Rozdział 2
Perspektywa Katherine
Bliźniacy Griffinowie.
Ich reputacja wyprzedzała ich —— przyszli przywódcy miejscowej watahy, cudowne dzieci wśród swoich i niebezpieczni w sposób, który wykraczał daleko poza pazury i kły. Ich obecność nie była przypadkiem — była komplikacją. Moja misja polegała na tym, żeby nie rzucać się w oczy, zbierać informacje, nie będąc zauważoną. Ale kiedy jeden z nich odwrócił się, a jego przeszywające spojrzenie na ułamek sekundy zablokowało się na moim, wiedziałam, że to może okazać się niemożliwe.
Serce mi dudniło nie ze strachu, tylko z podjętego wyzwania. Byłam do tego szkolona, ukształtowana w broń przebrana za dziewczynę. Cokolwiek Bliźniacy Griffinowie albo ta szkoła mi zafundują, poradzę sobie z tym. Musiałam. Porażka nie wchodziła w grę — nie wtedy, gdy stawka była wyższa, niż ktokolwiek tutaj mógłby sobie wyobrazić.
Ale wtedy Bella, samozwańcza królowa towarzystwa, pochyliła się w stronę środkowego z trójki, a jej dłoń w wyuczonym geście musnęła jego ramię. — Edward, dostałeś moje wiadomości wczoraj w nocy? — Jej głos ociekał cukrową słodyczą.
Edward ledwie ją zauważył, mruknął tylko coś bez zobowiązań. Ta zniewaga natychmiast zmieniła zachowanie Belli. Zwęziła oczy i posłała mi spojrzenie pełne nie do pomylenia wrogości.
Coś dziwnego szarpnęło moją świadomością — mentalne przyciąganie, jakiego nigdy wcześniej nie czułam. Bliskość bliźniaków zdawała się uruchamiać we mnie coś pierwotnego, sprawiając, że energia w moich żyłach brzęczała intensywniej. Mocniej ścisnęłam ołówek, skupiając się na technikach oddechowych. To było niespodziewane i niepokojące — moje cotygodniowe zastrzyki z wilczej jagody powinny były całkowicie maskować moją wilkołaczą stronę.
— Mogę tu usiąść?
Odwróciłam się i zobaczyłam dziewczynę o ciepłych brązowych oczach i przyjaznym uśmiechu, która wsunęła się do ławki obok mnie. Mimo szkolenia, które kazało mi unikać bliskich więzi, przyłapałam się na tym, że z zadowoleniem przyjmuję to rozproszenie.
— Jestem Jasmine, tak przy okazji — dodała, wsuwając kosmyk ciemnych włosów za ucho.
— Katherine — odpowiedziałam, próbując wyglądać normalnie mimo energii, która we mnie narastała.
— Obserwowałam, jak Bella i jej ekipa gapią się na ciebie przez cały ranek — rzuciła Jasmine swobodnie. — Ona nie lubi, jak się ją lekceważy przy jej przyjaciółkach. Wygląda na to, że właśnie to zrobiłaś. Jesteś już oficjalnie na jej celowniku.
— Ale ja nic nie zrobiłam. Nieważne, poradzę sobie — odparłam, myśląc o tym, jacy wszyscy byliby ostrożni, gdyby znali moją prawdziwą tożsamość — i to, do czego jestem zdolna. Gdyby wiedzieli, czym naprawdę jestem, traktowaliby mnie uważniej.
Jasmine pochyliła się, zaglądając do mojego szkicownika. — Wow, jesteś naprawdę dobra. Dużo rysujesz i fotografujesz?
Zaskoczyło mnie jej zainteresowanie. Większość ludzi nie zadaje sobie trudu, żeby poznać nową dziewczynę. — To tylko hobby. Wolę łapać w kadrze krajobrazy.
— Masz imponujący talent artystyczny — powiedziała Jasmine, a w jej głosie brzmiało szczere uznanie. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że jest w niej coś innego — coś, co sprawiało, że chciałam jej zaufać mimo zwykłej ostrożności.
Kiedy zadzwonił dzwonek, szybko pozbierałam książki, pragnąc się stamtąd wydostać. Gdy mijałam rząd bliźniaków, silna dłoń złapała mnie za nadgarstek. Puls podskoczył mi na ten nieoczekiwany dotyk.
Samuel, najstarszy z trojaczków, przyglądał się siniakowi po moim porannym starciu z lodówką. Jego ciemne oczy przeniosły się z urazu na moją twarz, intensywne i pytające. Jego dotyk był ciepły — cieplejszy niż ludzki — i poczułam, jak skóra mrowi mnie w miejscu, w którym zetknęły się z nią jego palce.
— Mogę ci w czymś pomóc? — zapytałam, a we mnie ścierały się dezorientacja i czujność.
Samuel nic nie powiedział, tylko po chwili oględzin puścił mój nadgarstek. Jednak ten krótki kontakt posłał elektryczny impuls, który przemknął w górę ramienia, uruchamiając coś niepokojąco podobnego do rozpoznania. Pośpiesznie się odsunęłam, próbując przetworzyć to dziwne wrażenie. Nie przypominało niczego, co kiedykolwiek czułam — prawie jak więź, która usiłowała się zawiązać.
— Co to było? — zażądałam wyjaśnień, kiedy z Jasmine znalazłyśmy się na korytarzu.
— Typowe dla Samuela — wyjaśniła Jasmine. — Na pewno wiesz o trojaczkach. Samuel jest najstarszy — ten, który cię złapał. Lucius jest najłagodniejszy, siedzi w środku. No i jest jeszcze Edward, ten środkowy, który ma tę dziwną sprawę z Bellą.
— Dziwną, czyli jak?
— Dla Edwarda to tylko chwilowa rozrywka. A Bella myśli, że zostanie przyszłą Luną — w zasadzie królową ich watahy.
Przewróciłam oczami.
— Nic dziwnego. Zwykła nastolatka, która uważa, że słońce wschodzi i zachodzi na jej rozkaz. Żałosne. — Zawahałam się, rozważając, czy powiedzieć coś więcej. — W każdym razie nie wierzę w takie przeznaczenie. — Te słowa miały ciężar, którego Jasmine nie mogła zrozumieć — subtelne nawiązanie do więzi partnerskiej, przed którą mnie ostrzegano.
— Każda dziewczyna w Portland High chce ich uwagi — ostrzegła Jasmine. — Możesz mieć większe problemy niż sama Bella. Obserwują cię, a ty nawet nic nie zrobiłaś, żeby zwrócić ich uwagę.
— Super. Dokładnie tak chciałam zacząć w tej szkole. — Z mojej wypowiedzi kapał sarkazm.
— Samuel prawie się nie odzywa — ciągnęła Jasmine. — Typ silny i milczący. Ich ojciec, Alfa Griffin, jest odnoszącym sukcesy deweloperem nieruchomości z North District. Ich rodzina ma w Portland poważne wpływy.
Skinęłam głową, zauważając, że ci chłopcy wydawali się bardziej dojrzali i potężni niż chłopcy z Kalifornii.
— To musi być coś w portlandzkiej deszczówce — zażartowała Jasmine, po czym dodała z wyraźnym sarkazmem: — Są nieszkodliwi, zaufaj mi.
— Chyba zamarzam w tej bluzie z kapturem — powiedziałam, obejmując się ramionami.
— Przyzwyczaisz się — odparła Jasmine z uśmiechem. — Potrzeba czasu, żeby oswoić się z klimatem Portland.
Usłyszałam głosy dobiegające z sali — trojaczki i Bellę. Na korytarzu przy ścianie stały przyjaciółki Belli, a ich oczy śledziły mnie z nie do pomylenia wrogością.
— Chodźmy — powiedziałam i szybko odeszłam. Jasmine mnie dogoniła, śmiejąc się, i zaczęła oprowadzać mnie po Portland High.
W ciągu dnia odkryłam, że trojaczki i Bella są na wszystkich moich lekcjach — zbyt konsekwentnie, by mogło to być przypadkiem. Trojaczki zawsze zajmowały miejsca bezpośrednio przede mną, a ich obecność nieustannie burzyła moją starannie utrzymywaną kontrolę. Założyłam, że po prostu ciekawi ich nowa dziewczyna, nieświadomi mojego nadprzyrodzonego dziedzictwa ukrytego pod wpływem wilczej jagody.
Do pory lunchu z ulgą przyjęłam możliwość rozpłynięcia się w tłumie stołówki. Jedno stawało się coraz bardziej oczywiste — w tej szkole było więcej nadnaturalnych elementów, niż się spodziewałam, a ja jakimś sposobem wylądowałam w samym środku tego wszystkiego.
