując wyciągniętą dłoń Jasona. — „A co korporacja ma wspólnego z dyscypliną na uczelni?”

— „Nasza firma ma znaczące inwestycje w instytucjach edukacyjnych” — wyjaśnił Jason spokojnie. — „W tym pokaźne darowizny na uniwersytecki program medyczny.”

Wyłączyłem się z ich rozmowy, skupiając się zamiast tego na Evelyn. Słońce wpadające przez okno zaplątało się w jej włosach, podkreślając srebrne nitki wśród ciemnych pasm. Postawę miała idealną — plecy proste, broda uniesiona, ramiona cofnięte — a jednak nie wyglądała sztywno. W jej bezruchu była płynna gracja, która przypominała mi drapieżnika odpoczywającego w ciszy, gotowego w każdej chwili zerwać się do ruchu.

Mój wilk poruszył się pod skórą, zaintrygowany i czujny. Jej zapach był zagadką — słabszy, niż powinien u wilkołaka, a jednak bezbłędnie wyczuwalny. Jak dym z ogniska i zimowe powietrze; subtelny, ale charakterystyczny, jakby wgryzał się w pamięć.

Jak Lily, akurat ona, miała się z nią zakumplować? Moja siostrzenica miała talent do przygarniania zagubionych dusz, ale ta konkretna znajomość pachniała mi zbyt dużym zbiegiem okoliczności, żeby uznać ją za czysty przypadek.

Po rozmowie z Jasonem Fernandez wrócił i powiedział:

— „Profesor Bennett, będziemy potrzebować pisemnych oświadczeń od wszystkich świadków i wyznaczymy formalne posiedzenie komisji na przyszły tydzień.”

Bennett pozbierała papiery gwałtownymi, szarpanymi ruchami, posyłając Evelyn jadowite spojrzenie, po czym wypadła z gabinetu jak burza.

— „Dziękuję, że przyjechał pan w tak krótkim czasie, panie Hall” — powiedział Fernandez, z wyraźnym szacunkiem w głosie. — „Przepraszam za kłopot.”

Machnąłem ręką, jakby to była błahostka.

— „Ależ skąd. Przyjaciele Lily są dla mnie ważni.” Odwróciłem się do Lily, która dosłownie podskakiwała z ekscytacji. — „A skoro o tym mowa, może przedstawisz nas jak należy.”

Lily uśmiechnęła się szeroko, chwyciła Evelyn pod ramię i pociągnęła ją do przodu.

— „Wujku Devon, to moja nowa koleżanka, Evelyn Gray. Evelyn, to mój wujek, Devon Hall.”

Wyciągnąłem rękę, patrząc w te niezwykłe srebrne oczy.

— „Miło mi panią poznać, panno Gray.”

Jej dłoń była ciepła w mojej i poczułem to samo niewytłumaczalne uderzenie, którego doświadczyłem, kiedy dotknęła mnie tamtej nocy w lesie. Czy ona też to poczuła? Jej twarz nie zdradziła niczego — ani drgnięcia, ani cienia emocji, jakby miała je pod szkłem.

— „Wzajemnie, panie Hall” — powiedziała chłodno, cofając rękę może odrobinę zbyt szybko.

— „Powinniśmy to uczcić!” — oznajmiła Lily. — „Evelyn stanęła za mną przeciwko tym osiłkom, a ty właśnie uratowałeś ją przed wyrzuceniem z uczelni. Idealnie!”

Evelyn pokręciła głową.

— „Dziękuję za zaproszenie, ale ja mam—”

— „Już zrobiłem rezerwację w Ogrodzie” — przerwałem jej, zaskakując nawet samego siebie swoją gorliwością. — „Ich szef kuchni właśnie wrócił z Francji.”

Lekko się skrzywiła na moje wtrącenie i dotarło do mnie, że wyskoczyłem za bardzo do przodu. Cofnąłem się o krok i przybrałem bardziej swobodny ton, jakbym od niechcenia rzucał propozycję.

— „Mój samochód stoi tuż przed wejściem. Możemy panią podwieźć.”

Lily pociągnęła Evelyn za ramię.

— „No chodź, Evelyn. Przysięgam, że jedzenie w Ogrodzie jest warte odwołania każdych planów.”

Patrzyłem, jak opór Evelyn kruszeje pod naporem entuzjazmu Lily. Jej spojrzenie znów spotkało moje i dostrzegłem w nim rezygnację pomieszaną z ciekawością — jakby mówiła sobie: dobra, zobaczymy, o co w tym wszystkim chodzi.

— „Dobra” — ustąpiła. — „Kolacja brzmi miło.”

Gdy szliśmy w stronę wyjścia, gubiłem się we własnym zachowaniu. Dlaczego tak bardzo zależało mi, żeby spędzić czas z tą kobietą? Czy to była wdzięczność za to, że uratowała mi życie? Ciekawość na temat jej białej wilczej postaci?

A może coś głębszego — coś, czego nie byłem jeszcze gotów nazwać na głos, nawet we własnych myślach?

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział